Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. Co piątek w ramach cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty opiniotwórczych zagranicznych gazet. Założony w 1877 r. dziennik "The Washington Post", z którego pochodzi poniższy artykuł, to najstarsza gazeta w USA. Jej dziennikarze 73-krotnie zdobywali nagrodę Pulitzera.
Ukraińskie miasto Oleszki zostało odcięte od leżącego po drugiej stronie rzeki Dniepr Chersonia po tym, jak Rosjanie zniszczyli most Antonowski podczas ukraińskiej kontrofensywy w 2022 roku. Potem, w czerwcu 2023 roku, zalali miasto, wysadzając zaporę w górę rzeki od Nowej Kachowki. Dziś Oleszki stoją na krawędzi klęski głodowej. Wszystkie drogi prowadzące do miejscowości są zaminowane i wystawione na ataki rosyjskich dronów, przez co dostawy żywności docierają tam niezwykle rzadko.
O Oleszkach usłyszałam po raz pierwszy na początku 2023 roku, gdy moi przyjaciele w Chersoniu szukali łodzi rzecznych, by przeprawić się i zabrać Ukraińców uwięzionych na drugim brzegu Dniepru. Tamtego lata byłam wstrząśnięta, widząc iście biblijny widok zalanego miasta - ponad taflę wystawały jedynie dachy wyższych budynków. Następnie, czyli w zeszłym miesiącu, w Odessie najnowsze informacje o obecnej sytuacji przekazała mi Zarina Zabrisky, amerykańska dziennikarka mieszkająca w Chersoniu.

Oleszki, Ukraina. Mieszkańcy uwięzieni w zatopionym mieście
Próbowałam skontaktować się telefonicznie z kilkoma osobami, które pozostały w mieście. Okazało się to niemal niemożliwe. Nie ma tam już stacjonarnego internetu, a zasięg komórkowy jest bardzo niestabilny. Rosyjskie karty SIM są monitorowane, natomiast ukraińskie numery ledwo łapią sygnał.
Miałam kontakt na Telegramie do jednej kobiety, ale zdołała już stamtąd uciec. Opowiedziała mi, że ci, którzy zostali, po kryjomu wchodzą na wyższe piętra mocno zniszczonych budynków, by złapać słaby sygnał z leżącego po drugiej stronie rzeki Chersonia. Muszą to robić w tajemnicy, by Rosjanie nie skonfiskowali im telefonów lub nie zrobili czegoś gorszego. Kartę SIM kobiety musieli doładowywać środkami jej znajomi z wolnej Ukrainy, a do ładowania telefonu używała nielicznych paneli słonecznych rozstawionych w mieście.
Rosjanie nie tylko nie zapewniają żywności mieszkańcom okupowanych terenów - do czego zobowiązuje ich konwencja genewska - ale wręcz kradną zapasy, które oleszczanie ukryli w opuszczonych piwnicach lub kupili za wygórowane ceny w nielicznych otwartych jeszcze sklepach.
- W ciągu ostatnich czterech miesięcy do miasta nie dotarła żadna pomoc humanitarna - powiedziała mi Ksenia Archipowa, była policjantka z Oleszek, którą spotkałam we Lwowie. Brała tam udział w warsztatach pomocy uwolnionym jeńcom wojennym. Sama właśnie przekazałam mój 50. samochód podarowany ukraińskiej armii.

Współczesny Hołodomor
2 czerwca konwój czterech samochodów dostarczających żywność do Oleszek wjechał na minę lądową. Archipowa powiedziała mi, że jeden z kierowców spłonął żywcem, drugi przebywa na oddziale intensywnej terapii, a trzeciego ewakuowano na taczce i czeka go amputacja nogi. Żadna karetka nie była w stanie do niego dotrzeć.
W Ukrainie słowo "Hołodomor" odnosi się do Wielkiego Głodu, który pochłonął miliony istnień ludzkich. Władze sowieckie próbowały w latach 1932-33 stłumić opór ukraińskich chłopów przeciwko kolektywizacji. Dziś około 1700 osób, które wciąż pozostają w Oleszkach (wobec 24 tys. przed wybuchem pełnoskalowej wojny), oraz kolejne 5300 ukrywające się w sąsiednich osadach na wschodnim brzegu Dniepru, próbuje przetrwać ten współczesny Hołodomor. Żyją bez prądu, wody, gazu i ogrzewania.
Ludzie czerpią wodę ze studni, zbierają wyłamane drewniane ramy okienne i futryny do rozpalenia ognia. Uszkodzone przez ostrzały drzewa zdążyły już wyschnąć i również służą jako opał. Na zdjęciach, które udostępniła mi Archipowa, widziałam, że wielu z tych, którzy zostali w mieście, to ludzie chorzy i starsi. Poruszają się na wózkach inwalidzkich lub są przykuci do łóżek, więc samodzielne zdobywanie wody czy drewna nie wchodzi w ich przypadku w grę.

Wysoka cena za ewakuację. "Ludzie przekazują karty płatnicze i kody PIN przypadkowym kierowcom"
Ewakuacja z Oleszek jest niezwykle trudna. Wika, której udało się uciec wraz z matką, malutką córeczką i trojgiem nastoletniego rodzeństwa, opowiedziała mi, że musiała pokonać ponad 6400 km przez Rosję, by przedostać się do Estonii, a stamtąd przez Łotwę, Litwę i Polskę wrócić do wolnej części Ukrainy.
Wika uważa się za ogromną szczęściarę. Udało jej się uciec wraz z większością rodziny, mimo że rosyjscy żołnierze na punkcie kontrolnym, przeszukując jej telefon, odkryli, że jej brat zginął kilka miesięcy wcześniej, walcząc za Ukrainę w Donbasie. Nie chciała podać mi swojego nazwiska - część jej krewnych wciąż przebywa za linią wroga i kobieta drży o ich bezpieczeństwo.
Archipowa powiedziała mi, że wyciągnięcie stamtąd jednej osoby kosztuje od 300 do 400 dolarów (około 1100-1500 zł - red.). Koszty te pokrywają zazwyczaj bliscy z wolnej Ukrainy. Ponieważ jednak w mieście nie działa żaden bankomat, oleszczanie przekazują swoje karty płatnicze i kody PIN przypadkowym kierowcom. Ci wypłacają dla nich gotówkę w rublach w oddalonym o jakieś 80 km na południe Skadowsku, po czym próbują dostarczyć pieniądze z powrotem do miasta.
Archipowa pomogła wydostać w bezpieczne miejsce około 160 osób. Fundusze na swoją nieformalną działalność pozyskuje dzięki zbiórkom społecznościowym na TikToku, otrzymuje też nieocenione wsparcie finansowe od organizacji pomocowej z USA.

Tetiana Hasanenko z Oleszek, która mieszka obecnie w Mikołajowie w wolnej Ukrainie i pełni rolę swego rodzaju burmistrza na uchodźstwie, powiedziała mi, że utrzymanie tych podziemnych szlaków ewakuacyjnych staje się coraz trudniejsze. Okupacyjne władze wymagają obecnie od mieszkańców posiadania rosyjskiego paszportu, by móc opuścić miasto. Aby go otrzymać, ludzie musieliby oddać swoje dotychczasowe ukraińskie dokumenty tożsamości. Niektórzy nie chcą tego zrobić z pobudek patriotycznych, inni zaś stracili swój paszport w powodzi.
Prezydent Wołodymyr Zełenski powiedział w maju, że ustanowiona została formalna procedura ewakuacji ludzi, a pomoc zaoferował Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża. W praktyce jednak niewiele z tego wynika, ponieważ rosyjska armia odmawia otwarcia korytarza humanitarnego. Rosjanie prawdopodobnie chcą wykorzystać ukraińskich cywilów jako żywe tarcze, które miałyby chronić ich przed ewentualną ukraińską kontrofensywą.
To nieprawdopodobnie koszmarna sytuacja.
Ukraińcy nie spisują jednak swoich rodaków na straty. Ukraińska armia jest powszechnie znana ze swojej pomysłowości i niezłomności. Oleszki to dowód na to, że ten sam duch płonie również w cywilach, którzy podejmują ogromne ryzyko, by ratować swoich sąsiadów. Nikt nie przybędzie im z pomocą, więc organizują ewakuacje na własną rękę. To ukraińscy patrioci z krwi i kości.
Tekst przetłumaczony z "The Washington Post".
Autorka: Anna Husarska
Tłumaczenie: Monika Bortnowska











