"The Spectator": Dlaczego ktokolwiek chciałby rządzić Grenlandią?
W swojej tysiącletniej historii Grenlandia była kolonią wikingów, opuszczoną innuicką dziczą, terytorium wymienianym między mocarstwami, protektoratem wojennym, duńską prowincją, wreszcie autonomicznym regionem balansującym w kierunku niepodległości. Teraz stała się przedmiotem wyścigu po surowce.

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski, konserwatywny "The Spectator", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1828 r., co czyni go najstarszym tygodnikiem na świecie.
Wiking Eryk Rudy w 986 roku jako pierwszy dostrzegł potencjał Grenlandii. Chciał skolonizować nowo odkrytą wyspę. By zachęcić do osiedlania się na tym ponurym, lodowatym i odległym zakątku nieznanego świata posłużył się sprytną socjotechniką:
"Latem Eryk wyjechał, by osiedlić się w odkrytym przez niego kraju, który nazwał Grenlandią, twierdząc, że jeśli kraj będzie miał przyjemną nazwę, to łatwiej przyciągnie nowych mieszkańców" - czytamy w islandzkiej "Sadze o Eryku Rudym" z XIII wieku.
Ponad tysiąc lat później prezydent USA Donald Trump proponuje coś podobnego.
- To ogromna działka. Posiadanie Grenlandii jest niezbędne dla bezpieczeństwa USA, również gospodarczego. To absolutna konieczność i nie mogę was zapewnić, że nie użyjemy siły albo przymusu ekonomicznego - stwierdził.
To może brzmieć dziwnie, jednak ambicje Trumpa nie są niczym nowym. Ameryka już wcześniej kontrolowała Grenlandię. W czasie II wojny światowej stała się ona de facto amerykańskim protektoratem. USA próbowały również kupić Grenlandię w 1946 roku, oferując za nią 100 mln dolarów w złocie - ok. 7 mld dolarów na dzisiejsze pieniądze.
Grenlandia: Duńska kolonia coraz bliżej niepodległości
Na razie Grenlandia należy do Danii. Jest to jednak przykład jawnego kolonializmu, który widać, gdy spojrzy się na duńską politykę wymuszonej asymilacji z lat 40. i 50. W rezultacie Duńczycy są nielubiani przez większość Grenlandczyków.

Grenlandia dąży do niepodległości niemal tak długo, jak długo jest duńską kolonią. W 1979 roku nadano jej prawo do rządzenia na własnym terytorium. W 2009 roku rozszerzono to do pełnej autonomii na mocy ustawy o samostanowieniu, która dała Grenlandczykom również prawo do ogłoszenia niepodległości. Obecnie Dania odpowiada jedynie za obronność, politykę zagraniczną i monetarną.
Konstytucja Grenlandii z 2023 roku wprost przewiduje niepodległość wyspy, a premier Mute Egede w noworocznym przemówieniu w 2025 roku wezwał do wyzwolenia się "z okowów kolonializmu" i kształtowania swojej przyszłości przez samych Grenlandczyków.
Ostatnia pępowina łącząca Grenlandię z Danią to coroczne wsparcie finansowe w wysokości 3,9 mld koron (ok. 2,1 mld zł), które stanowi ok. 19 proc. PKB Grenlandii. To jednak mniej, niż USA rocznie wydają na miasto El Paso w Teksasie. To nic w porównaniu do bogactwa mineralnego Grenlandii, które mogłaby ona wykorzystać do spółki z bogatym sojusznikiem. Są trzy takie państwa: USA, Chiny i Rosja.
Zwłaszcza Chiny wyrażały zainteresowanie. W pewnym momencie Pekin zaproponował wartą 2,5 mld dolarów inwestycję w kopalnię na Grenlandii (to więcej niż całe PKB wyspy), do której sprowadzono by 5 tysięcy chińskich pracowników. Dodatkowo Chiny zaproponowały dużą rozbudowę infrastruktury, w tym budowę portu głębokowodnego i dwóch lotnisk międzynarodowych. To wymagałoby zaangażowania kapitału, który sprawiłby, że Grenlandia byłaby zobowiązana do współpracy z Chinami na zawsze. Nic dziwnego, że Dania i USA zablokowały te plany.
Grenlandia oferuje zasoby naturalne...
Dlaczego mocarstwa tak bardzo chcą posiadać Grenlandię? Istotnym powodem są zasoby naturalne.
Bezwstydne pragnienie grenlandzkich ziem rzadkich jest jednym z elementów wyścigu o kontrolę wydobycia strategicznych minerałów, które są niezbędne do produkcji baterii, telefonów, samochodów elektrycznych i wszelkiego rodzaju współczesnych urządzeń komputerowych. Chodzi m.in. o krzem, german, fosfor, bor, fosforek indu, gal, grafit, uran, miedź, lit, kobalt i nikiel. Ten, kto kontroluje ich wydobycie, ten trzyma klucze do cyfrowego świata.
Choć może brzmieć to dziwnie, chodzi też o Tajwan.
Tajwan produkuje ponad 60 proc. światowych półprzewodników oraz ponad 90 proc. najbardziej zaawansowanych chipów. Jeśli Chiny kiedyś spełnią swoją groźbę o inwazji na Tajwan (co według niektórych obserwatorów jest nieuchronne, zwłaszcza po "zachęcie" w postaci interwencji Donalda Trumpa w Wenezueli), zyskają niemal całkowitą kontrolę nad światowymi dostawami mikrochipów. Czy naprawdę chcemy, by produkcja każdego telefonu, komputera i samochodu elektrycznego na zachodzie, była zależna od Chin?

USA muszą osiągnąć zdolności do produkcji chipów porównywalne z Tajwanem. W tym celu potrzebują godnych zaufania źródeł ok. 50 niezbędnych minerałów krytycznych. Grenlandia posiada znaczące pokłady 30 z nich, co stanowi dużą część światowych rezerw ziem rzadkich.
Rzeczywistość jest jednak taka, że z populacją liczącą zaledwie ok. 57 tys. osób, z których większość to innuiccy rybacy i myśliwi, Grenlandii brakuje infrastruktury do wydobywania tych minerałów. Zarówno Chiny, jak i USA chętnie by to zmieniły.
...i strategiczne położenie na mapie
Kolejną ogromną zaletą Grenlandii jest jej strategiczne położenie. Topnienie lodowców - ok. 270 mln ton rocznie - otwiera strategiczne drogi morskie. Świat zaczyna rozumieć potencjalną strategiczną wartość Grenlandii - największej wyspy na świecie.
Grenlandia kontroluje górny kraniec przesmyku między Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią. Ten obszar jest kluczowy dla podmorskiego nadzoru NATO i odegrał kluczową rolę w uzupełnianiu zapasów Europy w trakcie II wojny światowej. Na Grenlandii znajduje się również Baza Sił Powietrznych Thule (teraz nazwana Bazą Kosmiczną Pituffik), która jest istotnym elementem obrony powietrznej USA i systemem wczesnego ostrzegania rakietowego. Każda rosyjska rakieta wymierzona w USA musiałaby przelecieć nad Grenlandią.
Od 2017 roku w Thule znajduje się system wykrywania pocisków balistycznych. Niedawno wyrażono zgodę na jego ulepszenie kosztem niemal 4 mld dolarów.

Przejście Północno-Zachodnie (droga morska łącząca Ocean Atlantycki z Oceanem Spokojnym - przyp. red.), coraz mniej pokryte lodem, otacza wybrzeża Grenlandii. Trwają nawet rozmowy nad budową portu głębokowodnego, który obsługiwałby trasę przez Morze Północne - albo na Islandii, albo po prostu na wschodzie Grenlandii.
W 2019 roku Mike Pompeo określił trasy na Morzu Arktycznym "kanałami panamskimi i sueskimi XXI wieku". Gdyby USA przejęły Grenlandię, to zyskałyby również kontrolę nad tymi szlakami.
Mocarstwa potrzebują Grenlandii, a Grenlandia - mocarstw
Więc tak: strategiczna wartość Grenlandii dla USA jest niepodważalna, a Waszyngton bardzo chce trzymać rywali na dystans. W październiku 2024 roku USA i Grenlandia wydały wspólne oświadczenie, w którym zobowiązały się do pogłębienia współpracy w tych kluczowych kwestiach.
Bezpośrednie kupno wyspy może się okazać politycznie niemożliwe, ale istnieją inne opcje. Jedną z nich jest Porozumienie o Wolnym Stowarzyszeniu, podobne do porozumień, jakie USA ma z innymi państwami położonymi w strategicznych miejscach na Pacyfiku. To mogłoby przynieść pożytek gospodarczy i wojskowy obu stronom. Z Wall Street z pewnością popłynęłyby inwestycje warte biliony dolarów na wydobycie minerałów.
Wezwania Trumpa do "kupna" Grenlandii brzmią dziwacznie, a nawet obraźliwie, jak większość jego retoryki. Jednak pod tą bombastyczną skorupą może kryć się podstawa umowy, która będzie korzystna przede wszystkim dla innuickiej społeczności, ale jednocześnie będzie dawać ogromne zyski strategiczne i handlowe Stanom Zjednoczonym.

W swojej tysiącletniej historii Grenlandia była kolonią wikingów, opuszczoną innuicką dziczą, terytorium wymienianym między mocarstwami, protektoratem wojennym, duńską prowincją, a teraz autonomicznym regionem balansującym w kierunku niepodległości. Cokolwiek będzie dalej, Grenlandia musi znaleźć sposób na wykorzystanie swojego ogromnego bogactwa zasobów przy jednoczesnym zachowaniu swojej delikatnej kultury i środowiska naturalnego.
Grenlandia nie może zostać poświęcona w imieniu krótkotrwałego kapitalizmu, ale może i musi znaleźć sposób na skorzystanie z niego. Jeśli zrobi to mądrze i z dbałością, to nadchodzące lata mogą przynieść Grenlandczykom nie tylko dobrobyt, ale również zrobić z nich światowy wzór zrównoważonego wydobycia i samostanowienia ludów rdzennych.
Ameryka, Chiny i Rosja mogą chcieć Grenlandii. Jednak być może Grenlandia potrzebuje ich równie mocno?
Tekst przetłumaczony z "The Spectator".
Autor: James Gray
Tłumaczenie: Krzysztof Ryncarz
Tytuł, śródtytuły oraz skróty pochodzą od redakcji










