Reklama

Reklama

​Gdzie jest Joanna Rosiak? Zniknęła bez śladu 16 lat temu

Wyszła z domu 7 czerwca 2005 roku o godzinie 9 rano i przepadła jak kamień w wodę. Śledczy przez 16 lat nie zdołali ustalić, co stało się z 32-letnią Joanną Rosiak - informuje Polsat.

Joanna prowadziła bar w centrum Stargardu Szczecińskiego i pracowała jako agentka w jednej z firm pożyczkowych. Ktoś, kto często nosi przy sobie duże sumy pieniędzy, jest potencjalną ofiarą przestępstwa. - Zawsze niesie to ze sobą jakieś ryzyko - tłumaczy "Interwencji"  Mirosława Rudzińska z Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie.

Potencjalnym zagrożeniem mogli być dla niej dłużnicy, od których odbierała pieniądze za raty pożyczek oraz klienci jej baru. Zdarzało się, że tym ostatnim sprzedawała alkohol "na zeszyt".

Reklama

Po raz ostatni bliscy widzieli Joannę Rosiak 7 czerwca 2005 roku. Jej matka przed wyjściem do pracy obudziła 32-latkę. Było około godziny ósmej rano. Około 10 z domu wyszła też Joanna, która miała tego dnia pojechać do Szczecina.

- Ostatnim śladem świadczącym o tym, co działo się z Asią jest SMS wysłany z jej telefonu, w którym miała powiadomić szefa, że spóźni się do pracy. To było w godzinach przedpołudniowych. Ten telefon logował się ostatni raz w okolicy Stargardu, tam gdzie były wówczas lasy i nigdy się nie odnalazł - opowiada kryminalistyk dr Joanna Stojer-Polańska.

Świadek mówi o dwóch autach i porwaniu

Kilka tygodni po zniknięciu pani Joanny w sprawie nastąpił pierwszy niespodziewany zwrot. Do redakcji miejscowej gazety zgłosiła się tajemnicza kobieta. Powiedziała, że na własne oczy widziała, co się stało z Joanną. Kobieta utrzymywała, że 32-latka została porwana, a uprowadzenia mieli dokonać mężczyźni w kominiarkach, którzy wciągnęli do samochodu kobietę przypominającą zaginioną. Do zdarzenia miało rzekomo dojść w centrum Stargardu, jednak nikt inny go nie zgłosił.

W 2019 roku do sprawy Joanny Rosiak wrócili policjanci z krakowskiego Archiwum X, którzy przejrzeli akta od nieco innej strony. Zwracając uwagę przede wszystkim na jej życie prywatne, odkryli istnienie niejakiego Alberta.  

- Pił dużo. To było trochę tak, że ja się z mężem rozstałam na jakiś czas i właśnie w tym czasie zapoznał się z tą panią, która zaginęła - powiedziała "Interwencji" była żona mężczyzny. Obiecywał Joannie, że się rozwiedzie i zwiąże z nią, a zaginiona kobieta miała mu pomagać finansowo.

32-latka spłacała długi Alberta i zdaniem śledczych chciała ułożyć sobie z nim życie. Niestety po alkoholu miał skłonność do agresji. Siedem lat temu mężczyzna zmarł. Wcześniej na wiele lat wyprowadził się za granicę. Jeżeli rzeczywiście to on stał za zniknięciem Joanny, tajemnicę o miejscu ukrycia jej zwłok zabrał ze sobą do grobu. Nie wiadomo więc, czy matka Joanny kiedykolwiek pozna prawdę.

Przekaż 1 proc. na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy