"The New York Times": Jak Trump wciągnął USA do wojny z Iranem
Premier Izraela przekonywał Donalda Trumpa, że irański reżim nie zdoła zablokować cieśniny Ormuz, a wiceprezydent JD Vance jako jedyny w administracji sprzeciwiał się wojnie. "New York Times" ujawnia kulisy decyzji prezydenta USA o interwencji w Iranie. Tylko w Interii publikujemy ten artykuł w całości.

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Założony w 1851 r. "The New York Times" to jeden z najbardziej opiniotwórczych dzienników na świecie. Jego redakcja od lat relacjonuje i komentuje najważniejsze wydarzenia na świecie z takich obszarów jak: polityka, gospodarka, nauka i kultura. Dziennikarze "The New York Times" zdobyli ponad 140 nagród Pulitzera.
Spis treści:
- Netanyahu naciska
- Dyrektor CIA: To farsa
- Generał, który wiedział, ale nie powiedział
- Jastrząb Trump
- Sceptyk Vance
- Ostrzeżenie Carlsona
- "Myślę, że musimy to zrobić"
11 lutego, tuż przed godziną 11.00, pod Biały Dom podjechał czarny SUV. W środku siedział premier Binjamin Netanjahu.
Izraelski przywódca, który od miesięcy naciskał na Stany Zjednoczone, by zgodziły się na poważny atak na Iran, został błyskawicznie wprowadzony do środka bez zbędnych ceregieli i poza zasięgiem reporterów. Był przygotowany na jeden z najbardziej przełomowych momentów w swojej długiej karierze.
Amerykańscy i izraelscy urzędnicy zebrali się najpierw w sali gabinetu, przylegającej do Gabinetu Owalnego. Następnie Netanjahu udał się do podziemi na główne spotkanie: ściśle tajną prezentację dotyczącą Iranu dla prezydenta Donalda Trumpa i jego zespołu
w Situation Room (pol. pokój dowodzenia), który jest rzadko wykorzystywany do osobistych spotkań z zagranicznymi przywódcami.
Trump zajął miejsce, choć nie tam, gdzie zwykle - u szczytu mahoniowego stołu konferencyjnego. Tym razem prezydent usiadł przy jego dłuższym boku, twarzą do zamontowanych na ścianie monitorów. Netanjahu usadowił się naprzeciwko niego.
Na ekranie za plecami premiera pojawił się David Barnea, dyrektor Mosadu - izraelskiej agencji wywiadu zagranicznego - oraz przedstawiciele armii. Tworząc wizualne tło dla Netanjahu, sprawiali wrażenie sztabu otaczającego wojennego lidera.
Susie Wiles, szefowa personelu Białego Domu, usiadła na końcu stołu. Sekretarz stanu Marco Rubio, pełniący jednocześnie funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, zajął swoje stałe miejsce. Sekretarz obrony Pete Hegseth oraz generał Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów - którzy w takich okolicznościach zazwyczaj siedzieli obok siebie - zajęli miejsca po jednej ze stron; towarzyszył im John Ratcliffe, dyrektor CIA. Skład głównej grupy uzupełniali specjalni wysłannicy Trumpa prowadzący negocjacje z Irańczykami - zięć prezydenta Jared Kushner oraz Steve Witkoff.
Grono uczestników celowo ograniczono do minimum, aby uniknąć przecieków. Inni wysocy rangą członkowie gabinetu nie mieli pojęcia, że spotkanie w ogóle się odbywa. Nieobecny był również wiceprezydent. W tym czasie JD Vance przebywał w Azerbejdżanie, a naradę zwołano w tak nagłym trybie, że nie był w stanie wrócić na czas.
Generał Caine zwrócił uwagę na ogromne trudności z zabezpieczeniem cieśniny Ormuz oraz na ryzyko zablokowania jej przez Iran. Trump zignorował tę ewentualność, wychodząc z założenia, że reżim skapituluje, zanim do tego dojdzie
Prezentacja, którą Netanjahu przedstawił w ciągu kolejnej godziny, miała okazać się kluczowa dla wprowadzenia Stanów Zjednoczonych i Izraela na wspólną ścieżkę ku wielkiemu konfliktowi zbrojnemu w sercu jednego z najbardziej niestabilnych regionów świata.
Zapoczątkowała ona również serię wielotygodniowych dyskusji w Białym Domu, których szczegóły nie były dotąd znane. Trump rozważał w nich dostępne opcje i związane z nimi ryzyka, zanim ostatecznie zgodził się przyłączyć do Izraela w ataku na Iran.
Poniższa relacja, opisująca jak Trump wciągnął Stany Zjednoczone do wojny z Iranem, opiera się na materiałach zebranych do powstającej książki "Regime Change: Inside the Imperial Presidency of Donald Trump". Ujawnia ona, w jaki sposób narady wewnątrz administracji uwypukliły instynkty prezydenta, podziały w jego najbliższym otoczeniu oraz specyficzny styl zarządzania Białym Domem. Relacja opiera się na obszernych wywiadach, przeprowadzonych pod warunkiem zachowania anonimowości i mających na celu odtworzenie wewnętrznych dyskusji oraz kwestii o charakterze poufnym.
Doniesienia te podkreślają, jak blisko jastrzębie myślenie Trumpa pokrywało się z poglądami Netanjahu na przestrzeni wielu miesięcy - w stopniu większym, niż zdawali sobie z tego sprawę nawet niektórzy z kluczowych doradców prezydenta. Ich bliska relacja była trwałym elementem obu administracji, a dynamika ta - choć momentami napięta - podsycała ostrą krytykę i podejrzliwość zarówno po lewej, jak i po prawej stronie amerykańskiej sceny politycznej.
Ostatecznie nawet najbardziej sceptyczni członkowie gabinetu wojennego Trumpa - z wyraźnym wyjątkiem wiceprezydenta JD Vance'a, który najbardziej sprzeciwiał się pełnoskalowej wojnie - zdali się na instynkt prezydenta, w tym na jego ogromną pewność, że wojna będzie szybka i rozstrzygająca.
Biały Dom odmówił komentarza.
Netanyahu naciska
11 lutego w pokoju dowodzenia Netanjahu przeszedł do ofensywy dyplomatycznej, sugerując, że Iran dojrzał do zmiany reżimu. Wyraził przekonanie, że wspólna misja USA
i Izraela mogłaby ostatecznie doprowadzić do upadku irańskiej republiki islamskiej.
W pewnym momencie Izraelczycy odtworzyli Trumpowi krótki materiał wideo, pokazujący potencjalnych nowych przywódców, którzy mogliby przejąć władzę w kraju w razie upadku fundamentalistycznego rządu. Wśród nich znalazł się Reza Pahlawi - przebywający na emigracji w Stanach Zjednoczonych najstarszy syn ostatniego szacha Iranu, który stara się przedstawiać jako świecki lider zdolny poprowadzić Iran ku państwu demokratycznemu po panującej tam teokracji.
Netanjahu i jego zespół przedstawili scenariusz, który ich zdaniem wskazywał na niemal pewne zwycięstwo: irański program rakiet balistycznych mógłby zostać zniszczony w ciągu kilku tygodni. Reżim byłby na tyle osłabiony, że nie zdołałby zablokować cieśniny Ormuz, a prawdopodobieństwo, że Iran zdoła uderzyć w amerykańskie interesy w sąsiednich krajach, oceniano jako minimalne.
Co więcej, wywiad Mosadu wskazywał, że wewnątrz Iranu ponownie wybuchną protesty uliczne, a przy wsparciu izraelskiej agencji wywiadu w podsycaniu zamieszek i buntu zmasowana kampania bombowa mogłaby stworzyć warunki dla irańskiej opozycji do obalenia reżimu.
Izraelczycy podnieśli również kwestię zaangażowania irańskich bojowników kurdyjskich, którzy mieliby przekroczyć granicę z Irakiem i otworzyć front lądowy na północnym zachodzie, co dodatkowo rozproszyłoby siły reżimu i przyspieszyło jego upadek.
Netanjahu wygłosił swoją prezentację pewnym, monotonnym tonem. Zdawało się, że wywarła ona dobre wrażenie na najważniejszej osobie w pomieszczeniu - amerykańskim prezydencie.
- Dla mnie brzmi dobrze - powiedział Trump premierowi. Dla Netanjahu był to sygnał, że wspólna operacja USA i Izraela prawdopodobnie otrzyma zielone światło.
Podczas narad JD Vance ostrzegał Trumpa, że wojna przeciwko Iranowi może wywołać chaos w regionie i pociągnąć za sobą niezliczoną liczbę ofiar
Netanjahu nie był jedynym, który opuścił spotkanie z wrażeniem, że Trump właściwie podjął już decyzję. Doradcy prezydenta widzieli, że obietnice dotyczące możliwości izraelskiej armii i wywiadu wywarły na nim ogromne wrażenie - dokładnie tak samo, jak podczas rozmowy obu przywódców przed 12-dniową wojną z Iranem w czerwcu.
Wcześniej Netanjahu próbował uświadomić zgromadzonym w sali gabinetowej Amerykanom egzystencjalne zagrożenie, jakie stanowi 86-letni najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei.
Gdy inni obecni na sali dopytywali premiera o ewentualne ryzyko związane z operacją, Netanjahu przyznał im rację, ale podkreślił jedną zasadniczą kwestię: jego zdaniem ryzyko zaniechania było większe niż ryzyko podjęcia działań. Argumentował, że jeśli będą zwlekać z uderzeniem, Iran zyska więcej czasu na przyspieszenie produkcji rakiet i stworzenie tarczy ochronnej wokół swojego programu nuklearnego, a to sprawi, że cena za interwencję będzie tylko rosła.
Wszyscy obecni zdawali sobie sprawę, że Iran jest w stanie rozbudowywać swój arsenał rakiet i dronów szybciej i znacznie niższym kosztem, niż Stany Zjednoczone są w stanie wyprodukować i dostarczyć wielokrotnie droższe pociski przechwytujące, niezbędne do ochrony własnych interesów oraz sojuszników w regionie.
Prezentacje Netanjahu - oraz aprobująca reakcja Trumpa - postawiły przed amerykańskim wywiadem pilne zadanie. Analitycy pracowali przez całą noc, by ocenić, na ile realistyczne były założenia przedstawione prezydentowi przez stronę izraelską.
Dyrektor CIA: To farsa
Wyniki analizy amerykańskiego wywiadu zostały udostępnione następnego dnia, 12 lutego, podczas kolejnego spotkania w pokoju dowodzenia, w którym wzięli udział wyłącznie amerykańscy urzędnicy. Przed przybyciem Trumpa dwaj wysocy rangą funkcjonariusze wywiadu zbriefowali najbliższe otoczenie prezydenta.
Przedstawiciele wywiadu dysponowali ogromną wiedzą na temat amerykańskich zdolności militarnych, a irański system i jego kluczowych graczy znali na wylot. Podzielili prezentację Netanjahu na cztery części. Pierwszą była dekapitacja - czyli zabicie ajatollaha. Drugą - sparaliżowanie zdolności Iranu do projekcji siły i zastraszania sąsiadów. Trzecią miało być ludowe powstanie wewnątrz kraju. Czwartą zaś zmiana reżimu i osadzenie świeckiego lidera u sterów państwa.
Amerykańscy urzędnicy ocenili, że pierwsze dwa cele są możliwe do zrealizowania przy wykorzystaniu amerykańskiego wywiadu i potęgi militarnej. Uznali jednak, że trzeci i czwarty etap planu Netanjahu, obejmujący ewentualność przeprowadzenia przez Kurdów inwazji lądowej na Iran, był całkowicie oderwany od rzeczywistości.
Gdy Trump dołączył do spotkania, Ratcliffe przedstawił mu wnioski z oceny sytuacyjnej. Dyrektor CIA określił scenariusze zmiany reżimu nakreślone przez izraelskiego premiera jednym słowem: "farsa".
W tym momencie wtrącił się Rubio. - Innymi słowy, to bzdury - uciął.
Ratcliffe dodał, że biorąc pod uwagę nieprzewidywalność zdarzeń w każdym konflikcie, zmiana reżimu może nastąpić, jednak nie powinna być uznawana za możliwy do osiągnięcia cel operacyjny.
Do dyskusji włączyło się kilka innych osób, w tym Vance, który właśnie wrócił z Azerbejdżanu; on również wyraził głęboki sceptycyzm co do perspektywy zmiany reżimu.
Wtedy prezydent zwrócił się do Caine'a: - Generale, co pan o tym sądzi?
Caine odpowiedział:
- Panie prezydencie, z mojego doświadczenia wynika, że to standardowa procedura operacyjna Izraelczyków. Przeszarżowują w obietnicach, a ich plany nie zawsze są dopracowane. Wiedzą, że nas potrzebują, i właśnie dlatego stosują tak agresywny marketing.
Trump błyskawicznie przeanalizował tę ocenę. Zmiana reżimu - jak stwierdził - będzie "ich problemem". Nie było jasne, czy miał na myśli Izraelczyków, czy naród irański. Kluczowe było jednak to, że jego decyzja o przystąpieniu do wojny z Iranem nie zależała od tego, czy trzeci i czwarty etap prezentacji Netanjahu były możliwe do zrealizowania.
Wydawało się, że Trump wciąż jest bardzo zainteresowany realizacją pierwszego i drugiego etapu: likwidacją ajatollaha oraz najwyższych rangą irańskich przywódców, a także demontażem potencjału militarnego Iranu.
Generał, który wiedział, ale nie powiedział
Generał Dan Caine - którego Trump lubił nazywać "Razin' Caine" (gra słów oparta na idiomie raising cain - rozrabiać, robić raban - przyp. red.) - zaimponował prezydentowi lata wcześniej, kiedy stwierdził, że Państwo Islamskie można pokonać znacznie szybciej, niż przewidywali inni.
Trump nagrodził tę pewność siebie, awansując generała, będącego wcześniej pilotem myśliwców sił powietrznych, na swojego głównego doradcę wojskowego. Caine nie był politycznym lojalistą i żywił poważne obawy co do wojny z Iranem. Był jednak bardzo ostrożny w sposobie, w jaki przedstawiał swoje poglądy prezydentowi.

Gdy w ciągu kolejnych dni wąskie grono doradców wtajemniczonych w plany prowadziło narady, Caine przedstawił Trumpowi i pozostałym uczestnikom niepokojącą ocenę wojskową. Wynikało z niej, że zakrojona na szeroką skalę kampania przeciwko Iranowi drastycznie uszczupliłaby amerykańskie arsenały, w tym zapasy pocisków przechwytujących, których dostępność była już mocno nadwyrężona latami wspierania Ukrainy i Izraela. Caine nie widział żadnej realnej możliwości szybkiego uzupełnienia tych braków.
Zwrócił on również uwagę na ogromne trudności z zabezpieczeniem cieśniny Ormuz oraz na ryzyko zablokowania jej przez Iran. Trump zignorował tę ewentualność, wychodząc z założenia, że reżim skapituluje, zanim do tego dojdzie. Prezydent zdawał się sądzić, że będzie to bardzo krótka wojna - przekonanie to utwierdziła w nim niemrawa reakcja na amerykańskie bombardowania irańskich obiektów nuklearnych w czerwcu.
Rola Caine'a w okresie poprzedzającym wojnę stanowiła przykład klasycznego napięcia między doradztwem wojskowym a procesem decyzyjnym prezydenta. Caine tak uporczywie unikał zajęcia jednoznacznego stanowiska - powtarzając, że "jego rolą nie jest mówienie prezydentowi, co ma robić, lecz przedstawianie opcji wraz z potencjalnymi zagrożeniami oraz możliwymi konsekwencjami drugiego i trzeciego rzędu" - że niektórym słuchaczom mogło się zdawać, iż opowiada się za wszystkimi stronami sporu jednocześnie.
Nieustannie zadawał pytanie: "I co dalej?", jednak Trump często zdawał się słyszeć tylko to, co chciał usłyszeć.
Caine różnił się pod niemal każdym względem od poprzedniego przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generała Marka A. Milleya, który podczas pierwszej administracji Trumpa toczył z nim głośne spory i postrzegał swoją rolę jako powstrzymywanie prezydenta przed podejmowaniem niebezpiecznych lub lekkomyślnych działań.
Osoba zaznajomiona z ich relacjami zauważyła, że Trump miał tendencję do mylenia porad taktycznych Caine'a z radami o charakterze strategicznym. W praktyce oznaczało to, że generał mógł w jednej chwili ostrzegać przed trudnościami związanymi z konkretnym aspektem operacji, by zaraz potem nadmienić, że Stany Zjednoczone dysponują
w zasadzie nieograniczonymi zapasami tanich bomb precyzyjnych i po wywalczeniu przewagi w powietrzu mogą atakować Iran całymi tygodniami.
Dla Caine'a były to dwie odrębne obserwacje. Trump zdawał się jednak uważać, że ta druga w zasadzie unieważnia pierwszą.
Na żadnym etapie narad Caine nie powiedział prezydentowi wprost, że wojna z Iranem to fatalny pomysł, choć niektórzy z jego kolegów byli przekonani, że właśnie takie było jego zdanie.
Jastrząb Trump
Wielu doradców prezydenta nie ufało Netanjahu, ale to jego spojrzenie było znacznie bliższe poglądom samego Trumpa, niż skłonni byli przyznać przeciwnicy interwencji z jego otoczenia oraz szerszego ruchu "America First" - i taki stan utrzymywał się od lat.
Spośród wszystkich wyzwań w polityce zagranicznej, z jakimi Trump mierzył się na przestrzeni dwóch kadencji, Iran zajmował miejsce szczególne. Prezydent uważał go za wyjątkowo groźnego przeciwnika i był gotów podjąć ogromne ryzyko, byle tylko uniemożliwić reżimowi prowadzenie wojny lub zdobycie broni jądrowej. Co więcej, argumentacja Netanjahu idealnie współgrała z pragnieniem Trumpa, by obalić irańską teokrację - tę samą, która przejęła władzę w 1979 roku, gdy on sam miał 32 lata, i od tamtej pory pozostawała cierniem w boku Stanów Zjednoczonych.
Trump miał teraz okazję zostać pierwszym prezydentem od czasu przejęcia władzy przez religijnych przywódców przed 47 laty, któremu udałoby się dokonać zmiany reżimu w Iranie. Zazwyczaj niewypowiedzianą, lecz zawsze obecną w tle dodatkową motywacją był fakt, że Iran spiskował w celu zgładzenia Trumpa. Miał to być odwet za dokonaną w styczniu 2020 roku eliminację generała Kassema Sulejmaniego, postrzeganego w Stanach Zjednoczonych jako głównego architekta irańskiej kampanii międzynarodowego terroryzmu.
Po powrocie na urząd prezydenta pewność Trumpa co do możliwości amerykańskiej armii jedynie wzrosła. Szczególnie podbudował go spektakularny rajd komandosów z 3 stycznia, podczas którego schwytano wenezuelskiego przywódcę Nicolasa Maduro w jego rezydencji. W operacji nie zginął ani jeden Amerykanin, co dla prezydenta stanowiło kolejny dowód na niezrównaną potęgę sił zbrojnych USA.
Wewnątrz gabinetu to Pete Hegseth był najgorętszym orędownikiem kampanii militarnej przeciwko Iranowi.
Rubio dawał do zrozumienia, że ma znacznie bardziej ambiwalentny stosunek do tej kwestii. Nie wierzył, by Irańczycy zgodzili się na wynegocjowane porozumienie, jednak wolał kontynuować kampanię "maksymalnej presji" zamiast rozpoczynać wojnę na pełną skalę. Mimo to Rubio nie próbował odwodzić Trumpa od operacji, a gdy wojna już wybuchła, z pełnym przekonaniem prezentował argumenty administracji uzasadniające atak.

Susie Wiles miała obawy, jednak nie ingerowała w kwestie militarne podczas szerszych narad; zamiast tego zachęcała doradców, by na forum dzielili się swoimi opiniami
i zastrzeżeniami z prezydentem.
Wywierała wpływ na wiele innych spraw, ale w obecności Trumpa i generałów pozostawała w cieniu. Osoby z jej bliskiego otoczenia twierdziły, że nie uważała za stosowne wyrażać swoich obaw dotyczących decyzji wojskowych przy świadkach. Wierzyła również, że wiedza ekspercka doradców takich jak Caine, Ratcliffe i Rubio ma dla prezydenta większe znaczenie.
Mimo to Wiles mówiła, że obawia się wciągnięcia Stanów Zjednoczonych w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Atak na Iran niósł ze sobą ryzyko gwałtownego wzrostu cen paliw na kilka miesięcy przed wyborami do Kongresu. To właśnie one mogły przesądzić o tym, czy ostatnie dwa lata drugiej kadencji Trumpa upłyną pod znakiem sukcesów, czy też lawiny wezwań ze strony demokratów przed komisje śledcze w Izbie Reprezentantów. Ostatecznie jednak Wiles poparła operację.
Sceptyk Vance
Nikt z najbliższego otoczenia Trumpa nie obawiał się perspektywy wojny z Iranem bardziej i nie robił więcej, by ją powstrzymać, niż wiceprezydent.
JD Vance zbudował swoją karierę polityczną na sprzeciwie wobec właśnie takiego rodzaju awanturnictwa militarnego, jakie zaczęto teraz poważnie rozważać. Wojnę z Iranem określał jako "ogromne rozproszenie zasobów" i "potwornie kosztowne" przedsięwzięcie.
Nie był on jednak gołąbkiem pokoju. W styczniu, gdy Trump publicznie ostrzegł Iran, by zaprzestał zabijania protestujących, i obiecał, że pomoc jest w drodze, Vance w prywatnych rozmowach zachęcał prezydenta do wyegzekwowania nakreślonej przez niego czerwonej linii. Jednak to, o co zabiegał wiceprezydent, było jedynie ograniczonym uderzeniem odwetowym - czymś zbliżonym do modelu ataku rakietowego Trumpa na Syrię z 2017 roku, przeprowadzonego w odpowiedzi na użycie broni chemicznej przeciwko cywilom.
Wiceprezydent uważał, że wojna mająca na celu obalenie reżimu w Iranie byłaby katastrofą. Osobiście wolał całkowite zaniechanie uderzeń, ale wiedząc, że Trump prawdopodobnie zainterweniuje w taki czy inny sposób, starał się nakierować go na bardziej ograniczone działania. Później, gdy stało się niemal pewne, że prezydent jest zdecydowany na kampanię o szerokim zasięgu, Vance zaczął go przekonywać, że należy jej dokonać z użyciem miażdżącej siły - w nadziei na szybkie osiągnięcie wyznaczonych celów.
Podczas narad Vance ostrzegał Trumpa, że wojna przeciwko Iranowi może wywołać chaos w regionie i pociągnąć za sobą niezliczoną liczbę ofiar. Argumentował również, że mogłoby to doprowadzić do rozpadu koalicji politycznej Trumpa i zostać uznana za zdradę przez rzesze wyborców, którzy zawierzyli obietnicy, że Ameryka nie będzie angażować się w nowe wojny.
Vance podnosił również inne kwestie. Jako wiceprezydent był świadomy skali problemów Ameryki z zasobami amunicji. Wojna z reżimem wykazującym ogromną wolę przetrwania mogłaby na kilka lat pozostawić Stany Zjednoczone w znacznie gorszej pozycji do prowadzenia jakichkolwiek innych konfliktów.
Wiceprezydent mówił swoim współpracownikom, że żadna analiza wojskowa nie jest w stanie rzetelnie przewidzieć, jakich działań odwetowych dopuści się Iran, gdy stawką będzie przetrwanie reżimu. Wojna mogłaby łatwo wymknąć się spod kontroli i potoczyć
w nieprzewidywalnych kierunkach. Co więcej, Vance uważał, że szanse na zbudowanie pokojowego Iranu po zakończeniu konfliktu są znikome.

Ponad tym wszystkim unosiło się jednak widmo ryzyka być może największego ze wszystkich: Iran posiadał przewagę, jeśli chodzi o cieśninę Ormuz. Gdyby ten wąski szlak wodny, przez który transportuje się ogromne ilości ropy i gazu ziemnego, został zablokowany, konsekwencje wewnętrzne dla Stanów Zjednoczonych byłyby dotkliwe, zaczynając od gwałtownego wzrostu cen benzyny.
Ostrzeżenie Carlsona
Czołowy polityczny komentator Tucker Carlson, który stał się kolejnym wpływowym sceptykiem wobec interwencji po stronie prawicy, w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie odwiedzał Gabinet Owalny, by ostrzec Trumpa, że wojna z Iranem zniszczy jego prezydenturę. Na kilka tygodni przed wybuchem wojny Trump, znający Carlsona od lat, próbował go uspokoić podczas rozmowy telefonicznej. "Wiem, że się martwisz, ale wszystko będzie w porządku" - powiedział prezydent. Gdy Carlson zapytał, skąd ma tę pewność, Trump odparł: "Bo zawsze tak jest".
Pod koniec lutego Amerykanie i Izraelczycy omawiali nowe doniesienia wywiadowcze, które miały znacząco przyspieszyć realizację przyjętego harmonogramu. Ajatollah miał spotkać się z innymi wysokimi urzędnikami reżimu poza bunkrem, w biały dzień, będąc całkowicie wystawionym na atak z powietrza. Była to ulotna szansa na uderzenie w samo serce irańskiego kierownictwa - okazja, która mogła się już nie powtórzyć.
Trump dał Iranowi jeszcze jedną szansę na zawarcie porozumienia, które zablokowałoby mu drogę do zdobycia broni jądrowej. Zabiegi dyplomatyczne dały Stanom Zjednoczonym dodatkowy czas na przerzucenie zasobów militarnych na Bliski Wschód.
Według relacji kilku doradców prezydent w rzeczywistości podjął decyzję już kilka tygodni wcześniej. Nie zdecydował jedynie, kiedy dokładnie uderzyć. Teraz Netanjahu naciskał na niego, by działał szybko.
W tym samym tygodniu Kushner i Witkoff zadzwonili z Genewy po zakończeniu kolejnej tury rozmów z przedstawicielami Iranu. Podczas trzech rund negocjacji w Omanie i Szwajcarii obaj sprawdzali gotowość Teheranu do zawarcia porozumienia. W pewnym momencie zaoferowali Irańczykom darmowe paliwo jądrowe na cały okres trwania ich programu. Był to test mający wykazać, czy upór Iranu przy wzbogacaniu uranu rzeczywiście wynika z potrzeb cywilnej energetyki, czy też z chęci zachowania zdolności do budowy bomby.
Irańczycy odrzucili ofertę, nazywając ją zamachem na ich godność.
Kushner i Witkoff przedstawili prezydentowi obraz sytuacji. Stwierdzili, że prawdopodobnie zdołaliby wynegocjować jakieś porozumienie, ale zajęłoby to miesiące. Kushner dodał, że jeśli Trump pyta, czy mogą mu spojrzeć prosto w oczy i zapewnić, że rozwiążą ten problem, to droga do tego jest jeszcze bardzo daleka, ponieważ Irańczycy prowadzą z nimi gierki.

"Myślę, że musimy to zrobić"
W czwartek 26 lutego, około godziny 17, rozpoczęło się ostatnie posiedzenie w pokoju dowodzenia. Na tym etapie stanowiska obecnych były już jasne. Wszystko zostało omówione na poprzednich spotkaniach; każdy znał punkt widzenia pozostałych uczestników. Dyskusja miała potrwać około półtorej godziny.
Trump zajmował swoje stałe miejsce u szczytu stołu. Po jego prawej stronie siedział wiceprezydent. Obok Vance'a siedziała Wiles, następnie Ratcliffe, potem radca prawny Białego Domu David Warrington, a dalej Steven Cheung, dyrektor ds. komunikacji. Naprzeciwko Cheunga siedziała Karoline Leavitt, rzeczniczka prasowa Białego Domu; po jej prawej stronie Caine, a następnie Hegseth i Rubio.
Krąg osób planujących wojnę był tak wąski, że wykluczono z niego nawet dwóch kluczowych urzędników, którzy musieliby zarządzać największym zakłóceniem dostaw w historii globalnego rynku ropy: sekretarza skarbu Scotta Bessenta oraz sekretarza energii Chrisa Wrighta. Pominięta została również Tulsi Gabbard, dyrektor wywiadu narodowego.
Prezydent otworzył spotkanie pytaniem: "No dobrze, to co tu mamy?".
Hegseth i Caine omówili sekwencję uderzeń. Następnie Trump oświadczył, że chce po kolei wysłuchać opinii wszystkich zgromadzonych przy stole.
Vance, którego sprzeciw wobec samych założeń tej operacji był powszechnie znany, zwrócił się do prezydenta: "Wiesz, że uważam to za zły pomysł, ale jeśli chcesz to zrobić, będę cię wspierał".
Wiles powiedziała Trumpowi, że jeśli czuje, iż musi podjąć te kroki ze względu na bezpieczeństwo narodowe Ameryki, to powinien działać.
Ratcliffe nie wyraził opinii na temat tego, czy należy przystąpić do ataku, przedstawił jednak zdumiewające nowe doniesienia wywiadowcze: irańskie przywództwo miało się wkrótce zgromadzić w kompleksie rezydencji ajatollaha w Teheranie. Dyrektor CIA powiedział prezydentowi, że zmiana reżimu jest możliwa, zależnie od tego, jak zdefiniuje się to pojęcie. "Jeśli mamy na myśli po prostu zabicie najwyższego przywódcy, prawdopodobnie jesteśmy w stanie to zrobić" - stwierdził.

Wywołany do odpowiedzi Warrington, radca prawny Białego Domu, stwierdził, że operacja jest prawnie dopuszczalna w świetle tego, jak plan został opracowany przez amerykańskich urzędników i przedstawiony prezydentowi. Nie wyraził własnej opinii, lecz przyciśnięty przez prezydenta, by to zrobił, wyznał, że jako weteran piechoty morskiej znał amerykańskiego żołnierza, który przed laty zginął z rąk Irańczyków. Sprawa ta wciąż miała dla niego wymiar głęboko osobisty. Powiedział prezydentowi, że skoro Izrael i tak zamierza działać, Stany Zjednoczone powinny zrobić to samo
Cheung przedstawił prawdopodobne konsekwencje wizerunkowe: Trump ubiegał się o urząd jako przeciwnik kolejnych wojen. Ludzie nie głosowali za konfliktem za granicą. Plany te stały również w sprzeczności ze wszystkim, co administracja mówiła po kampanii bombardowań Iranu w czerwcu. Jak mieliby teraz wytłumaczyć osiem miesięcy zapewnień, że irańskie obiekty nuklearne zostały całkowicie unicestwione? Cheung nie opowiedział się ani na "tak", ani na "nie", ale stwierdził, że jakakolwiek decyzja Trumpa będzie tą słuszną.
Leavitt powiedziała prezydentowi, że to jego decyzja, a zespół prasowy poradzi sobie z nią najlepiej, jak potrafi.
Hegseth przyjął pragmatyczne stanowisko: z Irańczykami i tak trzeba będzie się rozprawić prędzej czy później, więc równie dobrze można zrobić to teraz. Przedstawił oceny techniczne: kampanię można by przeprowadzić w określonym czasie przy użyciu konkretnych sił.
Caine zachowywał powściągliwość, wyliczając ryzyka oraz wpływ kampanii na wyczerpanie zapasów amunicji. Nie wyraził własnej opinii; stał na stanowisku, że jeśli Trump wyda rozkaz, wojsko go wykona. Obaj najwyżsi dowódcy wojskowi prezydenta przedstawili wstępny zarys przebiegu kampanii oraz zdolności USA do zniszczenia potencjału militarnego Iranu.
Gdy przyszła kolej na Rubio, wniósł on do dyskusji więcej konkretów, mówiąc prezydentowi: "Jeśli naszym celem jest zmiana reżimu lub wywołanie powstania, nie powinniśmy tego robić. Ale jeśli celem jest zniszczenie irańskiego programu rakietowego, to jest to zadanie, które jesteśmy w stanie zrealizować".
Wszyscy zdali się na instynkt prezydenta. Widzieli już wcześniej, jak podejmował śmiałe decyzje, ryzykował w niewyobrażalny sposób i jakimś cudem wychodził z tego obronną ręką. Nikt nie zamierzał go teraz powstrzymywać.
- Myślę, że musimy to zrobić - oznajmił prezydent zebranym w sali. Powiedział, że muszą mieć pewność, iż Iran nie wejdzie w posiadanie broni jądrowej, oraz zagwarantować, że nie będzie mógł po prostu wystrzeliwać rakiet w stronę Izraela czy innych celów w całym regionie.
Caine poinformował Trumpa, że ma jeszcze trochę czasu; ostateczną zgodę musiał wyrazić dopiero następnego dnia do godziny 16.00.
Następnego popołudnia na pokładzie Air Force One, na 22 minuty przed upływem terminu wyznaczonego przez Caine'a, Trump wysłał następujący rozkaz: "Operacja Epic Fury zatwierdzona. Zakaz przerywania akcji. Powodzenia".
Autorzy: Jonathan Swan i Maggie Haberman
Artykuł został w oryginale opublikowany na łamach "The New York Times".
© 2026 The New York Times Company
Tłumaczenie: Monika Bortnowska










