Reklama

Reklama

80 tys. Ukraińców wciąż mieszka w "przechowalniach". "Miejsca mniej niż dla więźnia"

Od wybuchu wojny granicę polsko-ukraińską przekroczyło ponad 7 mln Ukraińców. Dla wielu byliśmy przystankiem, punktem przesiadkowym. Rząd szacuje, że dla ponad miliona staliśmy się jednak domem. Interia sprawdza, jak ukraińscy uchodźcy urządzili się w tym domu. Kto sobie poradził, a kto wciąż przebywa w "przechowalniach"?

Oksana w Ukrainie miała dwupokojowe mieszkanie. Dobrze pamięta, jak z mężem remontowali je własnymi rękami. Potem Sasza umarł. A równo dwa lata po jego śmierci Rosjanie zaatakowali Ukrainę. - Nie zostawiłam domu od razu. Wahałam się. Ale jak zaczęły się ostrzały, przyjechałam do Warszawy. Mam tu siostrę - opowiada Oksana.

Dziś jej domu już nie ma. Nie ma do czego wracać. - Pracuję jako fryzjerka. Znajomi siostry pomogli mi znaleźć pracę. Od dwóch miesięcy wynajmuję pokój. Za ścianą mam inną Ukrainkę, z synkiem. O tym, jak żyłam kiedyś, a jak teraz, staram się nie myśleć - mówi  Oksana, ocierając łzę. I szybko dodaje: - Nie jest źle. Jakoś sobie poradziłam.

Reklama

Ile Ukraińców poradziło sobie tak jak Oksana?

Paweł Szefernaker: Wyniki bardzo dobre. Nieosiągalne w żadnej innej migracji na świecie

Paweł Szefernaker, pełnomocnik rządu ds. uchodźców już w pierwszym zdaniu rozmowy podkreśla, że ukraińska emigracja jest wyjątkowa. Z przynajmniej dwóch powodów.

- Po pierwsze, są to w 90 proc. kobiety z dziećmi, po drugie, te osoby bardzo szybko się usamodzielniają. Z zarejestrowanych w bazie pesel osób w wieku produkcyjnym, około 80 proc. dziś legalnie pracuje już w Polsce. Więc są to wyniki bardzo dobre. Nieosiągalne w żadnej innej migracji na świecie - ocenia Paweł Szefernaker, wiceszef MSWiA.

W liczbach wygląda to tak: pesel dostało 1,4 mln Ukraińców, aktualnie w Polsce przebywa ponad milion z nich. Legalną pracę podjęło 450 tys. uchodźców.

- Ukraińcy, którzy do nas przyjechali raczej sobie radzą. Ci, którzy zostają na naszym "garnuszku" stanowią jedynie procent tych, którzy dotarli do Polski - mówi Paweł Szefernaker.

Stowarzyszenie Homo Faber. "Nikt nie mówi o tym, kto także wziął na siebie ciężar pomocy mieszkaniowej"

Anna Dąbrowska z lubelskiego Stowarzyszenia Homo Faber, zajmującego się od kilkunastu lat sprawami migracji, blaski i cienie życia uchodźców zna doskonale. Od razu zwraca uwagę na, jej zdaniem, często pomijany fakt.

- Bardzo wiele mówi się o polskiej pomocy, ogromnym wsparciu polskich rodzin, które przyjęły do siebie osoby z Ukrainy, natomiast my cały czas staramy się podkreślać zupełnie zapomniany wątek, że bardzo dużo osób trafiło do Ukraińców i Ukrainek, mieszkających od dawna w Polsce - zaznacza Anna Dąbrowska, prezeska Stowarzyszenia Homo Faber.

Jak podkreśla, wielu spośród 2 mln Ukraińców i Ukrainek, będących w Polsce jeszcze przed wojną, wzięło pod swój dach nie tylko członków rodzin, ale i zupełnie obce osoby. I ci są u nich kątem do dziś. Ilu? - Takich danych nie ma. Nie pasują do polskiej narracji, która mówi, że to Polacy postąpili wspaniale i solidarnościowo - mówi Dąbrowska.

Jej zdaniem to, jak sobie poradzili Ukraińcy i gdzie dziś mieszkają, zależy od kilku czynników.- Od czasu, w którym przyjechali do Polski, bo początkowo było łatwiej o mieszkanie niż teraz, ale także od ich wieku, życiowych kompetencji, tego, czy wcześniej bywali w Polsce, stopnia wykształcenia czy "życiowego ogarnięcia" - wymienia prezeska Stowarzyszenia Homo Faber.

Ci, którym powyższego zabrakło, utknęli w punktach zbiorowego zakwaterowania.

80 tys. Ukraińców w "przechowalniach". "Miejsca mniej niż dla więźnia"

W miejscach zbiorowego zakwaterowania przebywa wciąż około 80 tys. Ukraińców. To mniej więcej tyle, ile liczba wszystkich mieszkańców Nowego Sącza, który pochwalić się może 83 tys. obywateli.

Od maleńkich agroturystyk na kilkanaście osób po molochy, takie jak Centrum Pomocy Humanitarnej PTAK w Nadarzynie, które na 150 tys. metrach kwadratowych w szczycie migracji, przyjąć mogło jednorazowo nawet 20 tys. uchodźców.

Anna Dąbrowska miejsca zbiorowego zakwaterowania nazywa wprost: - To przechowalnie. Przechowanie ludzi, którzy z różnych powodów nie są w stanie się w pełni usamodzielnić. Bo albo są seniorami i nie ma szansy, żeby weszli na polski rynek pracy, albo są osobami przewlekle chorymi, czy też mają pod opieką dziećmi z niepełnosprawnością - mówi prezeska Stowarzyszenia Homo Faber.

Dąbrowską boli, że "rząd nie ma żadnego planu na to, by takie osoby z punktu zbiorowego zakwaterowania wyszły". - A pamiętajmy, że mieszkanie w hali sportowej trudno uznać za godne warunki. Osoby, które tam przebywają, mają mniejszą powierzchnię mieszkaniową niż więźniowie w polskich więzieniach - podkreśla.

Nowelizacja specustawy ukraińskiej. Opłata za nocleg

Ale rząd plan ma. Chce, żeby uchodźcy z Ukrainy za pobyt w miejscach zbiorowego zakwaterowania płacili. 

- Z ankiet, które przeprowadziliśmy wśród osób przebywających w takich miejscach wynika, że ponad 50 proc. badanych podjęło prace, usamodzielniają się. Dlatego planujemy wprowadzić przepisy dotyczące częściowej odpłatności za funkcjonowanie w miejscach zbiorowego zakwaterowania - mówi Interii Paweł Szefernaker, pełnomocnik rządu ds. uchodźców, wiceszef MSWiA.

Zgodnie z projektem nowej ustawy, od 1 marca przyszłego roku uchodźcy, którzy są ponad 120 dni w miejscach zbiorowego zakwaterowania, mają pokrywać koszt swego pobytu w stosunku 50 do 50, a po trzech miesiącach w stosunku 75 do 25. - Chodzi o to, żeby zaktywizować tych ludzi. Trzeba dawać możliwości do usamodzielnienia się, ale nie można w nieskończoność finansować takiego pobytu. Bo pomoc w nieskończoność demotywuje - mówi pełnomocnik rządu ds. uchodźców.

- To jest pomysł absolutnie kuriozalny - ocenia Anna Dąbrowska. - Uchodźcy oczywiście natychmiast się dowiedzieli o tych planach i wpadli w panikę. I to na barki organizacji pozarządowych oraz pracowników MOPR-ów, MOPS-ów spadło wyzwanie związane z uspokajaniem ludzi, że nikt ich nie wyrzuci, jeżeli nie będą mieli szansy zapłacić, że nie znajdą się w sytuacji bezdomności - mówi Dąbrowska.

Na terenie województwa lubelskiego w miejscach zbiorowego zakwaterowania wciąż znajduje się 4,5 tys. osób na 7 tys. dostępnych miejsc. W sytuacji krytycznej urząd deklaruje, że wciągu 72 godzin jest w stanie uruchomić kolejnych 3,5 tys. miejsc.

Kraków. "Wynajęcie mieszkania graniczy z cudem"

Sądząc po liczbach, więcej uchodźców usamodzielniło się w Krakowie. Zaraz po wybuchu wojny do Krakowa przyjechało ok. 180 tys. uchodźców -  według szacunków miasta, nadal pozostaje w nim ok. 50 tys., z czego 2 tys. w miejscach zbiorowego zakwaterowania.

O sytuację krakowskich uchodźców pytamy Barbarę Marchewkę i Piotra Naglickiego, założycieli Team Kraków dla Ukrainy.

- Dopóki funkcjonuje program 40 plus i ci ludzie są przyjmowani przez Małopolan, to wszystko wygląda całkiem dobrze. Ale tych 90 dni kiedyś się kończy. I co potem? To jest najbardziej newralgiczny moment, a Kraków według nas wypełnił się po brzegi - mówi Barbara Marchewka.

Problemem uchodźców jest brak pieniędzy, by wynająć mieszkanie po cenie rynkowej. - Obserwujemy na grupie, którą administrujemy, że ludzie pytają o możliwość wynajęcia mieszkania, ale w bardzo niskich kwotach. Jeśli ktoś pyta o mieszkanie to takie "1 tys. zł ze wszystkimi opłatami". A to, patrząc na rynkowe ceny, jest rzeczą niemożliwą do osiągnięcia. Jest kryzys ekonomiczny, nikt nie wynajmuje mieszkań za niższą kwotę, niż nakazuje rachunek ekonomiczny. Dlatego znalezienie mieszkania w Krakowie dla uchodźcy graniczy z cudem - dodaje Barbara Marchewka.

W lepszej sytuacji są ci, których przeniesiono tu z całymi korporacjami. - Wiele osób zarabia u nas, ale ma w Ukrainie swoje zobowiązania, np. kredyty albo rodzinę, którą chcą wspomóc. Więc najpierw zabezpieczają tamte kwestie, a tu na życie zostaje im niewiele - zaznacza Piotr Naglicki, współzałożyciel Team Kraków dla Ukrainy.

400 osób w kolejce po zupę. Przed hotelem Ikar protest uchodźców

Czy wolontariusze zgadzają się z tezą, że większość uchodźców egzamin z emigracji zdała na piątkę?

- Bardzo byśmy chcieli, żeby tak było, ale aby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy tak jest, wystarczy podejść do punktów pomocowych w dniach, kiedy te ogłaszają, że będą wydawać pakiety pomocowe - mówi Piotr Naglicki.

Barbara Marchewka dodaje: - Jak dostarczaliśmy ostatnio żywność długoterminową dla twórców akcji "Zupa dla Ukrainy", to w kolejce po paczkę stało prawie 400 osób. Nie jest tak kolorowo, jak mogą twierdzić urzędnicy. To jest rozpacz - ocenia. 

Pani Anna jest wolontariuszką od początku wojny. Najpierw organizowała transporty uchodźców i pomoc rzeczową, potem zaczęła pracę w magazynie żywności w województwie łódzkim.

- Magazyn świeci pustkami, a potrzebujących nie ubywa - rozkłada ręce, kiedy pytam ją jak radzą sobie uchodźcy. - Z chemii mamy parę mydeł, a z jedzenia kilka słoików. Nasi wolontariusze mają hostele, do których co i rusz napływają ludzie. Pomagamy im znaleźć pracę, mieszkanie, tak aby nie zostali oszukani - wymienia pani Anna.

Problemy pojawiają się także w samych miejscach zamieszkania. Przykładem jest poznański hotel Ikar, z którego do końca listopada wyprowadzić ma się 250 przebywających tam Ukraińców. Tyle że uchodźcy nie chcą o tym słyszeć. 

Czytaj więcej: Uchodźcy z Ukrainy mogą zamieszkać w pałacu pod Poznaniem

Jak tłumaczą, mają obawy, że im dalej od dużego miasta, tym będzie im trudniej. Chodzi między innymi o pokonywanie odległości do pracy, placówek oświatowych czy lekarzy. W niedzielę zbierali podpisy pod petycją do wojewody, o wstrzymanie wyprowadzki. Od kilku dni przedstawiciele Wielkopolskiego Urzędu Wojewódzkiego wychodzą z kolejnymi propozycjami nowych miejsc zakwaterowania, ale na razie porozumienia nie osiągnięto.  

Nawet do pół miliona uchodźców? Obawy związane z zimową falą

Po wtorkowym zmasowanym ataku na Ukrainę wzmogły się niepokoje związane z zimową falą ukraińskich uchodźców. W środę, minister Szefernaker spotkał się z Wasylem Zwaryczem, ambasadorem Ukrainy w Polsce. Po spotkaniu w rozmowie z Interią zapewniał, że zniszczona infrastruktura połączona z nadchodzącą zimą nie spowoduje ogromnej fali uchodźców.  

- Nie ma powodów, by twierdzić, że dotrze do nas kolejna duża fala Ukraińców. Dynamika wojny i inwazja, która prowadzona jest w bestialski sposób przez Rosję, może spowodować pewne ruchy, które są dziś nieprzewidziane, ale opierajmy się na faktach. Pomimo tego, że od pewnego czasu mamy ataki na miasta, na infrastrukturę krytyczną, to w ciągu ostatnich trzech tygodni nie zwiększyła się liczba osób przekraczających granicę z Ukrainą - mówił Interii Paweł Szefernaker, pełnomocnik rządu ds. uchodźców. 

Jak podkreślał, "administracja Ukrainy robi wszystko, aby Ukraińcy mogli pozostać w kraju". - Wiadomo, że sytuacja jest ciężka, ale w tej chwili w Ukrainie jest inne nastawienie. W lutym Ukraińcy uciekali, nie wiedząc, czy Zachód Ukrainie pomoże. Dziś Ukraińcy wiedzą już więcej i to motywuje ich do pozostania u siebie w kraju - usłyszeliśmy od wiceszefa MSWiA. 

Team Kraków dla Ukrainy. "Non stop słyszymy prośby o ewakuację: "Gdziekolwiek. Pomóżcie".

Mniej optymistyczni są wolontariusze. Barbara Marchewka jest przekonana, ze wraz z nastaniem zimy, wielu obywateli Ukrainy będzie szukało schronienia poza granicami kraju.

- W bardzo wielu regionach Ukrainy nie ma prądu, dlatego w naszych transportach staramy się dostarczyć im generatory prądu, "kozy", w których można palić drewnem, ogrzewacze do rąk i koce. Ale wiele osób tego nie wytrzyma, zwłaszcza, że część z nich ma już za sobą przesiedlenia, nie mają więc ze sobą ciepłych rzeczy - tłumaczy Barbara Marchewka, współzałożycielka Team Kraków dla Ukrainy.

- Kraków i okolice pękają w szwach, my widząc jakie jest zapotrzebowanie, organizujemy kolejną ewakuację przy udziale naszych znajomych do Szwajcarii. Jeden autobus już pojechał, za kilka dni jedzie następny. Bo tutaj nie ma już tym ludziom gdzie za bardzo pomóc - mówi Piotr Naglicki. - Non stop słyszymy z Ukrainy od naszych znajomych prośby o ewakuację: "Gdziekolwiek", "Pomóżcie". Bez wątpienia zima, brak prądu, brak pracy, zrobi swoje - dodaje.

- Ale do rządu nie docierają te rzeczy - twierdzi Anna Dąbrowska ze Stowarzyszenia Homo Faber. - Bo to my, nie oni, mierzymy się łzami tych ludzi i ich strachem - dodaje.

I przestrzega przed nadmiernym zachwytem z powodu usamodzielniania się Ukraińców.

- To wspaniale, że ci ludzie próbują stawać na własnych nogach, tylko ciągle musimy pamiętać, że rozmawiamy o uchodźcach, o ludziach, którzy często przyjechali do nas z traumą, ze szczególnymi potrzebami, którzy znikają nam z tego systemu. Bo jeśli nie widzi ich państwo, bo nie korzystają z np. usług noclegowych, które dają szansę na bycie w kontakcie z uchodźcami, to wszelkie wyzwania, z którymi oni się mierzą, albo spadają na barki organizacji pozarządowych, albo uchodźcy zostają z nimi sami - mówi prezeska Stowarzyszenia Homo Faber.

Irmina Brachacz

Irmina.brachacz@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy