Reklama

Reklama

Drugie życie osiedla. Potajemna praca bezdomnych

Część mieszkańców bloków przy pl. Grunwaldzkim we Wrocławiu jest na wojnie z zarządem spółdzielni. Narzekają na wysokie czynsze, brak remontów w budynkach i niedostosowanie do wymogów przeciwpożarowych. W ubiegłym roku wyszło na jaw, że w piwnicach koczują bezdomni, których dodatkowo wykorzystuje się przy segregacji śmieci. - Zarząd nie traktuje tu nikogo poważnie. Jesteśmy świnkami skarbonkami – opowiadają. Materiał "Interwencji".

Tak zwany Manhattan to osiedle we Wrocławiu liczące sześć bloków. Pani Małgorzata Giełda wprowadziła się tu jeszcze jako dziecko.

- Byliśmy dumni z tego, że mieszkamy tutaj, ale chcielibyśmy, żeby wróciły dawne standardy, czyli czystość, porządek, jakaś współpraca z zarządem, możliwość korzystania ze wszystkich części wspólnych - tłumaczy Małgorzata Giełda, mieszkanka osiedla.

Problemy mieszkańców

Dziś niektórzy mieszkańcy mają zarzuty co do funkcjonowania spółdzielni mieszkaniowej, która osiedlem zarządza. Narzekają na brak remontów i wysokie czynsze. Zarzucają niegospodarność.

Reklama

- My mamy niewynajęte lokale użytkowe, które idą w totalną ruinę. Ostatnio jeden z bloków, przez dwa miesiące nie miał gazu, ponieważ spółdzielnia nie była w stanie tego załatwić - mówi Małgorzata Giełda.

Kamila Wojtyńska wskazuje na problem z przepisami przeciwpożarowymi w budynku. - Mamy płytki PCV, które pod wpływem wysokiej temperatury zaczną się topić i kleić nam do stóp. Nie będziemy w stanie stąd uciec.

I to brak dostosowania bloków do przepisów przeciwpożarowych jest ostatnio największym zarzutem. Według mieszkańców, na klatkach schodowych od lat brakuje węży pożarniczych, a drogę na dach blokuje krata.

- Straż pożarna przyjechała, zrobiła audyt. Okazało się, że jest tutaj mnóstwo niedociągnięć, na co spółdzielnia i nasz prezes odpowiedział pismem, że "w związku z donosem mieszkańca - czytaj moim - wszyscy teraz będziecie płacić wyższe czynsze" - mówi pani Kamila.

Problemem są też zbyt wysokie - zdaniem lokatorów - czynsze.

Katarzyna Rasmus za 67 metrów kwadratowych własnościowego mieszkania płaci 1250 zł.

Kamila Wojtyńska za niespełna 50 metrów ok. 1000 zł. - Ktoś powie, że przecież mamy piękne bloki z zewnątrz, ale myśmy kilkanaście milionów kredytu wzięli na tę modernizację i płacimy za to ciężkie pieniądze. To gdzie jest reszta? Po prostu ja śmiało mogę stwierdzić, że nas okradziono - uważa.

- Przez czterdzieści lat nic nie było zrobione. Jak pan wejdzie na klatkę schodową, to ona nigdy nie była malowana, tam w ogóle nie ma okien, koczują bezdomni, którzy się tam załatwiają - dodaje Małgorzata Porębska, kolejna mieszkanka osiedla.

Bezdomni w piwnicach

O tym, że bezdomni przed zimnem ukrywają się w klatkach, wiedzieli niektórzy mieszkańcy. Nie wiedzieli, że w piwnicach jednego z bloków urządzili regularne mieszkanie. Mieli dostęp do pomieszczeń. Sprawa wydała się w listopadzie ubiegłego roku, gdy jeden z nich zmarł w pomieszczeniu zsypowym.

- Okazało się, że te osoby były wykorzystywane tak naprawdę do pracy za możliwość mieszkania w tak okrutnych warunkach. Nie wiem, czy można w ogóle mówić o jakimkolwiek wynagrodzeniu w przypadku, kiedy dostaje się 50 zł za najgorszą pracę, jaką można sobie wyobrazić właśnie w takich budynkach wielorodzinnych. Maksymalnie 100 zł za miesiąc za segregację śmieci, w ukryciu. Tak, żeby broń Boże mieszkańcy nie zauważyli - twierdzi Małgorzata Giełda.

Sprawą śmierci pana Marcina zajęła się prokuratura. Ale nikomu nie przedstawiono zarzutów, nie przesłuchano mieszkańców. Kolejnego z mężczyzn, który pracował w zsypach, znajdujemy niedaleko osiedla.

- Byłem, pracowałem, ale teraz już nie. Tam jeszcze kolega pracuje, taki Staszek. Po co mi była umowa, jak ja mam emeryturę - mówi.

Udaje nam się porozmawiać z przedstawicielem spółdzielni. Nie wyklucza on, że któryś z jego pracowników mógł dopłacać bezdomnym.

- Kolokwialnie rzecz ujmując, jakbym chciał sobie zrzucić brudną robotę, a miałbym kogoś, kto za mnie ją wykona, zastanawiałbym się, czy go nie wziąć - przyznaje, ale zastrzega: Na żadnych zasobach nie akceptuję zamieszkiwania bezdomnych, bo to generuje niebezpieczeństwo. Jeżeli chodzi o pozostałe zarzuty - znam je. Mieszkańcy są informowani. 1,8 mln zł każdy budynek pochłonął i teraz to jest spłacane. Został wzięty kredyt.

Reporter: Ale ci ludzie przez dobrych kilkadziesiąt lat się składają w czynszach na różne rzeczy? Czy przez kilkadziesiąt lat w tym budynku nic nie było robione i to się odkładało?

Prezes: Kiedyś były niskie czynsze i roboty były wykonywane. Czyli na bieżąco można powiedzieć te czynsze były konsumowane na budynku.

Spółdzielnia odpiera zarzuty. Wysokie czynsze tłumaczy remontami, a z niegospodarnością się nie zgadza. Z kolei mieszkańcy na osiedlu wieszają plakaty, zapowiadają protesty.

- Prawo spółdzielcze nie służy członkom spółdzielni. Prawo spółdzielcze służy osobom, które zarządzają tymi spółdzielniami. To się nic nie zmieniło od czasu komuny - uważa Leszek Leszczyński, mieszkaniec osiedla, kiedyś pracował jako zarządca innej spółdzielni mieszkaniowej.

- Czas rozliczeń właśnie się zaczął i myślę, że nikt nie zrobi kroku w tył - dodaje inny mieszkaniec Michał Machowski.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje