Reklama

Reklama

Afera w "Newsweeku". Renata Kim reaguje na zarzuty: To podłość

"Nazywanie mnie mobberką w chwili, gdy od zwolenników Lisa słyszę, że jestem donosicielką, beztalenciem, najsłabszym ogniwem, które latami nie umiało się ogarnąć, zawalczyć o siebie - to zwykła podłość" - napisała Renata Kim w odpowiedzi na zarzuty byłego dziennikarza "Newsweeka", Wojciecha Staszewskiego. Wcześniej stwierdził on, że "mobbing nie ma płci", a "internety dały się nabrać" na wyznanie jego ówczesnej przełożonej.

Nie słabną emocje wywołane odejściem Tomasz Lisa z "Newsweeka" i doniesieniami o jego stylu pracy. Ale nie tylko jego.

W mediach społecznościowych regularnie pojawiają się nowe głosy dotyczące toksycznej atmosfery, która przez lata miała panować w redakcji.  

"Piszę, bo nie daje rady z tym festiwalem hipokryzji. I po to, żeby powiedzieć głośno: mobbing nie ma płci" - napisał w środę na swoim Facebooku były dziennikarz Newsweeka, Wojciech Staszewski. We wpisie zarzucał mobbing nie Tomaszowi Lisowi, ale swojej bezpośredniej przełożonej Renacie Kim. To właśnie ona ogłosiła niedawno, że dzięki niej na jaw wyszły niewygodne fakty związane z byłym redaktorem naczelnym gazety. 

Reklama

Kim w komentarzach odniosła się do zarzutów Staszewskiego. "Odpowiem, bo oskarżenia o mobbing nie wolno ignorować, choćbym bardzo chciała tego uniknąć. I na twój brutalny tekst odpowiem bez delikatności" - zaczęła. Na wstępie zaznaczyła, że Staszewski do "Newsweeka" przyszedł "jako gwiazda". "Po pewnym czasie stało się jasne, że nie jesteś tą gwiazdą, która miała nam trzaskać okładkę za okładką" - stwierdziła. 

Staszewski: Zostałem wyrzucony. Kim: Odszedłeś sam

Dziennikarka wyjawiła też warunki, na jakich Wojciech Staszewski dołączył do redakcji. "Uzgodniłeś sobie z Lisem, że w ramach całego etatu pracujesz trzy tygodnie w miesiącu, ostatni masz wolny. Godziłam się na to, bo ceniłam twój warsztat, lubiłam czytać twoje teksty" - napisała i po chwili zapytała: "Ile zrobiłeś okładek w ciągu tych kilku lat? Dwie?" i zaznaczyła, że z jej perspektywy dziennikarz był "zbyt zajęty bieganiem, a pisanie było dla na niego na drugim, trzecim planie". Zarzuciła też Staszewskiemu, że jego tematy nie pasowały do "Newsweeka".

"Lis nie potrafił ci tego powiedzieć, ale rozwiązaniem sytuacji obciążał mnie. To ja wysłuchiwałam, że trzeba coś z tym Staszewskim zrobić. I robiłam, jak umiałam, próbując cię przekonać, żebyś jednak przyłożył się do pracy. Nie chciałeś" - relacjonowała.

Dziennikarka stwierdziła też, że gdy zaproponowała Staszewskiemu nowe warunki, w tym pracę w pełnym wymiarze, dziennikarz miał odejść z "Newsweeka"

Przypomnijmy, że sam Staszewski twierdził, że z redakcji został "wyrzucony" ze względu na "cięcie kosztów". "Po kilku latach od wyrzucenia mnie z Newsweeka (redukcja, musimy oszczędzać) pisałem z zewnątrz teksty. Czasem sam zgłaszałem pomysł, czasem redakcja prosiła. Więc chyba nie były takie złe" - oświadczył.

Kim do Staszewskiego: Wiele razy cię przepraszałam

Renata Kim stwierdziła we wpisie, że wymagała od Staszewskiego "tyle, ile od samej siebie, czyli za dużo". Napisała, że dopiero terapia uświadomiła jej, "jak obsesyjny ma stosunek do pracy".

Dziennikarka dodała, że wiele razy przepraszała za to zarówno samego dziennikarza, jak i jego żonę. Jak tłumaczyła, jej zachowanie wynikało z "przerzucania na Staszewskiego presji, jaką wywierał na nią jej szef".

"Pamiętasz, jak mówiłeś, iż rozumiesz? I nie masz żalu, jesteśmy teraz w innym punkcie" - pytała Staszewskiego Kim.

Kim: Pamiętasz jak narzekaliśmy na Lisa?

Renata Kim oświadczyła też, że zarówno ona, jak i Staszewski mieli wielokrotnie żalić się sobie na zachowania redaktora naczelnego, Tomasza Lisa. Według jej relacji Staszewski miał nawet udzielać porad swojej ówczesnej przełożonej, w jaki sposób radzić sobie z Lisem.

"Pamiętasz, jak wiele razy wspólnie narzekaliśmy na Lisa? Jak udzielałeś mi porad, jak mam postępować, skoro nadal z nim pracuję? Pamiętasz, ile razy mówiłeś, żebym z 'Newsweeka' uciekała? Bo doskonale wiedziałeś, co się tam dzieje" - napisała we wpisie Kim.

Wojciech Staszewski zarzucił wcześniej, że dziennikarka zrobiła z siebie "świecką świętą", twierdząc, że to ona zawiadomiła HR o sytuacji w Newsweeku". "Tomasz Lis został zwolniony po skardze innej osoby" - informował - "Zarząd nie ujawnia, ani kim ona jest, ani czego skarga dotyczyła. Natomiast nie jest to Renata Kim" - napisał, dodając jednocześnie, że owszem, jego była przełożona sygnalizowała wiele lat temu sprawę działowi HR, ale "z obawy przed Lisem" miała ją później wycofać.

Kim, odnosząc się do tych zarzutów, napisała: "Nie upajam się swoim rzekomym bohaterstwem, które tak cię zbulwersowało i zmusiło do napisania tego okropnego posta". Podkreśliła, że "zwykłą podłością" jest nazywanie jej "mobberką" w momencie, gdy od "zwolenników Lisa" słyszy, że okazała się "donosicielką", "beztalenciem" i "najsłabszym ogniwem, które nie potrafiło zawalczyć o siebie".

Kim do Staszewskiego: Odwracałam od ciebie wzrok, bo skrzywdziłeś moją przyjaciółkę

"To od niej doświadczałem przez wiele, wiele miesięcy ignorowania, odzywania się tylko zdawkowo, traktowania przez wiele godzin 'jak powietrze'" - pisał o Kim Staszewski, za przykład podając atmosferę panującą na poweekendowych kolegiach. "Wiecie jak to jest. Cały dział w poniedziałek chichra się wspominając piątkową imprezę, na który tylko ty nie byłeś zaproszony, ale przecież nie ma obowiązku cię zapraszać. Ktoś się do ciebie nie odzywa przez cały dzień, ale w końcu to miejsce pracy, a nie piknik z przyjaciółmi". 

Dziennikarka wyjaśniła, dlaczego odwracała od niego wzrok, zaznaczając, że "naprawdę żałuje, że musi to napisać", ale nie ma innego wyjścia, skoro uczyniono z tego zarzut. "W czasie kiedy razem pracowaliśmy, skrzywdziłeś moją przyjaciółkę" - oświadczyła i dodała: "Patrząc na ciebie, zawsze myślałam o niej".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy