Reklama

Reklama

Braun: Kurski został zwolniony, bo takie było polecenie Kaczyńskiego

- Informowanie obywateli jest jednym z podstawowych obowiązków mediów publicznych. Telewizja publiczna bez informacji nie ma sensu - mówi Interii Juliusz Braun, były prezes TVP, pytany o to, czy zgadza się z pomysłem Rafała Trzaskowskiego, aby zlikwidować TVP Info. Były członek Rady Mediów Narodowych uważa, że po zmianie prezesa TVP nadal będzie narzędziem politycznym. - Jarosław Kaczyński liczy, że to narzędzie będzie teraz skuteczniejsze - ocenia były przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Magdalena Pernet, Interia: Kto byłby prezesem TVP, gdyby Koalicja Obywatelska wygrała w przyszłym roku wybory?

Juliusz Braun, były prezes TVP: - Nie mam pojęcia. Nie wiem, jak Koalicja Obywatelska wyobraża sobie media publiczne po wyborach.

A co wiemy o nowym prezesie TVP Mateuszu Matyszkowiczu?

- Od paru lat jest związany z Telewizją Polską, był szefem TVP Kultura, a wcześniej miesięcznika "Fronda Lux", czyli był związany ze środowiskiem konserwatywnym. Od 2019 roku był wiceprezesem TVP, czyli członkiem zarządu - jedynym oprócz byłego prezesa. Natomiast, jeżeli chodzi o jego dotychczasowy wkład w telewizję publiczną, to tego wkładu nie bardzo widać. W TVP decydował o wszystkim Jacek Kurski i właściwie nikt więcej. Osobiście Matyszkowicza nie znam, nie wiem jakim człowiekiem jest prywatnie.

Reklama

Nie jest pan członkiem Rady Mediów Narodowych od lipca, ale zapewne wie pan, co dzieje się w radzie. Czemu Jacek Kurski został odwołany ze stanowiska?

- Proste. Bo takie polecenie wydał Jarosław Kaczyński. RMN to niewielkie gremium, zaledwie pięć osób, a trzy z nich są z PiS-u, więc decydują o wszystkim. Pozostałe dwie osoby to posłowie Lewicy. Wiadomo, że oni zawsze byli za tym, żeby Kurskiego z telewizji odwołać. Gdy PiS postanowił, żeby to się stało, i "rzucił na stół" swoje trzy głosy za odwołaniem, to było jasne, że można to było zrobić od razu i to jednogłośnie.

Uważa pan, że rzeczywiście ta decyzja była uprzednio konsultowana z Jackiem Kurskim?

- Moim zdaniem nie. Być może on mógł coś przeczuwać. Natomiast sposób przeprowadzenia tej operacji wyraźnie pokazuje, że Kurski był totalnie zaskoczony momentem, w którym ta decyzja zapadła. A ze względu na to, że Kurski był odwoływany już dwa razy, ale potem wracał na stanowisko prezesa TVP, to teraz zrobiono to w taki sposób, żeby nie miał czasu na podjęcie jakichś działań obronnych.

NIK i posłowie zapowiadają, że skontrolują wydatki i gospodarność TVP za czasów poprzedniego prezesa. Co może wyjść na światło dzienne po tych kontrolach?

- Jeżeli chodzi o kontrole poselskie, to nie wiązałbym z nimi szczególnych nadziei. Taka poważna kontrola wymaga ogromnego wkładu pracy, bardzo szczegółowych analiz i dużej wiedzy na temat tego, jak dana instytucja funkcjonuje. Możliwe, że kontrole poselskie wydobędą jakieś ciekawostki, polecam choćby bardzo dziwny mechanizm finansowania filmu "Zenek". Nie sądzę jednak, żeby to było szczególnie istotne dla oceny całokształtu funkcjonowania tej instytucji. Natomiast kontrola NIK-u to zupełnie co innego. NIK ma specjalistów, którzy całymi tygodniami mogą analizować dokumenty.

- Funkcjonowanie telewizji jest w znacznej części oparte na decyzjach uznaniowych: ile należy zapłacić aktorowi, scenarzyście itd. Tutaj nie ma uniwersalnego cennika. Ale jedno można powiedzieć na pewno: w czasach Jacka Kurskiego budżet telewizji wzrósł dwukrotnie, a całość tego wzrostu jest związana z tzw. rekompensatą, czyli de facto dotacją, a to oznacza, że z pieniędzmi publicznymi. Takie finansowanie powinno podlegać szczególnej kontroli, bo to są nasze, publiczne pieniądze. Bez względu na to, czy mówimy o abonamencie czy rekompensacie, jedno i drugie to są publiczne pieniądze. Razem to ponad dwa miliardy złotych, dlatego te środki należy rozliczać bardzo precyzyjnie i sprawdzać, co zostało zmienione w telewizji za ten finansowany przez obywateli, dwukrotnie wyższy budżet.

A co zostało ulepszone, poprawione, zmienione?

- Uruchomiono kilka nowych kanałów, mam wątpliwości, czy wszystkie potrzebne, ale łączny udział w rynku wszystkich kanałów Telewizji Polskiej spadł, niedużo, ale spadł. Natomiast bardzo mocno spadła wiarygodność programów TVP i generalna ocena telewizji. Ten spadek wykazują zarówno badania polskie, jak i europejskie, a to w kategoriach oceny gospodarczej oznacza, że prezes doprowadził do spadku wartości marki. A przypomnijmy, że miał dwukrotnie większe pieniądze, które uzyskał dzięki decyzji partii rządzącej. On inwestował tylko w jedno: w telewizję traktowaną jako narzędzie polityczne Prawa i Sprawiedliwości. Na tym polu rzeczywiście odniósł sukcesy, ale problem polega na tym, że rolą mediów publicznych nie jest to, by były narzędziem propagandy partyjnej.

- Pożegnalny wpis Kurskiego na Twitterze po tym, jak został odwołany ze stanowiska, oficjalnie to potwierdził. Kurski napisał, że jego środowisko polityczne kazało mu odejść i dodał, że decyzja zapadła w porozumieniu z nim. To brzmi śmiesznie. On nie napisał, że odwołała go Rada Mediów Narodowych, ale, że odwołało go "środowisko polityczne".

"Czystki" personalne po poprzednim prezesie TVP trwają. Kilka osób, w tym dyrektorów, już straciło stanowiska. Nowy prezes zapowiedział też, że TVP Info ma "nieco spuścić z tonu", jeśli chodzi o relacjonowanie polskiej polityki. Jak zmieni się Telewizja Polska?

- To nadal będzie narzędzie polityczne. Prezes Jarosław Kaczyński liczy, że to narzędzie będzie teraz skuteczniejsze, że sięgnie dalej niż do twardego elektoratu PiS-u. Do tej pory TVP nadawało programy adresowane do elektoratu PiS-u. Oczywiście nie dotyczy to sportu. Obiektywne badania pokazują, że wyborcy PiS-u uważają, że to jest dobra telewizja, a wyborcy innych partii uważają, że to jest zła telewizja. To była "bańka informacyjna": program był adresowany do tych, którzy lubili PiS i TVP umacniało tę miłość. Tworzyło się zamknięte koło. Jeśli coś się teraz zmieni, to tylko w takim kierunku, żeby ten aparat propagandy był sprawniejszy, by sięgać także do wahających się wyborców. Być może prezes Kaczyński uznał, że Kurski przesadził.

- Ciekawe też jest to, że Jarosław Olechowski, dyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, która nadzoruje wszystkie treści informacyjne i publicystyczne, czyli TVP Info, "Wiadomości", "Panoramę" i "Teleexpress" został teraz dyrektorem TVP3. To jasno pokazuje, że także programy regionalne mają być podporządkowane celom centralnie zarządzanej kampanii wyborczej. Do tej pory one były czasem uważane za mniej ważne, a tymczasem wybory wygrywa się w okręgach. Myślę, że wiąże się to też ze zmianą organizacyjną w samej partii i nie będzie w TVP3 miejsca na wojny podjazdowe lokalnych liderów. Celem będzie promocja osób, które będą liderami lokalnych list wyborczych

Czyli zmiana prezesa niemalże dokładnie na rok przed wyborami nie jest przypadkową datą?

- Oczywiście, że nie. Zawsze po takich zmianach jest pewien moment zamieszania, więc chodzi o to, żeby to zamieszanie szybko się skończyło i żeby jak najszybciej przygotować na wybory sprawne narzędzie w ręku partii. Ja uważam, że Kurski został odwołany przede wszystkim dlatego, że wykazywał nadmiar megalomanii, chciał sam układać scenę polityczną, uważał się za ważniejszego od prezydenta i premiera, a przed wyborami nie ma na to czasu i miejsca. To Kaczyński wyznacza, kto ma to robić.

Czy zatem prezes Matyszkowicz ma realną władzę nad TVP?

- W tej chwili teoretycznie ma, bo jest jednoosobowym zarządem i może robić wszystko. Ale jednocześnie praktycznie nie ma żadnej władzy, bo RMN, a de facto Jarosław Kaczyński, może go zwolnić w ciągu minuty.

Czyli tak naprawdę Telewizją Publiczną zarządza Jarosław Kaczyński?

- On nie kieruje tą instytucją, ale o niej decyduje, jest jej zwierzchnikiem. W formie czarnego humoru mówi się, że Kaczyński jest prezesem Polski, więc będąc prezesem Polski jest jednocześnie prezesem Telewizji Polskiej i wskazuje osoby, które w jego imieniu podejmują decyzje. Jeśli będą podejmować decyzje dokładnie zgodne z potrzebami partii, to będą tam nadal.

Borys Budka powiedział w ubiegłym tygodniu w Polsat News, że po wyborach trzeba będzie zmienić funkcjonowanie mediów publicznych: "Wymieciemy to, co Kurski tam przyprowadził". Poseł PO dodał, że dziś nikt nie chce pracować w telewizji publicznej, bo "pseudodziennikarze sieją tam propagandę PiS". Rzeczywiście tak jest?

- Niestety tak jest, nawet od strony warsztatu dziennikarskiego. Tam wszyscy myśleli tylko o tym, co powie Kurski. Warsztat dziennikarski się nie liczył. Liczyła się miłość do Prawa i Sprawiedliwości i w ramach tej miłości dziennikarze starali się robić to, co - jak sądzili - może się spodobać prezesowi Kurskiemu.

- Nie wiem, co zrobiłaby KO, gdyby wygrała wybory, na pewno jednak nie wystarczy wymiatanie. Trzeba na nowo zbudować media publiczne. Szkoda, że nie toczy się debata o tym, jak ta instytucja powinna wyglądać. Mamy duże doświadczenie i na tej podstawie można podjąć decyzje dotyczące zmian. Na przykład decyzję dotyczącą sposobu finansowania czy decyzję o sposobie powoływania władz, ale to są kwestie wtórne. To jest wtórne względem tego, czego my, jako obywatele oczekujemy od Telewizji Publicznej. Taka dyskusja powinna się toczyć. Kto ma być prezesem to sprawa wtórna.

Rozpocznijmy tę dyskusję. Co powinno się zmienić, czego pan by oczekiwał?

- Po pierwsze trzeba jasno określić strukturę organizacyjną. Czy mają istnieć dwie ogólnokrajowe, uniwersalne anteny, czyli TVP1 i TVP2. One w tej chwili są do siebie bardzo podobne. Kiedyś zakładano, że Jedynka jest bardziej poważna, a Dwójka bardziej rozrywkowa. Teraz jest jeden dyrektor obydwu kanałów i wszystko jest kierowane wspólnie. Może powinien powstać jeden, główny, bardzo silny kanał, który konkurowałby z Polsatem i TVN-em, które też mają po jednym głównym kanale, a Dwójka byłaby wyraźnie ukierunkowana na tematykę kulturalną, edukacyjną. Ta kwestia mogłaby być pierwszym punktem dyskusji, możliwe, że ktoś przekonałby mnie, że nie mam racji, ale o tym trzeba rozmawiać. Na pewno nie ma powodów, by funkcjonowało tak wiele kanałów tematycznych. Imperialna polityka Jacka Kurskiego brzmiała: "jeszcze jeden kanał i jeszcze jeden kanał i jeszcze jeden kanał".

- Określenie optymalnej struktury pozwoliłoby obliczyć, ile realnie pieniędzy potrzeba na funkcjonowanie Telewizji Polskiej. Wtedy można będzie odpowiedzieć na pytanie, jak tę telewizję finansować. Finansowanie, które obowiązuje teraz jest najgorszym z możliwych. Mamy do czynienia z fikcją abonamentu, który de facto nie istnieje, bo płaci go jedynie parę procent obywateli. Rekompensata przyznawana jest w ostatniej chwili, czysto uznaniowo. Formalnie mamy taką sytuację, że telewizja nie ma jeszcze zapisanych w projekcie budżetu pieniędzy na przyszły rok, ale parę godzin po odwołaniu Jacka Kurskiego premier powiedział, że te pieniądze jednak będą. Czyli właściwie powiedział: "Nowemu prezesowi damy pieniądze, ale ten następca Kurskiego już wie, że łatwo może wylecieć i łatwo może tych pieniędzy nie dostać". W żadnym cywilizowanym kraju media publiczne nie mogą być tak finansowane. Sposobów jest wiele, ale to musi być stabilne, opracowane na wiele lat rozwiązanie.

Czy popiera pan pomysł Rafała Trzaskowskiego, że TVP Info powinno zostać zlikwidowane?

- Przy całym szacunku dla autora tej propozycji, sensem istnienia mediów publicznych w całej Europie jest w znacznej mierze to, żeby były źródłem obiektywnych informacji. Jeżeli źródło jest zatrute to nie można poprzestać na tym, że je zasypiemy. Trzeba zbudować nowe źródło zdrowej wody.

Czyli TVP Info nie należy likwidować?

- Taki kanał informacyjny może się inaczej nazywać, żeby odciąć się od złej historii, ale informowanie obywateli jest jednym z podstawowych obowiązków mediów publicznych. Informacja powinna być obecna w "dużych" kanałach, ale powinna mieć też zagwarantowany odrębny kanał adresowany przede wszystkim do widzów bardziej zainteresowanych problematyka społeczną i polityczną. Telewizja publiczna bez informacji nie ma sensu. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy