Reklama

Reklama

Narodowe "łykanie kitu"

Po suplementy diety sięga 72% Polaków. Państwo nie robi nic, by zapewnić im bezpieczeństwo.

Rynek suplementów rośnie. Obecnie jest w Polsce szacowany na 4,35 mld zł. Eksperci spodziewają się, że w 2020 r. przekroczy 5 mld zł. Do stosowania suplementów diety przyznaje się 72% Polaków, z czego prawie połowa (48%) zażywa je regularnie, jak wynika z sondażu Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research przeprowadzonego w lutym 2017 r.

Łykamy tych preparatów coraz więcej, nie zastanawiając się, jakie substancje mają w składzie. Tymczasem nie muszą one wcale być tym, co sugeruje napis na opakowaniu. Suplementy diety bowiem to nie leki, które bardzo dokładnie się sprawdza, zanim dopuści się je do sprzedaży. Minerały, witaminy i zioła są traktowane jak żywność i nie podlegają wcześniej ani badaniom, ani rejestracji. Ich wprowadzenie na rynek warunkują inne zasady - w przypadku suplementów jest to tylko Ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia z 25 sierpnia 2006 r. i rozporządzenia unijne. Według przepisów powinny być wprowadzane po zgłoszeniu produktu, a właściwie zawiadomieniu (czyli notyfikacji) Głównego Inspektora Sanitarnego. Nie są wymagane żadne badania. Sprawdzane jest tylko właściwe oznakowanie opakowania. Producent lub dystrybutor nie musi czekać na żadną informację zwrotną.

Reklama

Oszukańcze praktyki

Suplementy i ich właściwości mogą być kontrolowane, ale jest to przeprowadzane wyrywkowo. Państwowa Inspekcja Sanitarna i sanepid sprawdzają produkty pod kątem prawidłowości oznakowania, mikrobiologicznym i zanieczyszczenia metalami. W 2017 r. sanepid zdyskwalifikował pod tym względem 79% przebadanych produktów. Do Głównego Inspektora Sanitarnego trafiło w ubiegłym roku 4280 suplementów. W przypadku 211 zakwestionowano ich etykietowanie.

"Najczęstsze zastrzeżenia z naszej strony budzi fakt, że udają one leki. A dzieje się to w reklamach i ulotkach. Walczymy z tym, w miarę możliwości, sugerując zmianę etykiety. Tylko że treścią reklam zajmuje się bardziej Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który powinien wymierzać surowsze kary, gdy jest niewłaściwa" - tłumaczy Jan Bondar, rzecznik GIS.

Agnieszka Majchrzak z Biura Prasowego UOKiK mówi, że wraz z Państwową Inspekcją Sanitarną wysłali do 315 producentów i dystrybutorów suplementów diety list z prośbą o zwrócenie uwagi na reklamy, które zachwalają ich produkty, a nie zawsze są rzetelną informacją dla konsumenta. UOKiK zapowiada też kampanię edukacyjną skierowaną do konsumentów, uczulającą na to, że reklama nie może wprowadzać w błąd.

"Reklamy nie mogą przypisywać suplementom właściwości leczniczych i zakazane jest sugerowanie, że leczą różne dolegliwości" - przypomina Agnieszka Majchrzak. "Jeszcze niedawno główny inspektor sanitarny zapowiadał, że uporządkuje rynek, tworząc rejestr działań niepożądanych suplementów diety".

W rozmowie z "Rzeczpospolitą" główny inspektor Marek Posobkiewicz poinformował, że trwają prace nad założeniami nowelizacji Ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Zmiany miałyby dotyczyć dodatkowej weryfikacji suplementów. GIS chce, by przed uzyskaniem zezwolenia na sprzedaż w aptece preparaty musiały przejść audyt, który potwierdzi ich skład i jego zgodność z prawem.

Możliwości Państwowej Inspekcji Sanitarnej również są ograniczone, jeśli weźmie się pod uwagę, że w ostatnim okresie nasz rynek został dosłownie zalany tymi produktami. W ubiegłym roku producenci wprowadzili do sprzedaży ponad 15 tys. różnych suplementów diety - to więcej niż łącznie przez ostatnie dziewięć lat. A ludzie, widząc w mediach reklamy, w których do zażywania tych preparatów zachęcają celebryci albo osoby ucharakteryzowane na lekarzy,  kupują coraz więcej takich produktów. NIK, która przeprowadziła w ubiegłym roku kontrolę suplementów, nazwała działania marketingowe producentów i dystrybutorów "oszukańczymi praktykami", bo w celu kreowania popytu suplementy reklamuje się jako równoważne lekom. NIK ostrzega, że może to powodować zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia konsumentów.

Opakowanie sobie, zawartość sobie


Badania laboratoryjne suplementów diety zlecone przez NIK wykazały, że w sprzedaży, w tym aptecznej, obok rzetelnych preparatów znajdowały się suplementy diety zawierające np. bakterie chorobotwórcze i substancje zakazane - z listy psychoaktywnych czy też stymulanty podobne strukturalnie do amfetaminy, czyli działające jak narkotyki.

Według informacji dr Anny Kowalczuk, dyrektor Narodowego Instytutu Leków, który sprawdzał wybrane suplementy po raporcie NIK, w jednym z badanych preparatów zawartość witamin była cztery razy mniejsza, niż podawał producent. Z kolei w tabletkach z witaminą D wykryto jej zawartość dwukrotnie większą od dopuszczalnej normy. W innym preparacie znalazło się o ponad 70% mniej jodku potasu, niż deklarował producent.

Narodowy Instytut Leków podał też wyniki badań probiotyków, jakie przeprowadził w 2017 r. na zlecenie Głównego Inspektora Sanitarnego. Na 30 przebadanych, z których część była sprzedawana jako suplement diety, tylko pięć spełniało normy. Reszta więc była bezużyteczna przy kuracji antybiotykami, a nawet niebezpieczna - bo nie zapobiegała niszczącemu działaniu antybiotyków.

Kontrole inspekcji sanitarnej nie załatwiają jednak sprawy, ponieważ dotyczą znikomej części suplementów, a same postępowania nierzadko trwają kilka lat, co wykazał raport NIK. "Walczymy o zmianę przepisów w tym zakresie, aby producentów suplementów obowiązywały jakieś konkretne terminy" - mówi rzecznik GIS Jan Bondar.

Dopóki nie ma nowych regulacji prawnych, które zwiększą kontrolę, będziemy narażeni na ryzyko. Tymczasem rynek suplementów wciąż rośnie, a ludzie biorą coraz więcej tych preparatów, skutecznie promowanych przez nadzwyczaj sprawnie działający marketing. Analizy Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wskazują, że w ciągu 20 lat udział reklam produktów prozdrowotnych wzrósł z 2% w 1997 r. do 25% w roku 2015.

Naiwność konsumentów

Sprawą postanowili się zająć lekarze naukowcy z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, którzy zbadali suplementy od strony występowania działań niepożądanych. Według raportu przedstawionego już w resorcie zdrowia ponad 11% sięgających po suplementy zgłasza działania niepożądane. Najczęściej są to podrażnienia przewodu pokarmowego, reakcje skórne, dolegliwości układu sercowo-naczyniowego, zaburzenia psychiczne. Inne dane UMŁ pokazują, że 55,5% Polaków uważa dostępne na rynku suplementy za bezpieczne dla zdrowia, a tylko 13,5% jest zdania, że mogą być szkodliwe.

Niestety, obecne przepisy prawa nie umożliwiają obywatelom zgłaszania odpowiednim organom państwa przypadków niepożądanych działań suplementów, co jest możliwe w przypadku leków, a czego domaga się środowisko naukowców. Byłby to jakiś krok w kierunku poprawy bezpieczeństwa osób zażywających suplementy. Zakład Medycyny Rodzinnej UMŁ pod kierunkiem prof. Przemysława Kardasa prowadzi dalsze badania. Ich celem jest poznanie doświadczeń jak najszerszego grona konsumentów tych środków, a potem przedstawienie wyników administracji państwowej oraz opinii publicznej. Może to się przyczynić do lepszej ochrony naszego zdrowia, a nawet życia.

Barbara Jagas

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy