Reklama

Reklama

Kulisy wizyty ambasadora Rosji w MSZ. "Nie było nawet uścisków dłoni"

We wtorek kilkanaście minut przed północą do gmachu MSZ przybył ambasador Rosji Siergiej Andriejew, który został wezwany po uderzeniu pocisku w miejscowości Przewodów. Przyjął go sam minister Zbigniew Rau. Spotkanie miało być krótki i ciche, a obaj panowie nawet nie podali sobie rąk.

Siergiej Andriejew pojawił się w ministerstwie po raz ostatni na początku października w związku z przeprowadzeniem przez Federację Rosyjską pseudoreferendów na okupowanych terytoriach Ukrainy. Wtedy rozmowę z nim przeprowadził wiceminister MSZ Marcin Przydacz.

We wtorek Andriejew został podjęty już przez samego szefa ministerstwa Zbigniewa Raua. Jak donosi RMF FM, powołując się na swojego informatora w resorcie, spotkanie było "sprawne, ciche i bez podania rąk". 

Rosyjski ambasador nie odezwał się ani słowem, wysłuchał Raua i wyszedł. 

Reklama

Na temat wezwania Andriejewa wypowiedział się na antenie TVP Info rzecznik MSZ Łukasz Jasina. - Pan ambasador był wczoraj w MSZ kilkanaście minut przed północą. Został przyjęty przez pana ministra Zbigniewa Raua. To była bardzo krótka rozmowa bez żadnych kurtuazji, grzeczności, nawet wymiany uścisku dłoni. Trwała cztery minuty - zdradził. 

Jasina przekazał też, że Rau przedstawił notę dyplomatyczną opisującą sytuację i perspektywę Warszawy w tej sprawie. - Pan ambasador przyjął to do wiadomości i ambasadę opuścił - przekazał.

Wybuch w Przewodowie. "MSZ wspiera prezydenta i premiera"

Jasina poinformował też, że minister Rau od wtorku odbył wiele rozmów, w tym z minister spraw zagranicznych Niemiec Annaleną Baerbock. Dodał, że na środę zaplanowane są kolejne rozmowy z ministrami spraw zagranicznych innych krajów. Zaznaczył, że MSZ wspiera "aktywność prezydenta i premiera".

We wtorek po godz. 15 - jak przekazali przedstawiciele polskich władz - na terenie leżącej niedaleko od granicy z Ukrainą wsi Przewodów (powiat hrubieszowski, woj. lubelskie) spadł pocisk. W wyniku eksplozji śmierć poniosło dwóch obywateli Polski. 

Siły rosyjskie przeprowadziły we wtorek po południu zakrojony na szeroką skalę atak rakietowy na Ukrainę, wymierzony głównie w obiekty energetyczne.

Wiceszef MSWiA: Nie był to atak zamierzony

W środę wieczorem wiceminister MSWiA Paweł Szefernaker powiedział, że w kontekście rozbieżności co do pochodzenia rakiety najważniejsze jest, iż "nie był to zamierzony atak".

- Wiele wskazuje na to, że była to rakieta ukraińskiej obrony przeciwlotniczej - powiedział wiceszef MSWiA w Polsat News.

Dodał - nawiązując do deklaracji prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, iż nie była to ukraińska rakieta - że jeśli między liderami państw, które współpracują pojawiają się tego typu wątpliwości, należy je wyjaśnić.

- I one na pewno będą wyjaśnione - zadeklarował. - W tej chwili trwa śledztwo. Na miejscu pracują polscy i natowscy specjaliści - przekazał.

Podkreślił, że wszystkie dowody zostaną przedstawione stronie ukraińskiej i z pewnością dojdzie do porozumienia.

- Tego nieszczęśliwego zdarzenia by nie było, gdyby nie agresja Rosji na Ukrainę - zaznaczył.

Pytany, czy jest szansa, by do śledztwa dołączyli ukraińscy śledczy powiedział, że kwestie tego typu są niezwykle delikatne i będą wyjaśniane w rozmowach bilateralnych.

Pytany o opóźnienie w informowaniu opinii publicznej o eksplozji w Przewodowie, odpowiedział, że było konieczne ze względu na wagę wszelkich deklaracji w tej kwestii. Przypomniał w tym kontekście katastrofę smoleńską, gdzie o przyczynach wypowiadano się - w jego opinii - przedwcześnie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy