Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski, konserwatywny "The Spectator", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1828 r., co czyni go najstarszym tygodnikiem na świecie.
Czasem zastanawiam się, kim byłabym bez internetu. Na pewno lepszym człowiekiem. Przeczytałabym więcej powieści, być może nawet bym jakąś napisała, i spędziłabym znacznie mniej czasu na kłótniach z nieznajomymi.
Ale co, jeśli internet zmienił mnie także w inny, znacznie głębszy sposób?
Właśnie temu pytaniu przyglądają się w swoich książkach Benji Wilson i Kathryn Jezer-Morton. Pokazują, jak język internetu, podporządkowany logice handlu i oceniania, przeniknął głęboko do naszych osobowości. Pierwsza z książek opisuje to, jak zachowujemy się jako konsumenci, druga - jak sami kształtujemy siebie tak, by stać się "produktem" dla innych. Razem tworzą dość ponury obraz tego, jak dziś żyjemy.
Skąd się wzięło pięć gwiazdek?
Przyznaję, że dopóki nie przeczytałam książki Benjiego Wilsona "Rate This Book", nigdy nie przyszło mi do głowy, by kwestionować system oceniania wszystkiego w skali od jednej do pięciu gwiazdek. Wilson nazywa gwiazdki "skromnym, spiczastym symbolem" (ma wyraźną słabość do wyszukanych określeń). Mnie, zarówno jako czytelnikowi recenzji, jak i recenzentowi, zawsze wydawała się czymś zupełnie naturalnym: prostym sposobem oceniania jakości.
Wilson, który pisze o telewizji dla "The Telegraph", a także współpracuje z satyrycznym "Private Eye", przyjrzał się jednak temu zjawisku znacznie uważniej. System ocen, do którego wszyscy przywykliśmy, wyrósł z konkretnego etapu rozwoju kapitalizmu. Jego korzenie sięgają XVIII-wiecznych przewodników turystycznych, które miały dostarczać zabieganym podróżnym najważniejszych informacji w zwięzłej i dostępnej w mgnieniu oka formie.
W XX wieku system ocen gwiazdkowych przeniknął do świata kultury, początkowo do filmu. Recenzenci, w tym Wilson, często podchodzą do niego sceptycznie. Przywołuje on słowa krytyczki teatralnej "The Guardian" Susanny Clapp, która narzekała, że przez gwiazdki "ludzie nie czytają, tylko liczą".
Mimo to znaczenie takich ocen stale rosło i dziś niemal na każdym kroku jesteśmy zachęcani do wystawiania od jednej do pięciu gwiazdek wszystkiemu, co kupujemy, z czego korzystamy albo z czym mamy do czynienia.

"Świat po cichu, być może nawet bez większej refleksji, podporządkował się abstrakcyjnemu i nieuregulowanemu systemowi mierzenia, który stał się dziś równie powszechny jak godziny, minuty i sekundy" - pisze Wilson.
Dla konsumentów przytłoczonych ogromem wyboru atrakcyjność ocen gwiazdkowych jest oczywista: pozwalają szybko i łatwo podjąć decyzję.
Jeszcze ciekawsze jest to, jak system ocen służy interesom wielkich firm. Amazon wprowadził go w 1997 roku, gdy zauważył, że aktywny system recenzji buduje zaufanie klientów i zwiększa sprzedaż - niezależnie od tego, czy opinie są pozytywne, czy negatywne. Problem w tym, że oceny w gwiazdkach są stale manipulowane i nadużywane. Wokół ich wiarygodności powstała więc cała odrębna branża, która ma weryfikować autentyczność publikowanych opinii.
Gwiazdkami ocenia się dziś nawet zwykłych ludzi. Wilson zwraca uwagę, że chiński system zaufania społecznego w praktyce wystawia obywatelom coś na kształt ocen w pięciostopniowej skali. Zauważa jednak, że nie różni się to aż tak bardzo od zachodniej obsesji na punkcie oceniania i klasyfikowania ludzi w aplikacjach randkowych. Oceniamy się nawzajem równie bezrefleksyjnie, jak odkurzacz czy jedzenie na wynos.
Media społecznościowe zmieniły ludzi w marki
Być może nie oburza nas to tak bardzo, jak powinno, ponieważ wcześniej nauczyliśmy się już myśleć o samych sobie jak o produktach. Na tym opiera się teza książki Kathryn Jezer-Morton "The Story of Your Life". Kiedyś taki argument wzbudziłby kontrowersje. Gdy magazyn "Fast Company" w 1997 roku przedstawił na okładce koncepcję "marki osobistej", czytelnicy byli oburzeni. Jak pisze Jezer-Morton: "Dziś sama myśl o sprzeciwie wobec nieuchronności kreowania własnego wizerunku wydaje się niemal staroświecka".
Zachowywanie się w mediach społecznościowych jak marka - podczas gdy same marki coraz częściej próbują zachowywać się jak ludzie - wydaje się dziś równie oczywiste jak ocenianie wszystkiego w pięciogwiazdkowej skali, nawet jeśli w praktyce prowadzi to często do sytuacji niepokojących i absurdalnych.
Jednym z przykładów jest osobliwe zjawisko, w którym prywatne osoby komentują bieżące wydarzenia, "jakby kandydowały do lokalnego urzędu". Jezer-Morton po raz pierwszy zwróciła na to uwagę po zamachu podczas maratonu bostońskiego w 2013 roku, gdy media społecznościowe zalały wpisy z "myślami i modlitwami".
Są też zwyczajne kobiety planujące stroje dla całej rodziny na wakacje tak, jakby były Kardashianami. Do tego dochodzi coraz powszechniejsza, nijaka i niemal uniwersalna estetyka mieszkań z Airbnb, która ma stanowić neutralne tło, na którym może się wyróżniać "marka ty".

"W ciągu ostatnich dwóch dekad staliśmy się ekspertami w tworzeniu i konsumowaniu własnych internetowych wizerunków. (...) Nasze zachowania i publikowane przez nas treści zaczęły się do siebie upodabniać" - pisze Jezer-Morton. To niepozorne, ale zarazem niepokojące podsumowanie współczesnej kultury. Trudno je pogodzić z konsekwentnie neutralnym stanowiskiem autorki, która podkreśla, że jej książka "nie jest argumentem przeciwko technologii".
Chciałabym, żeby było tu nieco więcej krytycyzmu, zwłaszcza w rozdziale poświęconym polityce. Jezer-Morton wyraźnie sympatyzuje z osobami, których przypadki opisuje - jedną publikującą treści przeciwko Donaldowi Trumpowi i drugą zamieszczającą propalestyńskie wpisy. Uważa, że obie zaszły w swoim zaangażowaniu za daleko, ale miały ku temu zrozumiałe powody. Ciekawe, czy ten sam wniosek utrzymałby się w przypadku antyszczepionkowca związanego z ruchem MAGA.
Najmocniejsze fragmenty dotyczą blogów o macierzyństwie (ang. mommy blogging) - autorka prowadzi dla "New York Magazine" newsletter o życiu rodzinnym - oraz traktowania dzieci jako przedłużenia własnej marki. "Nikt oficjalnie nie przyznał, że zdecydował się na dzieci po to, by zwiększyć swoją publiczność" - pisze. Wiele mam-influencerek otwarcie mówi jednak o "dacie przydatności" własnych dzieci jako źródła zainteresowania odbiorców.
Zarówno dla Wilsona, jak i Jezer-Morton życie podporządkowane logice rynku jest jednocześnie czymś złym i czymś, od czego trudno uciec. Żadne z nich nie mówi wprost, że powinniśmy odłożyć telefony, odejść od laptopów i spróbować znów żyć jak pełnowymiarowi ludzie, a nie internetowe wizerunki. To prawda, byłoby to bardzo trudne. Ale być może od tego zależy coś znacznie ważniejszego - twoja własna dusza.
Tekst przetłumaczony z "The Spectator".
Autorka: Sarah Ditum
Tłumaczenie: Monika Bortnowska
Tytuł, śródtytuły oraz skróty pochodzą od redakcji.












