Reklama

Reklama

Janusz Steinhoff: Zablokowanie węgla z Rosji w ciągu kilku dni było niefrasobliwe

- Z Federacji Rosyjskiej importowaliśmy 11-12 mln ton węgla. Ten węgiel musimy teraz kupić na rynku, absolutnie nie możemy go wydobyć w Polsce, bo nie mamy takich mocy produkcyjnych. Zwiększenie poziomu wydobycia w skali rocznej, jeżeli dobrze pójdzie, może dotyczyć miliona ton węgla - mówi Interii Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

Łukasz Szpyrka, Interia: W 2018 roku prezydent Andrzej Duda powiedział, że węgla wystarczy nam na 200 lat. Od tygodni słyszymy jednak, że węgla zabraknie nam już zimą. Mamy ten węgiel czy nie?

Janusz Steinhoff, w latach 1997-2001 minister gospodarki, a w latach 2000-2001 wicepremier w rządzie Jerzego Buzka: - Wypowiedź pana prezydenta Andrzeja Dudy traktuję jako przykład instrumentalnego traktowania górników. Miało to miejsce również w wypowiedziach premier Szydło, premiera Morawieckiego, ale również w poprzedniej koalicji rządowej. Zaklinano rzeczywistość, zapominano o tym, że wydobywać węgiel można tylko wówczas, gdy ta działalność jest opłacalna. 

Reklama

- Podstawą podejmowania działalności gospodarczej jest ekonomia. Nie można jej lekceważyć. Musieliśmy w przeszłości likwidować nasze kopalnie, bo w większości z nich albo kończyły się zasoby, albo wydobycie było całkowicie nieopłacalne ze względu na warunki geologiczne. To się przekładało na koszty. W Europie praktycznie we wszystkich państwach zlikwidowano już górnictwo podziemne węgla kamiennego. Praktycznie funkcjonuje to jeszcze tylko w Polsce, i to na poziomie wydobycia 60 mln ton rocznie. Dlatego że warunki górniczo-geologiczne czynią to górnictwo europejskie niekonkurencyjnym w stosunku do górnictwa zagranicznego, gdzie często są to kopalnie odkrywkowe.

Ale ceny węgla rosną.

- Oczywiście ceny węgla, które w ARA, czyli Amsterdamie-Rotterdamie-Antwerpii, sięgają ponad 300 dolarów za tonę, są wyjątkowo wysokie i niespotykane nigdy wcześniej. Dzięki temu chwilowo nasze górnictwo jest ekonomicznie uzasadnione. Nie potrwa to jednak długo.

Jeśli dobrze rozumiem - rzeczywiście mamy złoża węgla, ale jest on głęboko pod ziemią, co czyni jego wydobycie ekonomicznie nieopłacalnym.

- Możemy węgiel kupić, podobnie jak inne nośniki energii, na rynkach światowych. Nie ma z tym problemu, a jedynie jest kłopot logistyczny. W efekcie nieprzemyślanej decyzji rządu trudno jest przestawiać kierunek importu węgla praktycznie z dnia na dzień. O bezpieczeństwie energetycznym kraju nie musi zawsze świadczyć obecność rodzimych nośników energii. Wiele krajów jest bezpiecznych energetycznie, ale opiera się na imporcie. 

- Polska też importuje prawie 99 proc. ropy i znaczącą część gazu, bo wydobywamy tylko 4 mld, a zużywamy 23 mld metrów sześciennych. Podobnie może być z górnictwem. Nie możemy myśleć o górnictwie w kategoriach jedynie ilościowych, abstrahując od ekonomii. Nie możemy myśleć o bezpieczeństwie energetycznym jako stanie, w którym zabezpieczamy dostawy nośników energii z rodzimych złóż.

Premier Mateusz Morawiecki apeluje do górników, by pracowali w trybie ponadnormatywnym.

- Ten apel jest uzasadniony, bo górnicy powinni wykorzystać bardzo dobrą koniunkturę na węgiel, by poprawić kondycję finansową swoich spółek. Ma to racjonalne znaczenie z punktu widzenia zaopatrywania ludności w węgiel przed zimą, a może też poprawić kondycję ekonomiczną zakładów górniczych.

Ale czy zdążymy? Polskie kopalnie zwiększą wydobycie, ale to chyba nie rozwiąże problemu z dostępnością węgla.

- Nie, nie jesteśmy w stanie zasypać tej luki. Z Federacji Rosyjskiej importowaliśmy 11-12 mln ton węgla. Ten węgiel musimy teraz kupić na rynku, absolutnie nie możemy go wydobyć w Polsce, bo nie mamy takich mocy produkcyjnych. Zwiększenie poziomu wydobycia w skali rocznej, jeżeli dobrze pójdzie, może dotyczyć 1 mln ton węgla. Sami jednak zgotowaliśmy sobie ten los przez niefrasobliwie podjętą decyzję o zablokowaniu importu węgla z Rosji w ciągu kilku dni. KE i kraje UE postąpiły bardziej roztropnie i wprowadzają embargo dopiero w połowie sierpnia. Inaczej mówiąc: miały czas, by się przygotować. My chyba ze względów propagandowych chcieliśmy wyjść przed szereg. W przypadku węgla polityka, niefrasobliwość, nieodpowiedzialność wzięła górę.

Szykuje nam się zimna zima?

- Zdecydowanie tak, ale nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Z zakupem węgla na rynku nie będzie problemów, natomiast z przywiezieniem go, całą logistyką, rozładunkiem w portach - już tak. Dotąd byliśmy nastawieni na import drogą lądową i posiadamy całą infrastrukturę sprawną w tej materii. Jeśli chodzi o porty, są wątpliwości, czy ten przeładunek będzie mógł się odbywać dostatecznie szybko.

Mogłoby pomóc wojsko?

- Wojsko jest od obrony państwa, a nie od tego typu czynności. W przypadkach szczególnych kataklizmów oczywiście takie operacje się wykonuje. Podkreślam jednak, że nie tyle czynnik ludzki, co sprzętowy ma największe znaczenie, czyli przepustowość naszych portów. Sami zgotowaliśmy sobie ten los.

Zima prawdopodobnie będzie zimna, ale pytanie, czy będzie też ciemna? Grozi nam blackout?

- Nie przewiduję perturbacji w produkcji energii elektrycznej w naszych elektrowniach. Są zasilane w węgiel rodzimy, ale również, w razie czego, będą mogły uzupełniająco importować. Mam nadzieję, że wszystkie te zapasy zostały zgromadzone. Nie przewiduję perturbacji w dostawach energii elektrycznej spowodowanych trudnościami w pozyskiwaniu nośników energii. Mogą się natomiast zdarzyć awarie. Nie tak dawno mieliśmy sytuację, kiedy zabrakło nam mocy i mieliśmy minimalną rezerwę, musieliśmy poprosić o pomoc naszych sąsiadów. 

- Nie obawiam się takich zjawisk, natomiast martwi mnie lawinowo rosnąca hurtowa cena energii elektrycznej. Kontrakty na przyszły rok, które już przekroczyły 1600 zł/MWh, są wyjątkowo drogie. Trzeba mieć świadomość, że powinnością państwa jest myślenie o zmianie konstrukcji cen hurtowych na towarowej giełdzie energii. Koncerny elektroenergetyczne wykazują wyjątkowo duże zyski, natomiast hurtowa cena energii elektrycznej rośnie niewspółmiernie do przyrostu kosztów.

Wróćmy do węgla - pojawiły się dwa pomysły rządu, by naprawić sytuację. Najpierw słynne 996 zł, z którego się wycofano i zastąpiono nowym dodatkiem w wysokości 3 tys. zł, którym zajmuje się parlament.

- Ten pierwszy wariant, który został napisany na kolanie jako ustawa, przegłosowany w Sejmie, również głosami opozycji, podpisany przez prezydenta, to był kompletny bubel. Bez jakiejkolwiek szansy na realizację. Chwała Bogu, że rząd wycofał się z tego projektu, choć przy okazji ośmieszono parlament i urząd prezydenta.

A drugi wariant?

- Teraz jest lepiej, to krok we właściwym kierunku. Mam jedno poważne zastrzeżenie - nie potrafię zrozumieć, dlaczego taką pomoc otrzymują jedynie osoby, które ogrzewają swoje mieszkania węglem. A dlaczego nie pelletem? Dlaczego nie gazem? Moim zdaniem ten problem trzeba rozwiązać systemowo. Pomóc ludziom, którzy tej pomocy potrzebują, ale w sposób racjonalny. 3 tys. złotych otrzyma rodzina bardzo bogata tylko dlatego, że ogrzewa swój dom węglem, a pomocy nie otrzyma biedna rodzina, która musi ogrzewać swój dom gazem lub pelletem - płaci bardzo dużo i nie otrzymuje pomocy. To niedopracowane, nieracjonalne i moim zdaniem wymaga głębokiego przepracowania.  

Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy