- To jest kwestia szacunku dla wrażliwości historycznej, światopoglądowej i politycznej. PSL jest formacją konserwatywną, ale szanowaliśmy liberalne i lewicowe wrażliwości naszych koalicjantów. Oczekujemy tego samego - mówi Interii osoba z władz ludowców, którą pytamy o wewnątrzkoalicyjny spór o kandydaturę dr. Mateusza Szpytmy.
Aktualny wiceszef Instytutu Pamięci Narodowej 17 lipca został wybrany na prezesa Instytutu głosami Prawa i Sprawiedliwości, Konfederacji, PSL oraz częściowo także Polski 2050. Szpytmę poparło 226 posłów, 194 było przeciwko, a cztery osoby wstrzymały się od głosu. Żeby mógł zastąpić na czele IPN p.o. prezesa dr hab. Karola Polejowskiego konieczna jest jeszcze aprobata Senatu.
Głosowanie w tej sprawie może odbyć się już na posiedzeniu 22 i 23 lipca, chociaż w chwili pisania tego artykułu taki punkt nie znajduje się jeszcze w porządku obrad. W 100-osobowym Senacie większość ma obóz władzy - KO dysponuje 42 mandatami, a Lewica i Trzecia droga mają po osiem "szabel". PiS ma po swojej stronie 33 głosy.
- Głosowanie w Senacie i decyzja Platformy będą mieć istotny wpływ na przyszłą politykę w ramach koalicji, bo to jest kwestia wzajemnego szacunku i równego traktowania. Bez tego ciężko o udaną współpracę - słyszymy w kierownictwie ludowców.
PSL murem za Szpytmą. "Najlepszy wybór z punktu widzenia historii ruchu ludowego"
PSL kandydaturę dr. Mateusza Szpytmy próbuje przeforsować już od kilku miesięcy. Jak słyszymy w partii, temat z ramienia ludowców pilotuje wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski, który m.in. prowadzi rozmowy z koalicjantami. Dotychczas punkt dotyczący wyboru nowego prezesa IPN dwukrotnie spadał z porządku obrad Sejmu. Powód: brak konsensusu w koalicji rządzącej co do obsady zwolnionego przez Karola Nawrockiego stanowiska.
Sytuacja dla rządzących jest niełatwa, mają bardzo niewielkie pole manewru. O ile konkurs na prezesa IPN ma charakter otwarty, to do Sejmu wyłonionego w jego toku kandydata zgłasza dziewięcioosobowe Kolegium IPN. Przewagę głosów 7:2 ma w nim PiS i Pałac Prezydencki, co oznacza, że obecna ekipa rządząca w tej kadencji Sejmu nie ma widoków na odbicie Instytutu.
Jeśli Senat odrzuci kandydaturę Szpytmy, Instytut nadal będzie pozostawać bez pełnoprawnego prezesa, a na jego czele pozostanie wskazany przez poprzedniego prezesa dr hab. Karol Polejowski. Kolegium IPN będzie natomiast zmuszone ponownie rozpisać konkurs na prezesa Instytutu.

De facto wybór jest więc między Polejowskim a Szpytmą. Z informacji Interii wynika, że dla Koalicji Obywatelskiej i Lewicy to żaden wybór, obu traktują bowiem jako równie duże zło. Z kolei dla ludowców różnica jest fundamentalna i w fotelu prezesa IPN chcą widzieć Szpytmę.
Dlaczego? W naszych rozmowach z politykami PSL pada kilka argumentów. Pierwszy to wieloletnia praca Szpytmy na rzecz upamiętnienia ruchu ludowego i samego Wincentego Witosa. Drugi to wysoka ocena jego pracy na stanowisku dyrektora Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Argument trzeci jest już bardziej polityczny - PSL Szpytmę uważa za "swojego" człowieka, natomiast Polejowskiego nazywa "żołnierzem" prezydenta Nawrockiego.
Mówi polityk z kierownictwa PSL: - Szpytma zrobił dla PSL-u kawał dobrej roboty w kwestiach historycznych. Doceniamy to, ponieważ dla nas wątek historyczny i tożsamościowy jest bardzo ważny. Nasi partnerzy tego nie rozumieją, bo dla nich polityka historyczna i polityka pamięci nie mają dużego znaczenia. Dlatego upieramy się właśnie na Szpytmę.
Po co mamy firmować złęgo kandydata? Nie popieramy go i nie poprzemy. Jeśli PSL chce, to niech samo bierze za niego odpowiedzialność. Chcą być w porządku wobec kogoś, kto według nich szanuje ruch ludowy. Droga wolna. Dla nas liczył się wybór Rzecznika Praw Obywatelskich, a nie szefa INP
Inne źródło z władz ludowców: - Nasze oczekiwanie jest takie, żeby partnerzy uszanowali nasz wybór i naszą wrażliwość. Jeśli tego nie zrobią, będzie zadra w przyszłej współpracy, będzie duża zadra. Szpytma to dobry wybór na miarę obecnych czasów i najlepszy z punktu widzenia historii ruchu ludowego. Kropka.
Pola do rozmów brak. "Mamy za dużą wiedzą o działalności Szpytmy"
Apele ludowców nie padają jednak na podatny grunt. Koalicja Obywatelska w sprawie dr. Mateusza Szpytmy wydaje się być nieprzejednana. - Nie sądzę, żeby tu było jakiekolwiek pole do rozmowy - mówi Interii polityk z władz KO.
Wbija też PSL szpilę za głosowanie w tej sprawie razem z PiS-em: - Myślę, że jacyś pośrednicy z PiS-u wmówili PSL-owi, że to jest ich kandydat, świetna nominacja i ludowcy w to uwierzyli. Kilka publikacji o Witosie nie przesłania kilku lat szkodliwej działalności IPN jako instytucji państwowej.
W odróżnieniu od ludowców, formacja Donalda Tuska nie zamierza bowiem przymykać oczu na fakt, że Szpytma przez kilka lat był wiceprezesem IPN i jednym z najbliższych ludzi Karola Nawrockiego. KO obarcza Szpytmę współwiną za światopoglądowy przechył IPN w prawą stronę, czystki personalne, a także skrajne upolitycznienie Instytutu oraz jego zaangażowanie w bieżącą politykę po stronie Zjednoczonej Prawicy.
- Po co mamy firmować złego kandydata? Nie popieramy go i nie poprzemy. Jeśli PSL chce, to niech samo bierze za niego odpowiedzialność. Chcą być w porządku wobec kogoś, kto według nich szanuje ruch ludowy. Droga wolna. Dla nas liczył się wybór Rzecznika Praw Obywatelskich, a nie szefa IPN - mówi wprost jeden z ministrów w rządzie Donalda Tuska.
- Mamy za dużą wiedzę o działalności pana Szpytmy - to z kolei głos prominentnego senatora KO. Nasz rozmówca dodaje: - Przecież, nawet pomijając kwestie polityczne i historyczne, jest raport NIK, który mówi o 6-7 mln zł nieprawidłowości w wydatkowaniu środków w ostatnich latach. Pan Szpytma był wtedy wiceprezesem Instytutu, więc ponosi dużą część odpowiedzialności za taki stan rzeczy. Do tego dochodzi protest przeciwko tej nominacji ponad 170 byłych pracowników IPN i historyków. Argumentów przeciwko jest naprawdę dużo. To przesądza sprawę.
W ocenie ludowców to właśnie wspomniany list środowiska naukowego i byłych pracowników IPN zaważył na tym, że premier Tusk i KO nie chcą ustąpić w kwestii Szpytmy. "Wsparcie udzielone tej kandydaturze przez grono, w którym przytłaczającą większość stanowią wybrani w 2023 roku nominaci obozu Zjednoczonej Prawicy, nie jest przypadkowe" - przekonują sygnatariusze opublikowanego pod koniec kwietnia listu.
Jak twierdzą, "wbrew budowanej narracji o swojej apolityczności i profesjonalizmie Mateusz Szpytma był i jest nadal jedną z twarzy skrajnego upolitycznienia IPN, który na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat stał się de facto partyjną przybudówką PiS-u". Podkreślają też, że Szpytma "ponosi współodpowiedzialność za dewastację instytucji, która powinna służyć wszystkim obywatelkom i obywatelom Polski, bez względu na ich ideowe wybory i pochodzenie".

- Myślę, że gdyby nie było tego listu protestacyjnego historyków i byłych pracowników IPN, takiego zaplecza intelektualnego Platformy, to sprawa byłaby otwarta. A to środowisko nie rozumie i nie akceptuje tego wyboru, z kolei Tusk ma dzięki temu dodatkowy argument przeciwko Szpytmie - analizuje w rozmowie z Interią prominentny polityk PSL.
Do Koalicji Obywatelskiej nie trafia natomiast przekaz o eksperckości i apolityczności Szpytmy. - Różnica byłaby, gdybyśmy mogli wybrać na prezesa IPN kogoś uznanego, mądrego, z ciekawą wizją naprawy Instytutu. A i pan Polejowski, i pan Szpytma to ludzie Karola Nawrockiego, więc dla nas to nie jest dobry wybór - zauważa polityk z władz KO.
Irytuje go też, że PSL uparcie przemilcza działalność Szpytmy jako zastępcy Nawrockiego. - To jest dla mnie niewytłumaczalne, kompletne odwracanie kota ogonem - zżyma się nasz rozmówca. - Szpytma był tyle lat wiceprezesem IPN za kadencji Nawrockiego, ale w sumie to on z Nawrockim ma niewiele wspólnego. I co jeszcze? - ironizuje.
Zarówno KO, jak i Lewica nie próbowały zgłaszać swoich kandydatur do konkursu na szefa IPN. - I tak przepadliby w głosowaniu Kolegium IPN. Nie ma obecnie przestrzeni na wybór ponadpartyjnego, niepisowskiego kandydata na prezesa IPN. A skoro tak, to po co mamy kopać się z koniem i wystawiać na oczywisty strzał? - mówi nam osoba z władz Lewicy.
Nasze oczekiwanie jest takie, żeby partnerzy uszanowali nasz wybór i naszą wrażliwość. Jeśli tego nie zrobią, będzie zadra w przyszłej współpracy, będzie duża zadra
Jak dodaje, doskonale rozumie postawę KO w sprawie Szpytmy. - To jest mocno prawicowa kandydatura, człowiek kompletnie nie z ich bajki. Jeśli nie wybierzemy Szpytmy, to na czele IPN nadal będzie stać p.o. prezesa, czyli pan Polejowski. A p.o. to zawsze niższa ranga niż pełnoprawny prezes. Ani my, ani Platforma nie mamy potrzeby podnosić rangi faktycznego szefa IPN - słyszmy.
PSL jako argumentu używa jeszcze kwestii wyboru Sylwii Gregorczyk-Abram na Rzeczniczkę Praw Obywatelskich. Ludowcy poparli w Sejmie jej kandydaturę. Nasi rozmówcy z partii Władysława Kosiniaka-Kamysza wskazują to jako dowód, że PSL szanuje wrażliwość KO i Lewicy, chociaż Gregorczyk-Abram nie jest ich faworytką. Nasze źródła w KO i Lewicy zapewniają jednak, że nie było żadnego politycznego porozumienia, wedle którego PSL poparłoby kandydaturę Gregorczyk-Abram na funkcję RPO, a w zamian KO i Lewica Szpytmę na prezesa IPN.
PSL się odgraża: dostaną za to kiedyś rachunek
Batalia o kandydaturę dr. Mateusza Szpytmy wskrzesza też szerszy problem, co do którego w koalicji rządzącej zdania są mocno podzielone. Chodzi o docelową przyszłość IPN.
Mówi ważny senator KO: - W Platformie uważaliśmy i uważamy, że dwie instytucje trzeba zlikwidować przy pierwszej okazji i są to IPN oraz CBA. Tylko po przegranych wyborach prezydenckich nie mamy takiej możliwości, więc na razie te plany trzeba odłożyć w czasie i pozostawić w sferze idei.
Osoba z władz Lewicy: - Dla nas IPN w obecnym kształcie to w ogóle nie jest instytucja, która powinna dalej trwać. To nie nasza bajka.
PSL będzie IPN bronić i już dzisiaj nie stroni od krytyki swoich koalicyjnych partnerów za traktowanie polityki historycznej po macoszemu. - Nie można odpuszczać tematu polityki historycznej, bo właśnie przez takie zaniechania Platformy i generalnie całej III RP mamy dzisiaj rosnącą skrajną prawicę, która zawłaszcza kwestie patriotyczne i historyczne - argumentuje zaufany człowiek Władysława Kosiniaka-Kamysza.
Jak przekonuje, "Platformie jest na rękę, żeby w IPN do końca kadencji był namaszczony przez Nawrockiego ultraprawicowiec, który dalej będzie obrzydzać tę instytucję". - Dzięki temu kiedyś dużo łatwiej będzie Platformie IPN zlikwidować - przewiduje nasz rozmówca.
W PSL przewidują jednak jeszcze coś. A mianowicie to, że upór w kwestii Szpytmy wyjdzie Donaldowi Tuskowi i KO bokiem. I to prędzej niż później. - Rachunek za to też kiedyś dostaną, bo każdy koalicjant prowadzi sobie w kajeciku listę swoich krzywd. I my sobie w nim zapiszemy, co premier i Platforma zrobili w temacie Szpytmy - odgraża się osoba z władz ludowców.
Łukasz Rogojsz


















