Dlaczego znowu wleciał do nas obcy dron? "Naprawdę musimy łączyć kropki"
- Potrzebujemy nowoczesnych metod rozpoznawania dronów, takich jak te, które stosuje Ukraina na szeroką skalę. Podrywanie myśliwców w dzisiejszych okolicznościach nie wystarczy - mówi w rozmowie z Interią dr hab. Maciej Milczanowski z Zakładu Studiów nad Wojną Uniwersytetu Rzeszowskiego. Na Lubelszczyźnie spadł drugi w przeciągu trzech dni dron pokryty napisami cyrylicą.

Skąd i dlaczego nadleciał dron, który rozbił się Polatyczach koło Terespola? Okoliczności wciąż są wyjaśniane, a na miejscu pracuje Żandarmeria Wojskowa i prokuratura. Wyjaśniania nie wymaga natomiast fakt, że to już drugi obiekt w przeciągu zaledwie trzech dni, który spada w niekontrolowany sposób na Lubelszczyźnie. W sobotę po południu w miejscowości Majdan-Siedlec w powiecie tomaszowskim 500 metrów od zabudowań odnaleziono szczątki innego bezzałogowca.
Niecałe trzy tygodnie wcześniej w pole kukurydzy w Osinach koło Łukowa uderzył dron Shahed.
Wśród mieszkańców wschodniej Polski słychać coraz częściej głosy pełne niepokoju - przecież taka spadająca z nieba maszyna, nawet nieuzbrojona, może zabić człowieka. Ludzie w pamięci mają także tragiczne wydarzenia z Przewodowa w powiecie hrubieszowskim, gdzie w listopadzie 2022 roku uderzył pocisk, zabijając dwie osoby.
Obce drony wlatują do Polski. Dlaczego?
Co jest nie tak z naszą obroną powietrzną, że kolejne obiekty rozbijają się w Polsce? O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy dr hab. Macieja Milczanowskiego, prof. Uniwersytetu Rzeszowskiego, byłego wojskowego.
- Drony to urządzenia, które mają bardzo niewielką powierzchnię, latają na bardzo niskich pułapach, nie są wykrywane przez konwencjonalne metody - wylicza. I od razu dodaje: dlatego właśnie potrzeba w Polsce metod nowoczesnych, które stosuje Ukraina na szeroką skalę. Chodzi o, jak mówi rozmówca Interii, rozbudowany system rozpoznawania i zestrzeliwania dronów.
Czy takiego zadania nie powinien zatem spełniać antydronowy system SKYctrl? Przy okazji uderzenia drona w Osinach Ministerstwo Obrony Narodowej zapewniało, że system ten jest przez polskie wojsko wykorzystywany.
- Skoro nie zestrzeliliśmy tych kilku dronów, które wleciały, to znaczy, że ten system nie jest w obecnym kształcie do końca adekwatny do sytuacji. Nie muszę tego dowodzić, bo same upadki dronów tego dowodzą - kwituje prof. Milczanowski.
Jak mówi, Polska potrzebuje systemu obrazowania sytuacji, który byłby w stanie rozpoznawać każde zagrożenie i na to zagrożenie oddziaływać. - Nie wystarczy podrywanie myśliwców - wskazuje.
Prof. Milczanowski: Funkcjonujemy, jakby nam zupełnie nic nie groziło
Zdaniem rozmówcy Interii Polska jest w stanie stworzyć pas w strefie przygranicznej, który ściśle by chronił naszą przestrzeń powietrzną. Jest jednak pewne "ale".
- Procedury. Jeżeli nadal będziemy działać tak jak teraz, czyli cała ta biurokracja, wszystkie te ścieżki między resortami, zakładami produkcyjnymi, to stworzenie takiego systemu obrony zajmie nam pewnie z pięć-sześć lat. Natomiast jeżeli te ścieżki skrócimy do standardów ukraińskich, no to w ciągu nawet trzech miesięcy jesteśmy w stanie już mieć funkcjonujący system, albo przynajmniej zaczątek systemu, ale dużo bardziej sprawny niż to, co mamy dzisiaj - uważa prof. Milczanowski.
Były wojskowy podkreśla, że jako państwo frontowe musimy zmienić system funkcjonowania na taki, który pozwala na szybkie rozwiązania. - A nie tak, jakbyśmy funkcjonowali w warunkach pokojowych, jakby nam zupełnie nic nie groziło.
- Mamy w Polsce producentów dronów. Można ich "podczepić" do jednostek, dla których by te drony produkowali. Mogliby od razu wykorzystywać wnioski i z polskich ćwiczeń. Można zapraszać Ukraińców, żeby nam pokazywali, jak to działa tam. Można to wszystko zrobić natychmiast - mówi ekspert z Zakładu Studiów nad Wojną Uniwersytetu Rzeszowskiego.
- Ale do tego trzeba zmiany myślenia, a wydaje mi się, że to jest bardzo trudne. Znam myślenie wojskowych, oni działają w sposób konwencjonalny, nie lubią zmian. Do tego trzeba odgórnej decyzji, a mam wrażenie, że to się nie dzieje - wskazuje. I dodaje gorzko: "Bardzo dziwi mnie, że w Polsce nie chcemy czerpać lekcji z tego, co się dzieje w Ukrainie".
Zapad 2025 a drony spadające w Polsce
Tymczasem za naszą wschodnią granicą już niebawem, bo w dniach 12-16 września, odbędą się największe w tym roku rosyjsko-białoruskie manewry wojskowe Zapad-2025.
Czy te wydarzenia mogą mieć związek z dronami spadającymi po polskiej stronie?
- Oczywiście, że bym to łączył ze sobą. Obserwuję działania Rosji już od kilku dekad. Na długo przed wojną w Ukrainie, a nawet przed wojną w Gruzji, Rosja robiła takie prowokacje, które sięgały dużo dalej, aż do Portugalii. Naprawdę musimy łączyć kropki - mówi.
Cele, jak wskazuje prof. Milczanowski, są przynajmniej dwa. Po pierwsze, chodzi rozpoznanie naszych systemów obronnych i ich możliwości. Po drugie, o podsycanie społecznego niepokoju. - To bardzo na korzyść Kremlowi - dodaje.










