Reklama

"Ita, ita, gdzie moja kobita"?! Tak świętują politycy

Dzielą się opłatkiem ze zwierzętami, zajadają się makówkami, kolędują - nawet w różnych językach, w czasie wigilii serwują pieczoną gęś albo kilka dni wcześniej obchodzą przesilenie zimowe. Parlamentarzyści z całej Polski, bo o nich mowa, podobnie jak ich wyborcy, są różnych wyznań i świętują na różne sposoby. Specjalnie na Święta Bożego Narodzenia Interia ujawnia, kto w polskim Sejmie kroi sałatki, kto nie śpiewa kolęd w domu, a kto uwielbia pasterki.

Boże Narodzenie na stałe zagościło w kalendarzu świąt kościelnych w IV wieku. Tradycja wigilijnej wieczerzy sięga dwustu lat później. Wigilia (od łac. vigiliare, czuwać - red.) trafiła do Polski tuż po przyjęciu chrześcijaństwa, ale na dobre przyjęła się dopiero w XVIII w. Chociaż od 2003 r. tego dnia formalnie nie obowiązuje post w wielu polskich domach ta wieloletnia tradycja została zachowana.

Żywym dowodem, że wciąż obowiązuje są święta organizowane przez Roberta Telusa. Członek prezydium klubu PiS jest mocnym kandydatem ugrupowania z okręgu nr 10 w Piotrkowie Trybunalskim. To także rolnik wierny tradycji, który zawsze organizuje wielkie, rodzinne święta.

Reklama

Jak zdradził nam poseł PiS, w przygotowania świąt głównie angażują się jego dzieci. Nie oznacza to jednak, że on sam nie ma obowiązków. - Dla mnie zostaje krojenie buraków, bo to bardzo brudzącą robota. Do tego karp, ustrojenie choinki i domu. Bywało nawet tak, że kiedy wracałem z Sejmu w Wigilię, też wszystko na mnie czekało - powiedział Interii Telus. Rodzina parlamentarzysty kładzie duży nacisk na wieczerzę poprzedzającą Boże Narodzenie.

- Przy stole siada u mnie prawie dwadzieścia osób. Trzymamy się 12 dań, spotkania całej rodziny. Chodzimy na roraty, staramy się być codziennie. To forma oczekiwania, przygotowania się do wigilii. Zaczynamy ją od czytania Pisma Świętego i modlitwy za tych, co odeszli. Do tego zostawiamy wolne miejsce przy stole no i kolędujemy. Bywało tak, że gościliśmy osoby samotne, które wcześniej zapraszaliśmy - opowiada Interii Telus. Jako dumny przedstawiciel polskiej wsi z uśmiechem opowiada o zwyczajach, które po dziś dzień są kultywowane z dala od miejskiego zgiełku.

- Do tej pory opłatkiem dzielimy się również ze zwierzętami, to bardzo stary zwyczaj. Dawniej opłatki były zielone lub różowe przeznaczone specjalnie dla żywego inwentarza. Jako hodowca koni trzymam się tego, żeby wieczorem w Wigilię lub następnego dnia podzielić się ze zwierzętami - mówi nam Telus. - Mają przemówić ludzkim głosem, chociaż to tylko przekaz. Do tej pory można jednak usłyszeć, że rolnicy, którzy źle traktują zwierzęta, boją się iść do swoich stajni, żeby nie usłyszeć od nich prawdy - śmieje się polityk.

W rozmowie z Interią poseł wspomina również o zwyczaju, który powoli zanika również na wsiach: - Po wigilii panienki wychodziły przed dom i krzyczały: "hop, hop, gdzie mój chłop"?! Kawalerka z kolei: "ita, ita, gdzie moja kobita"?! - opowiada nam Telus. W rodzinie polityka duże znaczenie ma czas spędzony z bliskimi. Dlatego, jak zapewnił nas parlamentarzysta, podczas wigilijnej wieczerzy wszyscy muszą rozstać się z elektroniką. Telefony, komputery czy tablety odchodzą więc do lamusa.

Śpiewać każdy może

Niemal wszyscy nasi rozmówcy, którzy obchodzą święta Bożego Narodzenia zgodnie twierdzą, że kolędują. Jednym z nich jest Robert Biedroń, współprzewodniczący Nowej Lewicy. Nie chciał nam jednak zaprezentować swoich umiejętności wokalnych. - Nie zrobię tego użytkownikom Interii. Pasterki są moim wybawieniem, bo wiele osób po wigilii ma trochę stępiony słuch, więc moje śpiewanie jakoś przechodzi - ujawnia nam były prezydent Słupska. - Potrafię zaśpiewać kolędy po angielsku, francusku, włosku i oczywiście po polsku - chwali się znany europoseł.

Jak zdradził nam polityk lewicy, lubi tradycyjne święta. W tym roku nie wybiera się poza granice kraju, ale Boże Narodzenie spędzi wspólnie z Krzysztofem Śmiszkiem. Zamierza odwiedzić mamę i resztę rodziny w Krośnie. Jak mówi, wszystko odbędzie się "sztampowo" i "dość tradycyjnie". We własnym domu ubiera choinkę i wprost przepada za pasterkami. - Kocham pasterki! - mówi. Mieszkańcy Podkarpacia będą mieli więc szansę posłuchać Roberta Biedronia na żywo w kościele. W nieco gorszej sytuacji są najbliżsi Michała Gramatyki z Polski 2050.

Chociaż śląski polityk z drużyny Szymona Hołowni muzykuje z zespołem wykonującym szanty, a z okazji świąt nagrał nawet kolędę, w domu nie udziela się wokalnie. Nawet w święta Bożego Narodzenia. - Muszę przyznać, że wolę śpiewać na scenie niż w domu. W domu robię to ewentualnie pod prysznicem albo przy goleniu - powiedział nam Gramatyka. Parlamentarzysta nie ukrywa jednak radości przed tegorocznymi świętami: - W tym roku fajnie, bo będą obaj moi synowie. Jeden studiuje w Holandii, więc bardzo się cieszę. Przyjdzie brat, przyjadą rodzice. Będzie normalna, domowa atmosfera - przewiduje.

Kiedy pytamy go o śląskie tradycje świąteczne, bez wahania wskazuje na kuchnię. - Mamy na przykład makówki, za którymi przepadam. To mak przekładany bułką namoczoną w mleku. Jest tam bardzo dużo bakalii. Niestety, w tym roku pewnie ich nie zjem, bo jestem na diecie wykluczającej jedzenie węglowodanów - powiedział nam poseł Polski 2050. Jak mówi, jeśli chodzi o wigilijne czy świąteczne potrawy, każdy z jego gości przynosi coś od siebie. Mama parlamentarzystki jest specjalistką od pierogów z kapustą.

Nie tylko katolicy

Chociaż najpewniej większość Polaków zna święta na modłę katolicką, obchodzą je również protestanci. Do wyznawców tej religii w polskim parlamencie należy Urszula Pasławska, wiceprezes PSL. Jak mówi nam posłanka, Boże Narodzenie to święta, które łączą wszystkich chrześcijan. Takie elementy to śpiewanie kolęd, wspólny czas czy modlitwa.

- Tradycje protestanckie jak choinka czy wieniec adwentowy na trwałe wpisały się również w kulturę Kościoła katolickiego. U nas nie jest znany post, więc kolacja wigilijna jest wymieszana - usłyszała Interia. - Od strony mamy serwowana jest pieczona kaczka albo gęś. To mazurski, ewangelicki zwyczaj. Nabożeństwo nie wieczorne, ale poranne. Nazywa się Jutrznia na Gody. Same święta nazywano kiedyś Godami - powiedziała nam wiceszefowa ludowców.

Co z podziałem przedświątecznych obowiązków w domu wpływowej parlamentarzystki? Urszula Pasławska ani odrobinę nie owija w bawełnę: - Feminizm feminizmem, partnerstwo partnerstwem, ale robota się sama nie zrobi. Taka prawda, którą zna większość kobiet w Polsce: począwszy od mycia okien i ogarnięcia domu, a skończywszy na gotowaniu, smażeniu, pieczeniu, lepieniu. To mój obowiązek - powiedziała nam posłanka.

Jak usłyszeliśmy, mężczyźni przynoszą choinkę, ubierają ją. Co jeszcze robią panowie? - Czuwają nad dobrą atmosferą, kiedy kobiety: matki, babcie denerwują się, żeby wszystko dobrze wyszło. Tak było z naszymi babkami, matkami i, niestety, sądzę, że moja córka będzie miała podobnie - przekazała nam Pasławska.

Wiceszefowa ludowców zwraca również uwagę na niepotrzebną komercjalizację świąt wypierającą z nich Pana Boga. Niemniej, religijny wymiar Bożego Narodzenia to rzecz istotna nie tylko dla Urszuli Pasławskiej. Mówi nam o nim również Eugeniusz Czykwin, jeden z podlaskich posłów Koalicji Obywatelskiej wyznania prawosławnego. W rozmowie z Interią 73-letni polityk podkreśla, że na swoje święta musi jeszcze trochę poczekać.

Czekają, chociaż nie wszyscy

- Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia przypada u nas 7 stycznia. Grudniowe dni, które przed nami, to w prawosławiu jeszcze czas postu, który zaczął się pod koniec listopada. I jest tu duża dyscyplina. Należy przestrzegać postu, nie wypada się głośno bawić - przekazał Interii Czykwin. - Nie należy jeść mięsa, drobiu, z nabiałem jest różnie. W moim dzieciństwie to były głównie śledzie i potrawy, które można przygotować bez tłuszczu - dodaje.

Polityk powiedział nam, że prawosławni również obchodzą liturgie podobną do pasterki, ale nabożeństwo nazywa się inaczej. Problemem są także... prezenty. - Kiedy moje dzieci były małe, szły do szkoły, to tam katolicy dużo mówili o prezentach z grudniowych świąt. A moje pociechy jeszcze nic nie dostały, bo musiały poczekać jeszcze chwilę - mówi polityk KO. - Trzeba im było stworzyć odpowiednią atmosferę, co łatwe nie było. Przy naszych świętach nie ma też takiego anturażu medialnego, ale to chyba nawet lepiej - dodaje Czykwin.

Jak zdradza Interii prawosławny parlamentarzysta, on sam 24, 25 i 26 grudnia spędzi w domu, chociaż w wielu mieszanych rodzinach katolicko-prawosławnych jedni zapraszają drugich i "niejako świętują dwa razy". - Jest taka dobra tradycja na Podlasiu, gdzie są wioski mieszane katolicko-prawosławne, by powstrzymywać się od prac niekoniecznych. To oznaka szacunku dla sąsiada. Nie narusza się jego czasu świętowania - mówi Czykwin.  

O szacunku dla inności słyszymy również z ust Klaudii Jachiry z KO, która świąt Bożego Narodzenia nie obchodzi w ogóle. - Świętuję przesilenie zimowe, 21 grudnia jest najkrótszy dzień w roku. Od tej pory przybywa dnia, słońce pokonało noc. Przesilenie zimowe to dla mnie powód do świętowania najbardziej związany z naturą i wierzeniami przodków - mówi nam posłanka. W jaki sposób świętuje? Spaceruje po lesie lub parku. Niemniej, czas wolny również spędza z rodziną.

- W mojej rodzinie nie ma świątecznej presji. W Wigilię mama ma imieniny, bo nazywa się Ewa. Obchodzimy wówczas to święto, szukamy otwartej restauracji. Ciężko wówczas znaleźć miejsce na fajny obiad czy kolację - uważa Jachira. - Chciałabym, żeby tego dnia można było dowolnie spędzać czas, a nie w związku z obchodami jednej religii. Kiedyś, gdy tato jeszcze żył, miał urodziny dzień później, więc też była okazja do świętowania.

Jakub Szczepański, Łukasz Szpyrka

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama