Reklama

Reklama

Lex Czarnek 2.0. Rodzice: To zamach na edukację domową. Średniowiecze

Minister Czarnek ogłasza, że chce walczyć z "oświatowymi mafiami", wykorzystującymi luki w przepisach i "wyłudzającymi grube miliony". W celu "uszczelnienia systemu" do Sejmu wpłynął poselski projekt zmian w prawie oświatowym, wywracający do góry nogami domową edukację. To, co proponuje rząd, rodzice dzieci z edukacji domowej nazywają "zamachem". - To cofanie edukacji do średniowiecza. Nikt na dobro dzieci tu nie patrzy - mówi Interii Anita Wajdner, której syn korzysta z domowego kształcenia.

Edukacja domowa działa w Polsce od ponad 30 lat. Jest alternatywną formą kształcenia, w której za postępy dzieci odpowiedzialni są rodzice bądź prawni opiekunowie. Pod koniec września 2022 r. z edukacji domowej korzystało w Polsce, w zależności od źródła, od 30 do 37 tys. uczniów. Nie ma wątpliwości, że z roku na rok cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Ale za chwilę może "polec" na skutek proponowanych w prawie zmian.

Ewę nękała germanistka. Dyskalkulii Dominiki nikt nie uznawał. Aż się pocięła

Za każdym trafiającym do edukacji domowej uczniem stoi inna historia. Często dramatyczna.

Ewa uczęszczała do stacjonarnego technikum prawie trzy lata i, jak mówi, był to najgorszy okres w jej życiu. - Jestem osobą, która uwielbia język niemiecki. W drugiej klasie zmienił się nauczyciel od tego języka. Po pierwszej lekcji podeszłam do pani, aby zapytać, czy będę mogła liczyć na jakieś dodatkowe zadania. Usłyszałam, że ''skoro chciałam czegoś więcej, to mogłam się do innej klasy zapisać''. Pomyślałam, że to może tylko gorszy dzień. Okazało się, że nie, bo nauczycielka zaczęła siać w szkole popłoch. Wyśmiewanie było na porządku dziennym, ludzie bali się chodzić na jej zajęcia - opowiada nastolatka.

Reklama

Po jednej z lekcji, na osobności, ośmieliła się zwrócić nauczycielce uwagę. Efekt? - Z piątek i czwórek,  które zawsze miałam, u tej pani ledwo zdawałam. Dawałam korepetycje, pisałam kolegom prace. Oni za moje wypracowania dostawali trójki, czwórki, ja ciągle jedynki lub dwójki - opowiada dziewczyna.

W edukacji domowej odżyła. - Dała mi przede wszystkim wolność. Nie muszę martwić się tym, czy nauczycielka dzisiaj będzie miała gorszy dzień i wyładuje na mnie swoją frustrację - mówi Ewa. I dodaje: - Gdyby w polskich szkołach było normalnie, to tyle uczniów nie szukałoby ratunku w edukacji domowej.

Dominika z dyskalkulią, dostając kolejną jedynkę na lekcji matematyki, usłyszała od pani, że "nie ma czegoś takiego jak dyskalkulia", a pani wie, "jak się takie orzeczenia załatwia". 

- Córka wybiegła z klasy. Rozkręciła temperówkę i pocięła się ostrzem - opowiada mama Dominiki. Mimo pomocy psychologicznej, jaką zapewnili jej rodzice, kilka miesięcy później, na wieść, że po pandemii wraca stacjonarna nauka, Dominika połknęła garść psychotropów. Liceum w chmurze okazało się dla dziewczyny wybawieniem. - Dominika uczy się po kolei przedmiotów, wypełniając samodzielnie karty pracy. Ma plany na przyszłość. Chce być psychoterapeutką i pomagać dzieciom takim jak ona - opowiada mama Dominiki. 

Bo tych jest więcej. 

Córka Hanny Małeckiej ma 14 lat. Jest w edukacji domowej od września. - Ma depresję i fobię szkolną. Nie była w stanie chodzić do szkoły. Strach paniczny. Nie jadła, wymiotowała, płakała. Od września wszystko się zmieniło, dziecko jest wypoczęte, chętnie się uczy, zaczyna wychodzić z domu - mówi pani Hanna. Powrót do szkoły stacjonarnej? - To powrót do stanów lękowych. Mieszkamy w małym mieście. Tu nie ma innej alternatywy - dodaje.

Takich historii od soboty słyszę kilkadziesiąt. I zaraz za nimi pytanie: "Czy minister Czarnek, który chce zmieniać istniejące zasady, patrzy na to, co stanie się z naszymi dziećmi?".

Nowe prawo. "Lex Czarnek 2.0 zabije edukację domową w Polsce"

Problemem jest opublikowany 20 października 2022 r. projekt nowelizacji ustawy Prawo oświatowe. Znalazły się w nim zapisy dotyczące edukacji domowej. Dla tej formy nauki - zapisy kluczowe.

Na początek: koniec z wyborem szkoły oddalonej od ucznia kilkaset kilometrów. Projekt zakłada przywrócenie rejonizacji w obrębie województwa, którą zniesiono w 2021 roku. Do tego limit przyjęć. Jeśli w danej placówce limit uczniów w edukacji domowej przekroczy 50 proc., dyrektor nie będzie mógł wydać zezwolenia dla kolejnego ucznia. Projekt przewiduje też obowiązek zabezpieczenia dla każdego ucznia z domowej edukacji... miejsca w szkole. Fizycznego. Na wypadek gdyby jednak z nauczania domowego na przykład zrezygnował. Egzaminy? Już nie online. I zgłoszone do kuratorium 14 dni przed planowaną datą.

I na koniec limit czasowy. - Jeśli projekt w takiej formie przejdzie, możliwość składania wniosku o pozwolenie na edukację domową zostanie ograniczona do terminu od 1 do 21 września. Więc tylko przez pierwsze trzy tygodnie roku szkolnego będzie można to zrobić. W tym momencie wniosek o edukację domową można składać przez cały rok. To jest ogromne ograniczenie, dyskryminujące uczniów w edukacji domowej. Uczniowie stacjonarni mogą w trakcie roku zmieniać szkołę, gdy się coś dzieje, więc dlaczego uczniowie w domowej edukacji są pod tym względem ograniczani? - pyta Gabriela Letnovska z Fundacji Edukacji Domowej.

Rodzice wielu dzieci uczących się w domu mówią wprost: - Lex Czarnek 2.0 zabije edukację domową.

Szkoła w Chmurze. Czas na jazz i lekcje nauki jazdy konnej

Najpopularniejszą placówką zajmującą się edukacją domową w Polsce jest Szkoła w Chmurze. - W Szkole w Chmurze uczy się aktualnie ponad 10 tys. uczniów. W ostatnich latach liczba uczniów w edukacji domowej wzrosła kilkukrotnie, w tym w samej Szkole w Chmurze 10-krotnie w ciągu ostatniego roku. Trend się rozszerza, bo działa - mówi Katarzyna Malarowska ze Szkoły w Chmurze.

Taka forma edukacji to nie tylko ratunek dla tych, którzy w szkole nie mogli się odnaleźć. Decyzja o edukacji domowej podejmowana jest przez rodziców nie tylko z powodów problemów i traum ich dzieci. Także ze względu na nakierowanie dziecka na rozwijanie pasji.

Pani Agata pokazuje zdjęcie. - To jedna z lekcji w systemie edukacji domowej mojego syna. WF, biologia, lekcja przedsiębiorczości i godzina wychowawcza w jednym - mówi mama Mateusza.

- To lekcja, z której mój syn wraca zmęczony, szczęśliwy i dumny. Po której opowiada mi o życiu koni: budowie, zwyczajach, emocjach, o kosztach ich utrzymania, o osobach zaangażowanych w opiekę nad nimi - tłumaczy pani Agata.

Syn pani Karoliny z Radomia dostał się do wymarzonej szkoły muzycznej w Warszawiena wydział jazzu, o którym marzył. Cztery razy w tygodniu dojeżdża do stolicy pociągami, dwie godziny w jedną stronę. Pogodzenie tego ze stacjonarną szkołą? Niemożliwe.

- Dlatego wybraliśmy Szkołę w Chmurze. Syn w pociągach z tabletem rozwiązuje karty pracy. Decydujemy o czasie na naukę, nie gonimy, wiemy, jaki materiał jest do zrealizowania, wszystko pięknie poukładane, platforma świetnie działa. Jest więcej wytchnienia, więcej czasu na pasję, a i więcej wspólnych rozmów w domu. I z ogólnokształcącej wiedzy zdecydowanie więcej zostaje w głowie, bo trzeba się wysilić samemu w szukaniu właściwych odpowiedzi na zadania z platformy - tłumaczy pani Karolina.

Jak to działa? Szkoła w Chmurze opiera się o autorską platformę edukacyjną, na której uczeń ma dostęp do obowiązującej podstawy programowej w formie zadań. Szkoła udostępnia uczniom podstawówki darmowe podręczniki. Raz w tygodniu odbywają się konsultacje z każdego przedmiotu, na które uczeń może po prostu przyjść i zadać nurtujące go pytanie. Uczniowie za naukę nie płacą. - Szkoła w Chmurze jest finansowana wyłącznie z dotacji oświatowej, otrzymywanej z budżetu państwa. Dokładnie na takiej samej zasadzie jak we wszystkich pozostałych szkołach w Polsce. Dotacja na dziecko w edukacji domowej jest niższa, niż na dziecko uczące się stacjonarnie - tłumaczy Katarzyna Malarowska ze Szkoły w Chmurze.

Moi rozmówcy podkreślają, że Szkoła w Chmurze nie "wykrada" w żaden sposób uczniów ze szkół stacjonarnych, tylko otwiera swoje drzwi dla tych, którzy z jakichś względów nie potrafią, nie dają rady funkcjonować w stacjonarnych placówkach. I że nie powinno się tego w żadnym wypadku zmieniać.

Przemysław Czarnek: Uszczelnić system, wyeliminować "oświatowe mafie"

W obronie edukacji domowej i pozostawienia jej w niezmienionej formie wystąpili m.in. Sławomir Mentzen czy Konrad Berkowicz, którzy na TT opublikowali wpis o "braku zgody na zaoranie edukacji domowej w Polsce".

Sławomir Mentzen przekonuje, że PiS chce "zniszczyć ED, żeby przed kolejnym zimowym zamknięciem szkół, ludzie nie mieli gdzie uciekać z dziećmi" - ocenia.

Wywołany do tablicy przez Mentzena minister Przemysław Czarnek odpowiada, że zmiany mają uszczelnić system i wyeliminować "oświatowe mafie", wykorzystujące luki w prawie i wyłudzające grube mln zł".

- Prawdziwa oświatowa mafia to ta za murami polskich szkół i układy, których nikt nie widzi. Totalna samowolka. Ludzie są zostawieni tam sami sobie, nikt ich nie słucha - mówi nękana niegdyś przez nauczycielkę Ewa, dziś uczennica Szkoły w Chmurze.

- To będzie koniec edukacji domowej w tym kraju. Cofanie edukacji do średniowiecza. Nikt na dobro dzieci nie patrzy - mówi Anita Wajdner, mama czwartoklasisty, który ze względu na stan zdrowia w szkole stacjonarnej częściej nie bywałby, niż był. - Syn jest dzieckiem wysoko wrażliwym, dodatkowo cierpi na praktycznie całoroczną alergię, z racji tego, na co jest uczulony. Wiąże się to z przyjmowaniem sterydów, często gorszym samopoczuciem. Edukacja domowa daje nam spokój i możliwość realizacji programu bez obaw o liczne nieobecności w szkole - wyjaśnia.

Rodzice: Rząd szuka pieniędzy, ale nie tam gdzie trzeba

Paulina Szmit, mama jednego z uczniów z edukacji domowej, podkreśla, że owo "uszczelnianie systemu" z finansowego punktu widzenia sensu nie ma.

- Rząd zobaczył dwa miliony i myśli, że mu te dwa miliony uciekły. W rzeczywistości subwencja na edukację domową stanowi 60 proc. subwencji od państwa na ucznia stacjonarnego. Jeśli uczniowie ci zostaną zmuszeni do zapisania się do szkół stacjonarnych, państwo polskie będzie musiało dopłacić do nich pozostałe 40 proc. - wylicza pani Paulina.

Zwraca uwagę, że państwu nie starczyło pieniędzy na subwencję uczniów, których już ma, a "próbuje upchnąć w niedofinansowanych szkołach kolejne 30 tysięcy". - 30 tysięcy uczniów to 60 szkół stacjonarnych i kilkaset etatów nauczycieli, których, przypomnę, brakuje w szkołach. To oznacza, że wszyscy na tym stracą. I uczniowie, którzy do tej pory z powodzeniem uczą się poza szkołą, a także uczniowie stacjonarni, bo powiększą się klasy - dodaje pani Paulina. Proponowane rozwiązania nazywa "zamachem na edukację alternatywną".

Kilka dni temu na FB stworzono grupę "Bronimy edukacji domowej". W ciągu trzech dni dołączyło do niej ponad 2,9 tys. niezgadzających się na zmiany rodziców i sympatyków tej formy edukacji.

- Rodzice są bardzo zaangażowani, wychodzą z inicjatywami, piszą listy do posłów. Każdy chce zrobić coś, co jest w jego mocy - mówi Gabriela Letnovska z Fundacji Edukacji Domowej.

We wtorek podczas posiedzenia sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży odbędzie się pierwsze czytanie projektu ustawy

Rodzice "dzieci z ED" (dzieci uczących się w domu) zapowiadają w tym czasie protest przed Sejmem. - My do pana ministra Czarnka mamy tylko jedną prośbę. Prosimy o to, aby nie psuł tego co jest, bo naprawdę jest idealnie. Aby nie przeszkadzał i pozwolił szkole, uczniom i rodzicom robić swoje. Po tym wszystkim, co przeszliśmy w szkole stacjonarnej, żyliśmy w końcu bez stresu. Aż do teraz - mówi Hanna Małecka.

Irmina Brachacz

Irmina.brachacz@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy