Reklama

Mężczyzna, który omal nie zamarzł w Beskidach, w piątek opuści szpital

Mężczyzna, który 8 dni temu w stanie głębokiej hipotermii trafił do Polsko-Amerykańskiej Kliniki Serca w Bielsku-Białej, w piątek opuści szpital i trafi na rehabilitację do Ustronia - poinformował w czwartek współzałożyciel PAKS prof. Andrzej Bochenek.

Mężczyzna, który 8 dni temu w stanie głębokiej hipotermii trafił do Polsko-Amerykańskiej Kliniki Serca w Bielsku-Białej, w piątek opuści szpital i trafi na rehabilitację do Ustronia - poinformował w czwartek współzałożyciel PAKS prof. Andrzej Bochenek.

Jakub Lenarczyk biegał na Pilsku w Beskidach, ale w skrajnie trudnych warunkach zgubił szlak. Gdy po kilku godzinach odnaleźli go ratownicy GOPR, temperatura jego ciała wynosiła 21 st. Na 5 godz. zatrzymało się u niego krążenie krwi. Miał objawy czwartego stopnia hipotermii.

Prof. Bochenek powiedział, że pacjent jest jeszcze bardzo obolały. - Miał złamane żebra i mostek, ale jak na to wszystko, co się z nim działo, to stan neurologiczny jest bardzo dobry - wyjaśnił.

Lenarczyk podczas krótkiej rozmowy z dziennikarzami powiedział, że czuje się coraz lepiej. - W ciągu miesiąca będę już po rehabilitacji. Będzie w porządku. (...) Niczego nie pamiętam z dnia wypadku. Wszystko, co wiem, pochodzi z relacji żony i ratowników. Może i lepiej - mówił.

Reklama

Pacjent został uratowany dzięki zastosowaniu metody ogrzewania pozaustrojowego, która polega na podpięciu człowieka w hipotermii do sztucznego płuco-serca (do aparatu ECMO). Pionierem leczenia w Polsce tą metodą jest dr Tomasz Darocha, kardiochirurg, współtwórca krakowskiego Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej, a obecnie pracujący w Górnośląskim Centrum Medycznym w Katowicach. W czwartek odwiedził on bielski szpital PAKS i spotkał się z uratowanym pacjentem.

Procedura dedykowana dla TOPR

Cztery lata temu zespół na czele z Darochą i dr. Sylweriuszem Kosińskim rozpoczęli prace nad wdrożeniem metody ECMO. - Była to procedura dedykowana dla TOPR, ale objęliśmy pomocą całą Małopolskę. Zaangażowaliśmy w nią wszystkie służby ratunkowe, od kwalifikowanej pierwszej pomocy, przez zespoły ratownictwa medycznego po szpitalne oddziały ratunkowe. Zaczęliśmy mówić wspólnym językiem. Olbrzymią pracą wolontariuszy zmieniliśmy polską rzeczywistość, jeśli chodzi o leczenie pacjentów w hipotermii głębokiej - powiedział w czwartek Darocha.

Lekarze, aby stworzyć zręby systemu, angażowali własne fundusze. Przeszkolili on-line 28 tys. osób w Polsce. - Wspólnie z GOPR i TOPR od sierpnia 2013 do grudnia 2016 r. koordynowaliśmy wszystkie akcje poszukiwawcze w górach. Telefonów alarmowych mieliśmy 238, z czego 33 osoby były leczone, w tym 20 osób w trakcie zatrzymania krążenia - dodał Darocha.

Jak podkreślił, stworzony system jest modelowy. Jego zdaniem potrzebne jest, aby stał się profesjonalny, a nie - jak dotychczas - oparty o wolontariat. - Jesteśmy uznawani w świecie, ale w Polsce kulejemy. Zaczynamy zaprzepaszczać dokonania. (...) Nigdy nie odmówię pomocy, ale siły witalne czasem się kończą. Należy zacząć działać zespołowo. (...) Pora wszystko spiąć klamrą i nadać temu sens systemu - powiedział.

Według niego, aby wszystko sprawnie działało, niezbędne jest wyposażenie większej liczby zespołów ratownictwa w urządzenia do mechanicznej kompresji klatki piersiowej. Powinna też powstać mapa obrazująca, gdzie w danym momencie takie urządzenie jest dostępne. Należy wyposażyć karetki w termometry umożliwiające pomiar temperatury w hipotermii głębokiej. - Termometry, które są na wyposażeniu karetek, są beznadziejne, a wszystkie wytyczne leczenia pacjentów w hipotermii opierają się o pomiar temperatury - wyjaśnił.

Klinika wykonuje wszystkie operacje poza transplantacją serca

Jak tłumaczył, niezbędna jest również odpowiednia koordynacja działań oraz "alokacja sił i środków, aby kardiochirurdzy mogli dotrzeć do pacjenta lub przyjąć go do swojego ośrodka". Przypomniał, że ewakuacja w niesprzyjających warunkach trwa czasem kilka godzin. - Idealnie byłoby, abyśmy podczas długich akcji w górach mogli dotrzeć zespołem mobilnym do pacjenta, który potrzebuje pomocy. Mamy wtedy czas, aby dojechać do najbliższego szpitala i zastosować terapię pozaustrojową - powiedział Tomasz Darocha.

Prof. Andrzej Bochenek zaznaczył, że placówka w Bielsku-Białej, dokąd trafił Jakub Lenarczyk, jest pełnoprofilową kliniką kardiochirurgii. - Wykonujemy wszystkie operacje poza transplantacją serca. Nie wyobrażam sobie, abyśmy nie byli w systemie ratowania osób w hipotermii, zwłaszcza, że z naszych okien widzimy góry. Jesteśmy blisko - podkreślił.

Prof. Bochenek ma nadzieję, że szpital wesprze państwo. - W sytuacji, w której mówimy o reorganizacji w służbie zdrowia i o tzw. sieci szpitali, nasz oddział kardiochirurgiczny się w niej nie mieści. Myślę, że (...) pewne szpitale, nawet jeśli są organizowane na bazie partnerstwa publiczno-prywatnego, powinny się w niej znaleźć. Niesiemy pomoc. Ponad 5 tys. zoperowanych w tym ośrodku o tym świadczy - dodał.

Metoda ogrzewania pozaustrojowego polega na podpięciu pacjenta do sztucznego płuco-serca (do aparatu ECMO), ogrzaniu i utlenowaniu jego krwi poza organizmem oraz ponownym jej wprowadzeniu do układu tętniczego. Dzięki tej metodzie można podnieść temperaturę pacjenta o 6-9 st. C w ciągu godziny.

Dotychczas najbardziej spektakularny przypadek wyprowadzenia pacjenta z głębokiej hipotermii wydarzył się pod koniec 2014 r. w Małopolsce. Dwuletni Adaś nocą wymknął się z domu. Po wszczęciu poszukiwań dziecko w samej piżamce znalazł policjant. Po przywiezieniu do szpitala okazało się, że chłopiec jest wychłodzony do 12,7 st. C.

PAP

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy