Bez nich służba zdrowia runie, a nikt ich nie widzi. "To mania wyższości"
- Nie chcą nas widzieć - mówi Anna, która od sześciu lat pracuje na SOR-ze. W jej głosie nie ma już złości, jest zmęczenie. Salowe są najbliżej pacjenta, bez nich system by się zatrzymał. A jednak wciąż słyszą: nie podoba się, drzwi są otwarte. Historie Kasi, Krzysztofa i Magdy pokazują, że za zamkniętymi drzwiami oddziałów codziennością bywa nie tylko ciężka praca, ale też upokorzenie, strach i walka o szacunek.

- Odczułam na własnej skórze, co to znaczy być potraktowaną jak śmieć - mówi Kasia. Ma 58 lat, jako salowa pracuje od dziewięciu lat. Kiedy nie podobał jej się sposób, w jaki odzywała się do niej kierowniczka, reagowała.
- A ona odpowiadała agresją. Mówiła: co pani tutaj ugra? No wie pani, ja mam wykształcenie, a pani jakie ma? Ja nie boję się o swoją pracę, a pani powinna. Wyszła z założenia, że my, salowe jesteśmy po podstawówce, ewentualnie po zawodówce i właściwie nie używamy własnego rozumu. Do dzisiaj nie mogę spokojnie o tym mówić - opowiada.
"Agresja to chleb powszedni mojej pracy"
Brak szacunku, jak tłumaczy, jest w jej pracy na porządku dziennym. Nie ze strony pacjentów, a ze strony przełożonych. - Agresja i mobbing to chleb powszedni mojej pracy - mówi. Odczuwa to na każdym kroku.
- To po prostu mania wyższości. Z czym by człowiek nie przyszedł, słyszy: "Pamiętaj, że jesteś w pewnym sensie ode mnie zależna i to ja rządzę". Kierowniczki piszą SMS-y po godzinach pracy, wzywają ze zmiany na zmianę. Po dwunastogodzinnym dyżurze znowu każą przyjść na kolejny, dwunastogodzinny. Troszczą się tylko i wyłącznie o swoje stanowiska - podkreśla.
Kasia źródła problemu upatruje w dobieraniu nieodpowiednich osób na stanowiska kierownicze. - Kierownicy nie są przygotowani do swojej pracy, nie są nauczeni współpracy z ludźmi. A ja uważam, że dobre słowo do personelu, którym się zarządza, zdziała więcej. Da pracownikowi więcej motywacji niż wieczne karanie, mobbing i ubliżanie ludziom - zauważa.
Kasia nie ukrywa, że ma w sobie duże poczucie niesprawiedliwości i niewysłuchania. - Gdy nie podobało mi się zachowanie współpracowniczki, to mnie przeniesiono na inny oddział, bo tamta osoba była koleżanką kierowniczki - wspomina.
Tym bardziej nierówności bolą, bo pracuje najlepiej, jak potrafi. - Staram się, żeby oddział wyglądał jak najlepiej, był dokładnie doczyszczony. Pomagam pielęgniarkom, choć w wielu sytuacjach nie należy to do moich obowiązków. Jestem od pomocy, a nie od wykonywania zadań za kogoś.
- Jako salowe jesteśmy personelem, który się starzeje. Warto byłoby, żeby to doceniono. Mówią, że są inni na nasze miejsce. Ale ja chętnych nie widzę - dodaje.
Poczucie niebezpieczeństwa
- Kiedyś do wykonywania moich obowiązków były zatrudnione trzy osoby. Dzisiaj wszystko robię sam - mówi Krzysztof. Od 34 lat pracuje w Szpitalu Neuropsychiatrycznym. - Jest coraz gorzej. Jest nas mało. Na przykład na ponad 80 dorosłych pacjentów psychiatrycznych, na nocnym dyżurze przypadają dwie pielęgniarki i ja. To jest nie do ogarnięcia - przyznaje.
W pracy brakuje mu poczucia bezpieczeństwa. - Coraz częściej dochodzi do niebezpiecznych sytuacji. Zdarza się, że pacjent obleje pielęgniarkę wrzątkiem, mojej znajomej salowej wybił zęby. Pacjenci są różni, w różnych stanach. Bywa tak, że jeden pacjent pomaga w unieruchomieniu drugiego, bo brakuje personelu, a ja sam nie dam rady - opowiada.
A zadań przybywa: umyć salę, wydać posiłki, zmienić pampersy. - I jeszcze monitorować, czy ktoś nie rozpiął się z pasów. Wykorzystywani jesteśmy do wszystkiego. Trzeba posprzątać, trzeba pacjenta przebrać. Nieraz wykonujemy zadania za pielęgniarki. My to robimy, a ona mówi - cytuję - Ja nie po to robiłam magistra, żeby czyścić pacjentów czy oglądać jakieś stare jaja - przytacza.
Problem, jak mówi, leży w systemie. - Gdyby były jasno określone procedury i nasze zadania, być może byłoby mniejsze pole do wykorzystywania nas. Dla siebie pewnie sprawiedliwości już nie wywalczę, bo zostało mi siedem lat do emerytury, ale może dla kolejnych pokoleń. Bo z roku na rok ręce opadają coraz bardziej - dodaje.
Nikt nie reaguje
Na braki personalne i pracę ponad siły zwraca uwagę też Magda. - Pracujemy na oddziałach praktycznie pojedynczo. Nieważne, czy jest jeden pacjent, czy trzydziestu. A i tak jesteśmy proszone o pomoc na innych oddziałach. Jest naprawdę ciężko - mówi.
W zawodzie pracuje od ośmiu lat. W szpitalu, w którym jest zatrudniona, trwają obecnie grupowe zwolnienia. - Dyrektor zapewniał, że będzie przyjmował nowe osoby, a tymczasem tylko zwalnia. Nie wychylamy się, siedzimy cicho, bo każdy boi się o swoje miejsce pracy. Ale ręce opadają, bo już teraz pracujemy ponad siły - tłumaczy.
Zmiany trwają po 11 godzin, obowiązków jest mnóstwo, a wsparcia właściwie brak. - W naszym szpitalu jesteśmy określane jako "robotnik gospodarczy" i to określenie nas gubi, bo nasze obowiązki daleko wykraczają poza zakres tego stanowiska.
Wymaga się od nas sprzątania zgodnie z procedurami, ale nie zapewnia się odpowiednich środków czystości. Jeden z detergentów silnie poparzył mi ręce. Kiedy zgłosiłam to przełożonym, nikt nie zareagował - opowiada.
W obawie przed utratą pracy Magda nie korzysta ze zwolnień lekarskich. - Wiadomo, człowiek to nie maszyna, zdarza się zachorować. Ale zwolnienia nie są mile widziane, dlatego gdy choruję, wykorzystuję swoje dni wolne. Tak się u nas przyjęło - wyjaśnia.
Mimo wszystko Magda bardzo ceni swój niewielki zespół na oddziale. - Nie powiem złego słowa o lekarzach i pielęgniarkach. Jesteśmy traktowane na równi z innymi. Na innych oddziałach bywa różnie. Dyrekcja ma też inne zdanie - mówi.
Relacje z pacjentami również są różne. - Zdarzają się osoby, które przedstawiają nas w złym świetle przed dyrekcją w ankietach czy mailach. Bywają trudni, niemili pacjenci, ale bierzemy na to poprawkę. To przecież ludzie chorzy, często rozdrażnieni - dodaje.
Walka o równe traktowanie
Anna od sześciu lat pracuje na SOR-ze, współtworzy związki zawodowe personelu niemedycznego.- Nie chcą nas widzieć. Pokutuje myślenie sprzed kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat, że salowymi i sanitariuszami są prości ludzie, bez wykształcenia, mało wymagający. Utarło się, że takimi osobami można sterować i można je zastraszyć. Nic bardziej mylnego - mówi.
Jak przyznaje, walczy o równe traktowanie, które wciąż nie jest czymś oczywistym. - Jako personel niemedyczny nie dostajemy dodatkowej pensji, pracując w dni świąteczne. Dyrekcja tłumaczy się tym, że jesteśmy personelem niemedycznym i nie mają podstawy, żeby nam wypłacić za te dni. Chcemy, żeby ministerstwo dołączyło nasze zawody do grona medycznego i wtedy dużo się dla nas zmieni - mówi.
Na pewno zwiększy się poczucie bezpieczeństwa. - Teraz jesteśmy przy pacjentach zachowujących się w różny sposób, ale nie mamy ochrony, bo pracowników niemedycznych nie traktuje się jako funkcjonariuszy - mówi. Kiedy te potrzeby zgłasza, spotyka się ze ścianą.
- Od przełożonych nie raz słyszałam: nie podoba się, drzwi otwarte, my tutaj nikogo na siłę nie trzymamy, na wasze miejsce jest tysiąc innych osób, Bardzo często zdarzają się takie teksty, a to boli - mówi.
Boli też nierówne traktowanie. - Najbardziej ze strony pracodawców. Lekarze i pielęgniarki niby nas wspierają, ale jak przychodzi co do czego, to nasze potrzeby zostają odłożone na później. Jak jest potrzeba, żebyśmy coś zrobili dodatkowo, to jest w porządku, ale na co dzień niejednokrotnie czujemy się nierówni. A przecież jesteśmy równi. Jak będziemy równo traktowani to będziemy czuć się bezpieczniej w pracy - dodaje.
















