Akty dywersji w Polsce. Dr Piasecka: To pełzająca agresja
- To sygnał, że ta sytuacja nie tylko się nie uspokaja, agresja ze strony rosyjskiej nie maleje, ale nawet narasta - ocenia dla Interii dr Paulina Piasecka, specjalistka ds. bezpieczeństwa z Uniwersytetu Civitas, mówiąc o aktach dywersji w Polsce. - I jest coraz bardziej dojmująca w potencjalnych skutkach - dodaje.

Łukasz Szpyrka, Interia: Czy jest pani zaskoczona jakimś wątkiem historii dotyczącej dywersji, którą w Sejmie ze szczegółami opowiedział premier Donald Tusk?
Dr Paulina Piasecka, Uniwersytet Civitas: - Żadnym. Ani tym, że są to celowe działania na szkodę Rzeczpospolitej Polskiej i jej obywateli, sektora publicznego, ze szczególnym uwzględnieniem transportu publicznego. Ani nawet tym, kim były osoby zrekrutowane do popełnienia tych zamachów.
To nic dziwnego, że byli nimi Ukraińcy prawdopodobnie zwerbowani przez Rosję?
- Przez przeprowadzenie tych ataków w taki sposób, czyli przy pomocy dywersantów określonego pochodzenia, Federacja Rosyjska chce zrealizować dwa cele. Pierwszym jest sam akt dywersji, który wiąże się z postawieniem w stan gotowości wszystkich naszych służb, a drugim rozgrywanie operacji o charakterze informacyjnym. Ten drugi cel ma budować nieufność do instytucji państwowych, ale też do uchodźców z Ukrainy. Tak wywołane napięcia miałyby osłabiać integralność naszego państwa i zmniejszać gotowość do ewentualnego wspólnego stawienia czoła zewnętrznemu zagrożeniu.
Pierwszego celu agresor nie zrealizował, ale drugi ma miejsce, bo winą za dywersję ludzie obarczą Ukraińców.
- Niestety tak. To celowe działanie. Nie ma takiego narodu, nie ma takiej grupy społecznej, w którym nie ma kilku zgniłych jabłek. Zawsze będą tacy ludzie w każdym narodzie, dla których jedyną ojczyzną jest pieniądz. W wypadku tych osób, o których mówił premier, mamy do czynienia z ludźmi skazywanymi za przestępstwa przeciwko swojemu własnemu narodowi.
Obaj dywersanci uciekli. Jak mówił premier Tusk, opuścili nasz kraj przez przejście graniczne w Terespolu.
- To było dość oczywiste. Nikt zdrowo myślący nie zostałby na miejscu, czekając na to, co się wydarzy. Tym bardziej, że były tam montowane urządzenia do zdalnej transmisji czy utrwalenia efektów tej dywersji. Oczywiście to przykre, że nie udało się ich pojmać i postawić przed oblicze naszego wymiaru sprawiedliwości. Dużym optymizmem byłoby przekonanie, że zostaną w Polsce i będą czekać, aż ich złapiemy.
A zbyt dużym optymizmem nie jest przekonanie, że "dopadniemy" ich na terenie Białorusi lub Rosji?
- Byłoby to dużym sukcesem. Nie sądzę, byśmy wysyłali komandosów na terytorium państwa, które jest agresywne, a które mogłoby potraktować takie działanie jak prowokację albo naruszenie swojej suwerenności. Poczekajmy, a kiedyś ich znajdziemy. Albo wtedy, kiedy zapanuje już pokój, albo wtedy, kiedy będą musieli z jakiegoś powodu stamtąd uciec. Jestem przekonana, że premier poważnie traktował swoją deklarację, że nie pozostanie bezkarny i nie schowa się na końcu świata ktoś, kto tego rodzaju zagrożenie na Polskę sprowadza.
"Pomógł nam błąd zamachowców, ale mogła to być poważna katastrofa z ofiarami" - mówił premier. Dodawał, że to wydarzenie bezprecedensowe, najgroźniejsze od 2022 roku.
- Myślę, że premier miał na myśli bardzo konkretną rzecz. Doświadczamy ataków ze wschodu w ramach szerokiego wachlarza środków hybrydowych od bardzo wielu lat. Pierwsze operacje informacyjne były prowadzone w Polsce sporo przed 2022 rokiem. To trochę pełzająca agresja. Najpierw mówiliśmy o działaniach informacyjnych i propagandowych. Potem o intensywnej działalności trolli czy botów w nowej przestrzeni informacyjnej. W międzyczasie gdzieś zaczęły się dziać intensywne ataki w cyberprzestrzeni. Premier podkreśla, że po raz pierwszy mamy do czynienia z bardzo poważnym, kinetycznym wyrazem agresji na naszym terytorium. Czy to oznacza, że to ostateczny wyraz agresji? Nie, ale to sygnał, że ta sytuacja nie tylko się nie uspokaja, agresja ze strony rosyjskiej nie maleje, ale nawet narasta i jest coraz bardziej dojmująca w potencjalnych skutkach.
Dlatego też premier zapowiedział wprowadzenie trzeciego stopnia alarmowego CHARLIE na określonych liniach kolejowych w kraju. Co to oznacza?
- CHARLIE oznacza, że może wystąpić konkretne zagrożenie w stosunku do konkretnego celu. Kolejny stopień DELTA oznacza, że coś się wydarzyło. W moim odczuciu w tym wypadku można było użyć nawet stopnia DELTA, bo władze mówią, że akt dywersji już nastąpił.
Ale w jaki sposób te stopnie alarmowe wpływają na Polaków? Obywatele w przypadku wprowadzenia danego stopnia mają coś robić, zmienić postawę, na coś się przygotować?
- Stopnie nakładają głównie zadania na służby. Zadania obywatela we wszystkich tych stopniach pozostają takie same. To zachowanie czujności, informowanie służb o podejrzanych zdarzeniach, dostosowanie się do poleceń służb. A tak naprawdę stopnie alarmowe nakładane są na administrację. Powstaną całodobowe dyżury, będą kontrole dostępności obiektów i tego typu rzeczy. Dla obywatela niewiele się zmienia - masz być czujny, poinformuj, jeśli coś zauważysz, słuchaj poleceń służb.
Podsumowując - cieszymy się, że nic złego na kolei się nie stało, ale jednak się stało.
- Gdyby się nie stało, to nie wprowadzalibyśmy trzeciego stopnia alarmowego. Gdyby się nie stało, to Prezes Rady Ministrów nie mówił, że spotkało nas największe zagrożenie od lat. Gdyby się nie stało, to pewnie Prezes Rady Ministrów nie występowałby przed Sejmem, opowiadając o tym, jaki jest stan zagrożenia dla Polski i regionu. Sam ten wątek dotyczący różnych zdarzeń w regionie uwidacznia nam, że mamy do czynienia z nasileniem działań o wrogim charakterze. Niepokoi nas to, ale musimy zachować większą czujność i musimy być przygotowani, żeby dobrze zareagować. Nie możemy się przestraszyć.
Rozmawiał: Łukasz Szpyrka










