Reklama

Reklama

Kruszyński: nie przyjmowałem "załatwiaczy" ani nie przymykałem oka

Pominięcie wielokrotnej karalności Marcina P. w przypadku OLT Jet Air musiało być błędem - przyznał były prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego Grzegorz Kruszyński przed komisją śledczą. Nie przyjmowałem "załatwiaczy", ani nie wydawałem dyspozycji na "przymykanie oka" na cokolwiek - mówił.

Kruszyński pełnił funkcję prezesa tego Urzędu od września 2006 r. do lutego 2012 r.

Jarosław Krajewski (PiS) pytał świadka podczas środowego przesłuchania m.in. o to, czy prezesem zarządu spółki OLT Jet Air, która była przewoźnikiem lotniczym, mogła być osoba prawomocnie karana za przestępstwa przeciw obrotowi gospodarczemu. "Według ówczesnego stanu prawnego nie było wyraźnie sprecyzowanego takie właśnie wymogu, o ile pamiętam" - padła odpowiedź. Świadek zaznaczył jednak, że nie jest na sto procent pewny. "Standardowo było wymagane świadectwo niekaralności" - dodał, gdy członkowie komisji zarzucili mu, że na sto procent się myli, bowiem co innego mówi Kodeks spółek handlowych.

Reklama

"Urząd nie jest organem, który rejestruje podmioty gospodarcze z osobami, które popełniły takie przestępstwa" - mówił Kruszyński.

"Dlaczego w przypadku OLT Jet Air państwo pominęliście fakt wielokrotnej karalności pana Marcina P., od 30 sierpnia 2011 r., prezesa spółki OLT Jet Air, której udziałowcem w 75 proc. była Amber Gold" - kontynuował poseł. Były prezes ULC powiedział, że sprawdzenie niekaralności było procedurą standardową. Dopytywany, dlaczego w tym przypadku doszło do sytuacji niestandardowej, odpowiedział: "To musiał być błąd, jeżeli tak dokładnie było" - przyznał.

Krajewski chciał wiedzieć, czy były prezes ULC może przeprosić za ten błąd. "Musiałbym ten fakt najpierw dokładnie sprawdzić i określić swoją rolę, jako, że to są sprawy bardzo ścisłe i merytoryczne i mogą być źle interpretowane" - wyjaśnił.

Kruszyński pytany był też o to, ile przypadków pamięta, w których osoby prawomocnie karane były prezesami spółek lotniczych. Odpowiedział, że nie przypomina sobie takiego przypadku - oprócz przypadku Marcina P., o czym dowiedział się w mniej więcej okresie upadłości OLT Express Poland.  

Natomiast szefowa komisji Małgorzata Wassermann (PiS) pytała, jak to się stało, że tylko w tym jednym przypadku osoba karana, która nie mogła poszczycić się świadectwem dobrej reputacji, uzyskała takie względy urzędu, że przez cztery miesiące - do momentu rezygnacji - urząd nie poprosił o dokumenty, udając, że ich nie widzi. "Mając dostęp do dokumentów i możliwości dostępu również do pracowników na pewno tę sprawę mógłbym wyjaśnić. Nie byłem świadomym tego problemu" - mówił były prezes ULC.

"Znowu jest kiepsko z pana pamięcią" - komentowała Wassermann. Prosiła o odniesienie się do zeznań przesłuchiwanych wcześniej świadków - pracowników ULC - którzy mówili, że jeżeli podmioty nie spełniały wymagań ustawowych, to ich przedstawiciele szli do prezesa urzędu i dostawali od niego ustne polecania o przymknięcie oczu na te braki.

"To nieprawda (...). Ani nie przyjmowałem "załatwiaczy", ani nie wydawałem dyspozycji na przymykanie oka na cokolwiek" - zaprzeczył Kruszyński. Dodał, że nie wie, co zeznali ci świadkowie, podkreślając, że niepojętą rzeczą jest, aby przymykać oko na brak jakichś wymagań.

Wassermann pytała także o raport NIK, z którego wynika m.in., że prezes ULC z naruszeniem przepisów wydawał koncesje, zezwolenia i certyfikaty. "Nie znam takiego raportu" - odpowiedział Kruszyński. 

O problem z kręcącymi się po urzędzie "załatwiaczami" pytał Krzysztof Brejza (PO). "To był problem, na który natknąłem się jako jeden z pierwszych problemów, kiedy rozpocząłem pracę na tym stanowisku. Między innymi z tego powodu nastąpiła zmiana siedziby (...). To było uciążliwe" - powiedział świadek.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy