Budowę gazoportu zainicjował jeszcze w 2006 r. pierwszy rząd PiS, ale realnie zbudowano go w czasach pierwszych rządów Tuska. Wprawdzie PiS-owcy narzekali, że budowa idzie za wolno i jest za droga, ale w grudniu 2015 r. to właśnie politycy kolejnego rządu tej formacji witali pierwszy wpływający do Świnoujścia gazowiec.
Podjęta z kolei przez PiS na początku 2021 r. inicjatywa budowy zapory na granicy, mającej powstrzymać napływ migrantów nasyłanych przez reżim białoruski, była z kolei krytykowana przez polityków PO i Lewicy jako przejaw łamania praw człowieka. Gdy jednak w końcu 2023 r. przejęli władzę, narracja uległa zmianie: zaporę krytykowano - tym razem słusznie - za jej mało skuteczne wykonanie. Po dwóch latach rządowi Tuska udało się ją uszczelnić.
Z kolei ePUAP został przygotowany za pierwszych rządów koalicji PO-PSL, wtedy też pozyskano środki unijne na jego rozwój, dzięki czemu rząd Mateusza Morawieckiego mógł rozwijać działanie Profilu Zaufanego, a później dorowadzić do stworzenia m.in. aplikacji mObywatel. Na wszystkich tych przedsięwzięciach skorzystaliśmy jako obywatele, niezależnie od dzielących nas różnic politycznych.
Tama w Raciborzu, czyli od Buzka przez Tuska do Morawieckiego
Takich pozytywnych przykładów jest zresztą znacznie więcej. Moim ulubionym pozostaje tama w Raciborzu. Decyzję o podjęciu przygotowań do jej budowy podjął jeszcze w końcu lat 90. rząd Jerzego Buzka, a wpływ na to miała oczywiście katastrofalna powódź, jaka dotknęła Polskę południowo-zachodnią w 1997 r. Tamę budowały kolejne rządy i zajęło im to aż dwie dekady, bowiem wymagało to m.in. przesiedlenia ponad 700 ludzi z dwóch wsi (Nieboczowy i Ligota Tworkowska leżące w powiecie wodzisławskim).
Nikt się jednak nie wycofał, mimo że trudno o bardziej niepopularną decyzję niż zmuszanie ludzi do opuszczenia ich małej ojczyzny. Tamę uruchomiono dopiero w 2020 r. Jednak nastąpiło to na tyle wcześnie, że gdy w 2024 r. Dolny Śląsk dotknęła kolejna wielka powódź, to politycy dwóch dominujących formacji nie obrzucali się już zarzutami, kto odpowiada za zalanie Opola i Wrocławia, bo raciborska tama uratowała wówczas oba te miasta. Ograniczyli się do oskarżania, kto był bardziej odpowiedzialny za brak przygotowania skutecznych zabezpieczeń w zatopionej wówczas Kotlinie Kłodzkiej.
Niestety, znacznie dłuższa jest lista projektów zarzucanych przez nową-starą ekipę rządzącą pod zarzutem ich słabego przygotowania, czy wręcz szkodliwych dla państwa konsekwencji.
Główną przyczyną jest oczywiście postępująca polaryzacja i ideologizacja przestrzeni publicznej. Nowy minister nie może przyznać, że jego poprzednik zrobił coś sensownego, bowiem podważać to będzie linię partii, która postawiła go na stanowisku. Pół biedy, jeśli zdecyduje się po cichu kontynuować taki czy inny racjonalny projekt, pod zmienioną nazwą.
Gorzej, gdy potraktuje serio partyjną propagandę i zacznie wszystko tworzyć od nowa. Tak właśnie zrobił rząd PiS z projektami budowy pierwszej, polskiej elektrowni jądrowej, nad którymi pracowano w okresie rządów koalicji PO-PSL. Na szczęście ekipa Tuska nie poszła tu śladem poprzedników, ale 10-letniego poślizgu już nie odrobimy. I wszyscy za niego już płacimy w rachunkach za prąd.
Jeszcze więcej płacimy i zapłacimy za niezdolność klasy politycznej do porozumienia się w sprawie reformy służby zdrowia. Poczynając od rządu Millera, który przed ćwierćwieczem zlikwidował system mających ze sobą konkurować kas chorych i zastąpił go postpeerelowskim Narodowym Funduszem Zdrowia, kolejne ekipy jedynie licytowały się w wysokości środków przeznaczanych na ochronę zdrowia.
A system opieki zdrowotnej niezmiennie pozostawał niewydolny. I bez gruntownej reformy takim pozostanie, bowiem zwiększanie nakładów i tak nie zrównoważy przyrostu pacjentów wynikającego ze starzenia się polskiego społeczeństwa.
Z kim tu zresztą rozmawiać o gruntownej reformie ochrony zdrowia, skoro w wielokrotnie prostszej do naprawy i dziesiątki razy tańszej polityce publicznej, jaką jest wymiar sprawiedliwości, chaos wywołany przez Zbigniewa Ziobro i jego ludzi tylko się potęguje.
O ile jednak w tym przypadku winni są konkretni politycy i tylko po ich koleżankach i kolegach można się spodziewać posprzątania bałaganu, gdy wreszcie kiedyś uznają, że opłaca im się to bardziej niż (jak obecnie) eskalowanie konfliktu, to są też obszary, w których sytuacja pozostaje bardziej skomplikowana.
Chodzi o te sfery funkcjonowania państwa, w których politycy pierwsze skrzypce grają jedynie pozornie, gdyż w rzeczywistości kryją się za nimi urzędnicy i rozmaite lobby zawodowe czy producenckie. Tu problemem bywa nie tyle nieciągłość działań kolejnych rządów, co jej przeciwieństwo: uporczywe forsowanie błędnego od samego początku pomysłu, który jest nieustanie poprawiany i udoskonalany.

Ministrowie nauki tworzą biurokratycznego stwora
Na bliskim mi podwórku szkolnictwa wyższego takim klasycznym przykładem pozostaje proces tzw. ewaluacji nauczycieli akademickich. Zapoczątkowała go dawno już zapomniana Barbara Kudrycka - szefowa resortu z czasów pierwszych rządów Tuska.
Uruchomiona przez nią machina, którą nazywam ewaluacyjnym Frankensteinem, grasuje w polskim środowisku naukowym już niemal dwie dekady. Intencje, jakie stały za jej stworzeniem, były równie ambitne, co bohatera słynnej powieści Mary Shelley, który próbował ożywić ludzkie zwłoki.
Z pewnością bowiem akademicy powinni być jakoś oceniani. Jednak po latach widać, że próba stworzenia jednolitych kryteriów oceny dokonań naukowych w tak różnych dziedzinach jak astrofizyka i etnografia, podejmowane przez ministerialnych urzędników i rozmaitej maści ekspertów, nie przyniosły spodziewanych efektów.
Nieustannie zmieniane przez kolejnych ministrów kryteria ewaluacji ostatecznie skompromitował Przemysław Czarnek, który nie próbował nawet uzasadniać, dlaczego publikacja w prestiżowym "Nature" ma być oceniana na równi z tą, jaka ukazała się w ulubionej przez niego "Pedagogice Katolickiej".
Jednak ministerialni następcy Czarnka, mimo że wywodzą się z biegunowo mu przeciwnej Lewicy, dalej nas przekonują, że gdy tylko ewaluacyjnemu Frankensteinowi przestawią niewłaściwie umieszczone prawe oko i lewą nogę, to system będzie już dobrze funkcjonował. Oczywiście nie będzie, z prostego powodu: nie da się stworzyć jednolitego systemu ewaluacji dla całego świata nauki, gdyż jest zbyt zróżnicowany.
Z naprawiania ewaluacyjnego Frankensteina utrzymuje się od lat nie tylko spora grupa ministerialnych urzędników i ekspertów, ale i pokaźna grupa zagranicznych tzw. drapieżnych wydawców.
Ponieważ twórcy ewaluacyjnego Frankensteina zamarzyli sobie przed laty, że trzeba polską naukę umiędzynarodowić, przez lata premiowali ponad miarę publikowanie artykułów w zagranicznych czasopismach naukowych. Zysk szybko zwietrzyli ich wydawcy i rozkwitł intratny biznes.
Niektórzy najsłabsi, a przez to najbardziej zdesperowani polscy akademicy (i ich równie słabe uczelnie) zaczęli płacić całkiem spore sumy za publikowanie - oczywiście po angielsku - ich tekstów. Przez dłuższy czas ministerstwo było zachwycone, bo na papierze liczba polskich autorów publikujących za granicą rosła w tempie wykładniczym. W końcu jednak nawet tam zrozumiano, że to ślepa uliczka i od kilku lat ministerialni urzędnicy i eksperci pracują mozolnie nad "uszczelnieniem" systemu i wyeliminowaniem drapieżnych wydawnictw.
Na podobnej zasadzie udoskonala się w Polsce od dawna przepisy prawa budowlanego, czy podatkowego, co ma oczywiście bez porównania większe konsekwencje społeczne. Teoretycznie światełkiem w tunelu miała tu być proklamowana na początku ubiegłego roku przez premiera Tuska deregulacja.
Gdy jednak zapoznamy się z ogłoszoną w tym roku przez rząd listą 126 zmian w rozmaitych przepisach, to największe wrażenie robi głównie ich liczba, pokazująca, jak potwornie zbiurokratyzowanym i przeregulowanym państwem pozostaje Rzeczpospolita.
Antoni Dudek
















