Joanna w wieku 28 lat zaszła w ciążę. Była po poważnej operacji ginekologicznej. Nawet nie rozważała, by szukać lekarza na NFZ - od razu poszła do prywatnego gabinetu.
- Specjaliści, na których mi zależało, mieli odległe terminy albo przyjmowali wyłącznie prywatnie, a nie chciałam iść do kogokolwiek - chodziło przecież o prowadzenie ciąży, zdrowie moje i dziecka, a nie leczenie przeziębienia - wspomina.
Miała też kiepskie doświadczenia, jeśli chodzi o sprzęt w gabinetach na NFZ: - Stara, ledwo zipiąca maszyna do USG, na której lekarka mimo najlepszych chęci nie dostrzegła poważnej zmiany.
Ciążę prowadziła dwutorowo - wizyty i USG u lekarza w prywatnym gabinecie, a regularne badania m.in. krwi i moczu w ramach prywatnego ubezpieczenie zdrowotnego w jednej z dużych sieci. - Żeby móc korzystać z badań na NFZ, musiałabym być na nie skierowana przez lekarza z umową z Funduszem, a takiego nie miałam.
Urodziła w szpitalu publicznym. Za wszystko płacił NFZ - operacja, pobyt, badania jej i dziecka. - Opieka była świetna, jedzenie dobre, warunki też - wspomina kobieta.
- Dzięki temu, że prowadziłam ciążę prywatnie, NFZ zaoszczędził na mnie kilka tys. zł. Wyłożyłam to ze swojej kieszeni - mówi Joanna. Gdyby zdecydowała się na poród w prywatnej placówce, byłby to dla niej ogromny wydatek. Średni koszt porodu tam wynosi około 17,4 tysiąca zł.
Prywatyzacja służby zdrowia i wzorzec z USA
Każdy amerykański serial medyczny ma w swoim katalogu przynajmniej jeden odcinek poświęcony tematowi płatnej opieki zdrowotnej. W szpitalu, przychodni czy na ostrym dyżurze personel udziela pomocy potrzebującej osobie. Gdy okazuje się, że ta nie ma prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego, a rachunek za czasem proste leczenie opiewa na tysiące albo i dziesiątki tysięcy dolarów, zaczyna się prawdziwy dramat.
Nie chcemy, żeby tak wyglądała opieka medyczna w Polsce. Według badania Rankomatu 47 proc. respondentów w wieku 18-64 lata sprzeciwia się prywatyzacji.
A tymczasem Polacy coraz chętniej sięgają po prywatną opiekę zdrowotną, korzystając z mieszanego systemu ochrony zdrowia. Przynajmniej na tyle, na ile ich stać. W kraju odbywa się cicha prywatyzacja opieki zdrowotnej.
Opieka zdrowotna coraz częściej z własnej kieszeni
- Udział wydatków prywatnych na opiekę zdrowotną pozostaje wysoki - zauważa prof. Monika Raulinajtys-Grzybek, kierowniczka Think Tanku SGH dla ochrony zdrowia. - Choć w ostatnich latach nie odnotowano drastycznego wzrostu, nadal wydatki te mają istotny udział - mniej więcej jedna czwarta naszych wydatków na zdrowie pochodzi ze źródeł publicznych.
W dużej mierze są to wydatki na leki, nie na prywatne ubezpieczenia zdrowotne, choć te w ostatnich latach bardzo się popularyzują.
Jak czytamy w książce "Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS" Łukasza Pawłowskiego, w 2018 roku objętych dodatkowym ubezpieczeniem było ponad 2,6 miliona. Był to rekord i 23-procentowy wzrost w porównaniu do roku poprzedniego - informował raport Polskiej Izby Ubezpieczeń.
Łączna kwota wydawana na ubezpieczenia prywatne wynosiła ponad 820 milionów w 2018 roku.
W 2024 roku wydatki Polaków na prywatną opiekę medyczną przekroczyły 64 mld zł.
Prywatne ubezpieczenie zdrowotne jako benefit
Prof. Monika Raulinajtys-Grzybek podkreśla, że Polkom i Polakom doskwierają długie kolejki do lekarzy specjalistów. - Gdy pojawia się problem zdrowotny, bardzo trudno jest szybko uzyskać pomoc w ramach publicznej ochrony zdrowia ze względu na czas oczekiwania. Uciążliwość dostania się do lekarza rodzinnego w ramach Podstawowej Opieki Zdrowotnej również powoduje, że pacjenci wybierają sektor prywatny - wyjaśnia ekspertka.
Prywatne pakiety ubezpieczeń zdrowotnych są coraz częściej traktowane przez pracodawców jako mechanizm motywowania pracowników oraz formę zachęty do związania się z firmą.
- Należy jednak wziąć poprawkę na to, że w większości przypadków abonamenty te dotyczą podstawowych usług w ramach Podstawowej Opieki Zdrowotnej oraz Ambulatoryjnej Opieki Specjalistycznej. Są one substytutem dla dawnych wizyt prywatnych, za które płacono bezpośrednio u lekarza; dziś często odbywa się to w ramach wykupionego abonamentu - podkreśla Raulinajtys-Grzybek.
Wpływ tego zjawiska na system publiczny jest złożony. Pozytywnym skutkiem w ocenie ekspertki SGH jest odciążenie opieki podstawowej, a także częściowo ambulatoryjnej. - Jeśli pacjenci korzystają z usług prywatnych, kolejki w systemie publicznym powinny być teoretycznie mniejsze - mówi.
Z drugiej strony wiąże się to z większym obciążeniem finansowym osób, które płacąc dodatkowe ubezpieczenie, nie korzystają z części systemu publicznego.
Prof. Raulinajtys-Grzybek uważa jednak, że nie ma to dużego przełożenia na zaawansowane leczenie szpitalne i drogie procedury. - Abonamenty obejmujące kosztowne leczenie pojawiają się rzadko, a najdroższe usługi zazwyczaj pozostają poza pakietem - mówi.
Przykładem mogą być choćby porody prywatne oferowane przez duże sieci, które dotyczą najczęściej ciąż zdrowych i bez powikłań. Przypadki wymagające intensywnej opieki nad noworodkiem lub specjalistycznego nadzoru nadal są obsługiwane przez system publiczny.
Ryzyko związane z popularyzacją opieki prywatnej pojawia się w podejściu do koncepcji ubezpieczenia - osoby płacące za dodatkowy pakiet często oczekują bezpośredniego i szybkiego zwrotu w postaci konkretnej usługi.
Mają poczucie, że płacą i dostają dostęp do rezonansu, stomatologa czy kardiologa, traktując to jako zryczałtowaną płatność za usługę, a nie długookresowe ubezpieczenie na wypadek skutków choroby.
- Publiczna ochrona zdrowia ma inny charakter, oparty na solidaryzmie. Większość wydatków Narodowego Funduszu Zdrowia jest przeznaczana na najciężej chorych oraz na bardzo drogie leczenie, które system zapewnia w wielu obszarach - słyszymy od ekspertki.
Słowem, pacjenci często nie widzą powiązania między płaconą składką zdrowotną a tym, co otrzymują, dopóki sami poważnie nie zachorują.
- Rozwarstwienie systemu może doprowadzić do sytuacji, w której ludzie przestaną widzieć sens w publicznej ochronie zdrowia, woląc płacić wyłącznie za opiekę prywatną. Musimy pamiętać, że są to dwa różne zestawy usług i jeśli zniszczymy system publiczny, możemy skończyć jak Stany Zjednoczone, gdzie bogaci są zdrowi, a biedni umierają. To realne ryzyko wiąże się ze zmianą nastawienia i osłabieniem roli publicznej ochrony zdrowia w Polsce - ostrzega prof. Raulinajtys-Grzybek.
Rosnące zapotrzebowanie na usługi prywatne powoduje jednocześnie, że więcej lekarzy i specjalistów znajduje tam zatrudnienie, co automatycznie zmniejsza ich liczbę w NFZ. - Trwa realna walka o kadry - uważa ekspertka.
W obliczu braków personelu lekarskiego dużo łatwiej pracuje się w planowej ochronie zdrowia. W placówkach publicznych lekarze muszą mierzyć się z brakami kadrowymi, problemami na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych czy brakiem asysty pielęgniarskiej.
W sektorze prywatnym zaczyna pojawiać się problem walki cenowej - im więcej osób o zróżnicowanych potrzebach zdrowotnych korzysta z prywatnego systemu, tym bardziej się on rozwarstwia.
- Prywatna ochrona zdrowia zaczyna stosować mechanizmy znane z bankowości, dzieląc pacjentów na klientów typu VIP oraz pozostałych, którzy muszą czekać na infolinii. Tyle tylko, że takie podejście nie może mieć zastosowania w przypadku procedur ratujących życie - mówi ekspertka.
Często zdarza się, że mimo posiadania abonamentu w prywatnej sieci ochrony zdrowia, brakuje terminów u specjalistów. Pojawia się za to opcja szybszej wizyty po dopłaceniu dodatkowej kwoty.
- To oznacza sytuację, w której za tę samą usługę płaci się de facto trzy razy: raz w systemie publicznym, drugi raz w ramach abonamentu prywatnego i trzeci raz jako dodatkową dopłatę za termin - dodaje.
Koszty społeczne prywatyzacji
Wizja świata, w którym opieka zdrowotna jest w dużej mierze państwowa i opiera się na solidaryzmie nie zawsze jest lubiana przez tych, którzy za nią płacą, ale ma ona swoje zalety.
Nadmierna prywatyzacja niesie ze sobą koszty społeczne. - Brak powszechnego dostępu do leczenia może prowadzić do poważnych problemów, takich jak wzrost przestępczości czy uzależnień, co obserwujemy na przykładzie kryzysu fentanylowego w Stanach Zjednoczonych - zauważa prof. Raulinajtys-Grzybek. - A zdrowe społeczeństwo co do zasady funkcjonuje lepiej.
Anna Nicz
Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz: anna.nicz@firma.interia.pl
















