Reklama

Reklama

Jerzy Dziewulski o łusce "made in Poland" na Białorusi

Media obiegło zdjęcie łuski po nabojach z napisem "Made in Poland". Znaleziono ją na miejscu zamieszek w Mińsku. Polskie MON zdementowało, by sprzedawało amunicję białoruskim władzom. W jaki sposób w takim razie łuska się tam znalazła? - Zupełnie wykluczam możliwość, żeby mogła to być prowokacja - powiedział polsatnews.pl Jerzy Dziewulski, były antyterrorysta.

"Stanowczo dementujemy - MON nie sprzedawał ani uzbrojenia, ani amunicji na Białoruś" - oświadczył we wtorek, 11 sierpnia, resort obrony. Odniesiono się w ten sposób do komentarzy dotyczących relacji Sławomira Sierakowskiego z wizyty na Białorusi. Publicysta poinformował, że znalazł w Mińsku łuski po nabojach z napisem "Made in Poland". 

Do sprawy odniosło się także Ministerstwo Rozwoju. "Informujemy, że wszystkie obowiązujące sankcje dot. eksportu towarów na Białoruś są przestrzegane. Polski rząd nie udzielił zgody na eksport amunicji" - wskazano. 

W takim razie jak łuska się tam znalazła? 

Reklama

- Ja znam ten mechanizm. Tę amunicję na zamówienie MSW produkuje od wielu lat Fabryka Amunicji Myśliwskiej "Pionki". MON nie ma z tym nic wspólnego, bo oni nie używają tego typu amunicji, nie mają broni gładkolufowej, do której ta amunicja służy. Taką amunicję zamawialiśmy jeszcze na początku lat 90. "Pionki" specjalizowały się w tzw. amunicji uderzeniowej, czyli gumowych pociskach, amunicji do rewolwerów dla jednostek, które ochraniały pokłady samolotów. W tej produkcji byli najlepsi na świecie - wyjaśnia polsatnews.pl Jerzy Dziewulski. 

Dokument "end user" i gwarancja państwa

Jak powiedział Dziewulski, FAM "Pionki" opracowała w latach 80. amunicję, która nie zabija. - Kto handluje tą amunicją? "Pionki" są samodzielną firmą, która, oprócz amunicji na zlecenie MSW, produkuje także na zlecenie MON, ale w żadnym z tych zamówień nie ma amunicji specjalnej dla jednostek antyterrorystycznych - powiedział były policjant. 

- Każda firma w Polsce produkująca materiały dla policji, czyli MSW i MON ma niezbędne zezwolenia na handel tą amunicją. Komu może sprzedać tę amunicję? Każdemu, kto ma tzw. dokument "end user", czyli odbiór końcowy, w którym rząd danego państwa gwarantuje, że materiały, które kupił, nie zostaną odsprzedane, a wykorzystane we własnym zakresie - przekazał Dziewulski. 

Tłumaczył, że Białoruś nie mogła zamówić w Polsce amunicji, ponieważ było na nią nałożone embargo.

- Mogła ją natomiast zdobyć w bardzo prosty, prymitywny sposób i to się dzieje na całym świecie. Białoruś ma możliwość kupna tej amunicji z pominięciem tego odbioru końcowego. Może być zaprzyjaźniona z jakimś krajem, np. z Rosją. Nie wiem, czy "Pionki" eksportują do Rosji, ale jeżeli tak, to sprawa jest oczywista. To oznacza, że amunicję odbiera, ktoś z dokumentem "end user" i po cichu sprzedaje ją ze sporym zyskiem temu, kto tego dokumentu nie ma. Cały świat handluje tak bronią i amunicją - powiedział ekspert w rozmowie z polsatnews.pl

"Białoruś pokombinowała"

W opinii Dziewulskiego naboje znalazły się na Białorusi w "zupełnie nielegalny sposób". - Jestem pewny, że Pionki tam ich nie sprzedały. To, że ta amunicja się tam znalazła, kompletnie nie jest prowokacją. Białoruś uznała, że potrzebuje taką amunicję i pokombinowała. Handlarze bronią to wściekłe psy i znają się bardzo dobrze - podsumował Dziewulski. 

Polska to nie jedyny kraj skąd pochodzi uzbrojenie, które wykorzystywane jest obecnie na białoruskich ulicach. Miński dziennikarz Franak Viačorka zamieścił na Twitterze zdjęcie wyprodukowanego w Czechach granatu hukowego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje