"The Washington Post": Rozpada się rosyjskie społeczeństwo
W Rosji, pod powierzchnią tłumionego sprzeciwu, narasta zmęczenie i gniew. Wojna koroduje kraj od środka, czyniąc społeczeństwo coraz bardziej dysfunkcyjnym, rozbitym i paranoicznym. Tymczasem Kreml wziął się za... zwolenników "specjalnej operacji wojskowej" - pisze z rosyjskiej Olchowatki korespondentka "The Washington Post". Publikujemy jej tekst w całości.

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. Co piątek w ramach cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty opiniotwórczych zagranicznych gazet. Założony w 1877 r. dziennik "The Washington Post", z którego pochodzi poniższy artykuł, to najstarsza gazeta w USA. Jej dziennikarze 73-krotnie zdobywali nagrodę Pulitzera.
Autobus wracający z linii frontu z trudem zatrzymał się przed przydrożną jadłodajnią, a żołnierze, kulejąc, wysiedli w zimowe błoto.
Większości z nich brakowało stopy albo nogi.
Butelka po wodzie wypełniona krwią chwiała się niebezpiecznie, zwisając z plastikowej rurki podłączonej do brzucha jednego z żołnierzy, gdy pomagano mu dojść do ławki. Inny wpatrywał się bez wyrazu w zakrwawiony kikut, tam gdzie kiedyś miał prawą dłoń.
- Nigdy nie podpisałbym kontraktu, gdybym wiedział, jak to tam wygląda. Nasza telewizja nas okłamuje - powiedział Fiodor, młody żołnierz z Syberii. Podobnie jak inni bohaterowie tego artykułu, nie podajemy jego pełnych personaliów, by uchronić go przed konsekwencjami krytykowania wojny.
Dwa dni wcześniej Fiodor stracił nogę w wyniku wybuchu miny podczas natarcia na Łyman w Ukrainie wraz z tym, co pozostało z jego jednostki. Powiedział, że z pierwotnych 110 żołnierzy, z którymi dołączył do wojska dwa lata temu, zostało ich zaledwie 10.
Nie żałował utraty nogi.
- To znaczy, że w końcu mogę wrócić do domu - żywy.
- Walczymy o pola, których nawet nie jesteśmy w stanie zdobyć - wtrącił inny żołnierz, Kirill, również po dwudziestce, gorzko się śmiejąc.
- Ta wojna nigdy się nie skończy. Mam wrażenie, że ona dopiero się zaczęła - uważa.
Takie sceny pozostają niewidoczne dla większości Rosjan, wymazane przez propagandę państwową i projekty rządowe wspierające powracających weteranów. Jednak wewnątrz kraju, pod powierzchnią tłumionego sprzeciwu, narasta zmęczenie i gniew.
Nie ma ujścia dla publicznej frustracji ani ulgi od narastającego, ogólnonarodowego wyczerpania niemal czteroletnią wojną, która - zdaniem obserwatorów i rozmówców "The Washington Post" - koroduje kraj od środka, czyniąc społeczeństwo coraz bardziej dysfunkcyjnym, rozbitym i paranoicznym.

Machina represji
W ciągu ostatniego roku rosyjska gospodarka przeszła od spektakularnego wzrostu do niemal stagnacji. Cyfrowe represje i izolacja pogłębiają się wraz z zakazywaniem kolejnych aplikacji i platform.
Według zachodnich służb wywiadowczych ponad milion rosyjskich żołnierzy zginęło lub zostało rannych - często w walkach o marginalne zdobycze. A wraz z nasileniem poszukiwań "wrogów wewnętrznych" machina represji zaczyna obracać się przeciwko własnym dzieciom.
Podczas spotkania prezydenta Rosji Władimira Putina z Radą Praw Człowieka w grudniu reżyser filmowy Aleksandr Sokurow otwarcie skrytykował cenzurę, duszące prawo o "zagranicznych agentach", rosnące koszty życia oraz brak perspektyw dla młodych ludzi.
- Jeśli Rosja nie zmieni swojego podejścia do młodzieży, czeka ją ślepy zaułek - powiedział.
Putin zapowiedział, że odniesie się do tych zarzutów później.
Były wysoki urzędnik Kremla powiedział "The Washington Post", że jest "bardzo zaniepokojony mrocznym obrazem sytuacji wewnątrz Rosji".
- Nie da się łatwo cofnąć zegara; potrzebna jest wola polityczna, by to odwrócić - a jej po prostu nie ma - dodał, prosząc o anonimowość.
Mieszkańcy Biełgorodu oburzeni
W Biełgorodzie, rosyjskim mieście przygranicznym, które niegdyś cieszyło się bliskimi relacjami z ukraińskim Charkowem - oddalonym zaledwie o 74 kilometry - cena tej wojny jest szczególnie namacalna.
Codzienne ataki dronów stały się tu rutyną. Obłocone karetki i zakamuflowane jednostki obrony przeciwlotniczej pędzą przez centrum miasta. Sieci wolontariackie - kluczowy element wysiłku wojennego, który wspiera wojsko odzieżą, żywnością i sprzętem tam, gdzie zawodzi państwo - pracują przez całą dobę. Emeryci szyją siatki przeciw dronom i drukują na drukarkach 3D plastikowe obudowy bomb.
Mimo cierpienia i masowych zniszczeń tuż za granicą Biełgorod postrzega siebie jako główną ofiarę tej wojny. Miasto ilustruje rosnącą przepaść w rosyjskim społeczeństwie między obojętną, metropolitalną większością a nieliczną grupą "walczących".
Pewnego zimnego listopadowego popołudnia grupa wolontariuszy dostarczających zaopatrzenie armii zebrała się przy stole, by zjeść zupę. Powiedzieli "The Washington Post", że czują się porzuceni przez Moskwę.

- Oni absolutnie nie mają pojęcia, co się tutaj dzieje! - wybuchł 52-letni Edik. - W Moskwie są imprezy, ludzie się bawią, jeżdżą na wakacje. Jak to możliwe? Tutaj leje się krew, a tam świętują. Jak oni to godzą?
Kilku wolontariuszy zauważyło, że od początku roku darowizny wyraźnie zmalały - wielu spodziewało się, że wojna wkrótce się skończy. Jewgienija Gribowa (35 lat), koordynatorka centrum w Biełgorodzie, powiedziała, że ruch przeżywa kryzys.
- W pierwszym roku ludzie wydawali ostatnie ruble na wsparcie wojska, pracowali bez przerwy, bez dni wolnych i urlopów - powiedziała.
- Teraz chcą odpocząć. Wolą wydawać pieniądze na siebie niż na pomoc dla frontu.
Choć wiele osób mówi, że chce zakończenia konfliktu, część jednocześnie wyraża chęć dalszej walki i przekonanie, że wojna musi się skończyć na "właściwych" warunkach.
- Wszyscy wciąż chcą zdobyć Odessę. To powszechna opinia: ludzie chcą znów jeździć do Odessy na wakacje - powiedziała Gribowa. - Dla nas to wojna domowa między Rosjanami a Rosjanami, którzy trochę zapomnieli, że są Rosjanami - i tyle.

Biełgorod oraz mieszkańcy regionów Rosji graniczących z Ukrainą należą do tego, co prorządowy socjolog Walery Fiodorow, dyrektor ośrodka badania opinii publicznej WCIOM, określa mianem "walczącej Rosji": mniejszości - około 20 procent społeczeństwa - obejmującej żołnierzy, ich rodziny, wolontariuszy i pracowników zakładów zbrojeniowych, którzy uważają wojnę za kluczową dla przetrwania państwa i naciskają na zwycięstwo.
Reszta społeczeństwa - jak twierdzi - jest biernie lojalna, obojętna, przeciwna wojnie, lecz schroniona w życiu prywatnym, albo żyje na emigracji.
Dmitrij, zastępca dowódcy plutonu granatników w 116. brygadzie specjalnego przeznaczenia, powiedział, że Rosja będzie walczyć bardzo długo - "choćby kijami, jeśli zajdzie taka potrzeba".
- Każdy chce wrócić do domu. Każdy chce, żeby to się skończyło. Ale nawet zmęczeni ludzie wykonują swoje zadania - powiedział.
Wojna w Ukrainie. Benefity dla "bohaterów"
Jak państwo sprzedaje swoim obywatelom wojnę, która niszczy kraj - i jak sprawia, by trwała dalej?
Aby podtrzymać wysiłek wojenny i stłumić niezadowolenie, Kreml przeznaczył ogromne środki na projekty wspierające żołnierzy i weteranów, w tym ogólnokrajową Państwową Fundację Obrońców Ojczyzny, utworzoną w 2023 roku przez Putina i kierowaną przez jego siostrzenicę, wiceminister obrony Annę Ciwalewą.
W zamian za poświęcenie żołnierze otrzymują świadczenia finansowe, prestiż społeczny oraz znaczące możliwości zatrudnienia i edukacji - dla siebie i swoich dzieci.
Denis Połtawski stracił wzrok w prawym oku po ataku dronów podczas walk w ubiegłym roku. Niechętnie dzieli się szczegółami z frontu, ale mówi, że cierpi na ciężki zespół stresu pourazowego. Koszmary nękają go na zmianę z bezsennością.
Jednak bez wątpienia - jak twierdzi - jego sytuacja materialna poprawiła się po powrocie do domu.
- Wsparcie jest bardzo szerokie. Państwo robi wszystko dla weteranów i żołnierzy. Nie porzucili nas. Monitorują sytuację i zapewniają wszystko, co potrzebne.
Połtawski otrzymał jednorazowo 51 tys. dolarów odszkodowania, ubezpieczenie oraz wojskową emeryturę. Ma darmowy transport i bezpłatne wejścia do muzeów i teatrów. Niedawno ukończył program szkoleniowy "Czas naszych bohaterów" w Biełgorodzie i liczy na grant, żeby mógł rozwijać swoją firmę metalurgiczną.
Weterani mają też całodobowy dostęp do psychologów, lekarzy, opiekunów i wolontariuszy; otrzymują ulgi podatkowe, mają też gwarantowane zatrudnienie, nawet przy niepełnosprawności. Program w Biełgorodzie oferuje im nawet bezpłatne działki pod budowę domu.
Na froncie zbrodniarze, w domu - przestępcy
Profesor Will Pyle z Middlebury College, badający rosyjską gospodarkę, zauważył, że w niektórych regionach większy odsetek Rosjan deklaruje zadowolenie z życia niż kiedykolwiek w dekadzie poprzedzającej inwazję z lutego 2022 roku. Wniosek ten opiera się na analizie danych z Rosyjskiego Badania Panelowego, prowadzonego przez Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Moskwie.
Według badań Pyle'a, prowadzonych wspólnie z Bankiem Finlandii, wzrost deklarowanego zadowolenia z życia jest szczególnie widoczny w regionach, które skorzystały gospodarczo na produkcji wojennej i okołowojskowej.
To potwierdza także Fiodorow.
- Im bardziej zdegradowany region, tym więcej ludzi zauważyło poprawę swojego życia - powiedział.
Jednak pod warstwą gloryfikowania żołnierzy i tymczasowego wzrostu dobrobytu kryje się mroczniejszy wpływ powracających weteranów oraz długofalowe konsekwencje inwazji. Już teraz dochodzi do brutalnych morderstw, gwałtów i innych przestępstw popełnianych przez wracających żołnierzy, a wielu skazanych kryminalistów, którzy podpisali kontrakty, by odzyskać wolność, wróciło do przestępczości.
- Każdy gubernator w Rosji wie, że nadchodzi fala problemów wraz z powrotem żołnierzy z frontu z poważnym PTSD - mówi anonimowo źródło z Kremla. - I wiedzą, że odpowiedzialność za to spadnie na nich.
Kreml zabrał się za... swoich zwolenników
Od początku wojny Rosja ściga swoich dysydentów - osoby LGBTQ+, artystów i opozycję - oraz zdelegalizowała krytykę konfliktu i armii. Teraz jednak problemy zaczynają mieć także najzagorzalsi zwolennicy państwa.
Głośni, nacjonalistyczni blogerzy wojskowi, początkowo filar poparcia dla inwazji Putina, zaczęli krytykować korupcję i niedociągnięcia w armii. Najbardziej radykalni liderzy, jak ultranacjonalista Igor Striełkow, trafili do więzienia. Jesienią cały ruch stał się celem represji.
We wrześniu władze uznały Romana Aliochina, popularnego blogera z 151 tys. subskrybentów na Telegramie, za "zagranicznego agenta" - etykietę zwykle zarezerwowaną dla liberalnej opozycji. W październiku blogerka Tatjana Montian została wpisana na listę "terrorystów i ekstremistów". Inna, Oksana Kobielewa, została zatrzymana przez policję. Wszyscy krytykowali wysokich urzędników lub innych propagandystów. Społeczność spod znaku "Z" zaczęła się wzajemnie oskarżać.
- Moment jedności nie trwał długo i po niemal czterech latach widzimy, jak ludzie zaczynają się zwalczać, rozstrzygając, kto jest bardziej patriotyczny - powiedział bloger wojskowy Michaił Zwinczuk, założyciel kanału Rybar powiązanego z ministerstwem obrony.
Dodał, że ruch uległ korupcji i defraudował środki zbierane na wsparcie wojska.
- Przez te lata pojawiło się wielu oszustów próbujących żerować na wojnie.
Nastolatkowie? Niech lepiej nie śpiewają
W Petersburgu służby bezpieczeństwa znalazły inny cel: nastolatków.
W listopadzie w sądzie w obwodzie izmailskim zamaskowani policjanci eskortowali dwoje nastoletnich muzyków do samochodów służb specjalnych. 18-letni Diana Loginowa i Aleksandr Orłow z zespołu muzycznego Stoptime usłyszeli kolejne przedłużenie aresztu. Oficjalnie oskarżono ich o zablokowanie wejścia do metra podczas spontanicznego koncertu, lecz ich prawdziwą "winą" były viralowe wykonania antywojennych piosenek.
Fala solidarnościowych występów w innych regionach również zakończyła się aresztowaniami. Teraz nawet śpiewanie "niewłaściwej" muzyki może skończyć się więzieniem - co wielu uznaje za powrót do czasów ZSRR.
23 listopada muzycy Stoptime zostali potajemnie i niespodziewanie zwolnieni, po czym natychmiast uciekli z kraju. Na początku grudnia widziano ich w Erywaniu, gdzie nadal wykonywali te same opozycyjne utwory.
Inni nie mieli tyle szczęścia.
Syn Tatiany Bałazejkiny, 19-letni Jegor, odsiaduje siedmioletni wyrok za terroryzm po próbie rzucenia koktajlu Mołotowa w komisję wojskową w 2023 roku. Jest jednym z setek nastolatków i dzieci zatrzymanych za protesty antywojenne, sabotaż lub zdradę.
- Stoptime śpiewali to, co wielu ludzi miało już na końcu języka - powiedziała Bałazejkina. - To jest sprzeciw.
Jej zdaniem młodzi ludzie stanowią szczególne zagrożenie dla Kremla.
- Młodzi, którzy nie mają nic do stracenia poza wolnością, są bardzo niebezpieczni dla reżimu - powiedziała.
- A jeśli potrafią nie tylko myśleć, ale i śpiewać to, co myślą… to zagrożenie jest jeszcze większe.
Autor: Francesca Ebel
Współpraca: Natalia Abbakumowa
Źródło: "The Washington Post"









