Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski "The Economist", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
Pierwsze, co uderza podczas przejazdu ulicami Chartumu, to cisza. Jeszcze trzy lata temu, przed wybuchem trwającej do dziś wojny domowej, stolica Sudanu tętniła życiem. Chartum był największym centrum przemysłowym na Sahelu, liczącym od sześciu do dziewięciu milionów mieszkańców. Dziś pozostała tylko pustka. Chartum przywodzi na myśl Aleppo czy Gazę - to miasto obrócone w ruinę.
Zniszczenia są wynikiem brutalnej walki o władzę między dwiema stronami konfliktu - Siłami Szybkiego Wsparcia (RSF), dobrze finansowanym ugrupowaniu paramilitarnym, a Siłami Zbrojnymi Sudanu (SAF), państwową armią.
Konflikt rozpoczął się 15 kwietnia 2023 roku; przez niemal dwa lata RSF kontrolowało większość stolicy, w tym historyczne centrum wokół pałacu prezydenckiego i lotnisko. Swoje domy opuściło aż pięć milionów mieszkańców. Dopiero w marcu ubiegłego roku sudańska armia wyparła RSF z Chartumu.
Wojna między RSF a SAF pod względem skali zniszczeń dorównuje wojnie Rosji przeciw Ukrainie i należy dziś do najbardziej wyniszczających konfliktów na świecie. Szacuje się, że zginęły w niej setki tysięcy osób, a według wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców około 14 mln osób musiało opuścić swoje domy. To największa fala przymusowych wysiedleń w tym stuleciu.

Siły Zbrojne Sudanu (SAF) chcą przekonać świat, że koniec wojny jest bliski. Jednak bez nowych inicjatyw taki scenariusz wydaje się mało prawdopodobny.
Siły dowodzone przez generała Abdela Fattaha al-Burhana - szefa armii i faktycznego przywódcę Sudanu - odniosły ostatnio znaczące sukcesy na froncie.
Kholood Khair z sudańskiego think tanku Confluence Advisory uważa jednak, że armii może być trudno utrzymać tempo ofensywy. RSF, na których czele stoi Mohamed Hamdan Dagalo, szerzej znany jako Hemedti, nadal mają swoje bastiony w Darfurze, skąd wywodzi się większość bojowników tej formacji.
Co więcej, im dłużej trwa wojna, tym bardziej ulega rozdrobnieniu. Szacuje się, że w konflikcie uczestniczy co najmniej 150 różnych milicji, a ich liczba wciąż rośnie. Wiele z nich tworzy się według podziałów etnicznych lub lokalnych. Coraz szersze wykorzystanie dronów sprawia, że w Sudanie jest coraz mniej miejsc, w których można poczuć się bezpieczne.
Całkowite zwycięstwo militarne którejkolwiek ze stron wydaje się mało prawdopodobne. Do zawarcia porozumienia mogliby je skłonić zagraniczni sojusznicy - po stronie RSF przede wszystkim Zjednoczone Emiraty Arabskie, a po stronie SAF - Egipt, Turcja, Arabia Saudyjska i Katar. Między tymi państwami wciąż jednak utrzymują się silne, wieloletnie napięcia. Zamknięcie przez Iran cieśniny Ormuz sprawia, że dla państw Zatoki Perskiej sudańskie wybrzeże Morza Czerwonego nabiera jeszcze większego znaczenia strategicznego. Ich interesy nie są jednak w pełni zbieżne.
Ciemność nad upadłym miastem
Siły Zbrojne Sudanu (SAF), pragnące umocnić swój przekaz, że koniec konfliktu jest już bliski, chcą, by Chartum był postrzegany jako miasto odradzające się. Od czasu powrotu generała al-Burhana do stolicy do swoich domów mogły wrócić około dwa miliony osób. On sam i jego sojusznicy uważają, że kontrola nad stolicą jest kluczowa dla uznania prawowitości ich władzy. Pokazanie, że Chartum jest bezpieczny i wszedł na drogę ożywienia gospodarczego, to mocny sygnał polityczny zarówno dla przeciwników w kraju, jak i sojuszników za granicą.

Odbudowa postępuje jednak nierówno. W niektórych częściach miasta rzeczywiście przywrócono dostawy prądu i wody, choć w ograniczonym zakresie. Szkoły, szpitale i ministerstwa ponownie otwierają swoje podwoje. - Znowu widać uśmiechy na twarzach ludzi - mówi Sulima Ishaq, minister ds. opieki społecznej.
Lotnisko w Chartumie wciąż nie obsługuje regularnie lotów międzynarodowych. Zagrożenie atakami dronów - ostatni był w maju - sprawia, że ONZ często odwołuje loty z pomocą humanitarną. Wznowiono za to regularne połączenia krajowe.
Słynny Grand Hotel, który pamięta jeszcze czasy brytyjskich rządów kolonialnych, częściowo wznowił działalność. Pięciogwiazdkowy hotel Corinthia nie wrócił jednak do normalnego funkcjonowania.
Do Chartumu nie powróciły też ambasady, które na czas wojny przeniosły się do Port Sudanu.

Chociaż mówi się o wzroście przestępczości, Chartum sprawia wrażenie na tyle bezpiecznego, że można poruszać się po mieście bez eskorty, nawet po zmroku. Podczas takich przejazdów trudno jednak dostrzec ślady większej odbudowy. Nawet w Omdurmanie, położonym na zachodnim brzegu Nilu, gdzie dominuje zabudowa mieszkaniowa i walk było stosunkowo niewiele, "wszędzie widać blizny" - wzdycha jeden z mieszkańców. Jedną z najbardziej rzucających się w oczy jest zrujnowany budynek parlamentu, położony tuż nad rzeką.
Gdy przejedzie się przez noszący ślady bombardowań most obok parlamentu i wjedzie do centrum miasta po drugiej stronie Nilu, skala zniszczeń staje się jeszcze bardziej widoczna. Widać ruiny ministerstwa obrony i to, co zostało z banku centralnego. Niemal wszystkie budynki w bardziej ekskluzywnych dzielnicach zostały przez RSF doszczętnie ograbione ze wszystkiego, co dało się wynieść. Wciąż stoją opuszczone. W wielu miejscach wrócili jedynie najbiedniejsi i ci, którzy nie mieli dokąd uciec. Ulice są niemal puste, a nocą panuje całkowita ciemność.
W mieście wciąż pełno niewybuchów. Według ONZ dotychczas odnaleziono ich około 40 tys. sztuk, ale bezpiecznie oczyszczono zaledwie 1 proc. powierzchni Chartumu. - Potrzeby znacznie przewyższają obecne możliwości - mówi Ollie Thomson z HALO Trust, brytyjskiej organizacji charytatywnej zajmującej się rozminowywaniem, która wkrótce ma rozpocząć tam prace.
Nawet bliscy sojusznicy, tacy jak Arabia Saudyjska, nie kwapią się do finansowania odbudowy. - Ryzyko, że wszystko zostanie odbudowane, a potem znów zniszczone, jest zdecydowanie zbyt wysokie - mówi wysoki rangą europejski dyplomata.
Dlatego na razie rząd wspierany przez SAF, który czerpie dochody głównie z eksportu złota i gumy arabskiej, musi sam pokrywać koszty odbudowy. To stawia go w trudnej sytuacji - potrzebuje pieniędzy, by pokazać, że wygrywa wojnę, ale jednocześnie potrzebuje ich także po to, by rzeczywiście ją wygrać.
- Prowadzimy wojnę, a ona wymaga środków - mówi Malik Agar, drugi najważniejszy człowiek w juncie generała al-Burhana.

Niekończąca się tułaczka
Od czasu powrotu do Chartumu SAF nie ma już całkowitej swobody działania. W październiku ubiegłego roku, po 18 miesiącach oblężenia, RSF zdobyły Al-Faszir, stolicę Darfuru. Podczas szturmu mogło zginąć nawet 60 tys. mieszkańców. Śledczy ONZ stwierdzili, że działania te nosiły "znamiona ludobójstwa". Po upadku miasta RSF przejęły niemal całkowitą kontrolę nad Darfurem - regionem wielkości Francji.
Ostatnio jednak sytuacja znów zaczęła się układać po myśli Sił Zbrojnych Sudanu (SAF). Na początku lipca armia odzyskała Kurmuk, strategiczne miasto przy południowo-wschodniej granicy z Etiopią, które wcześniej w tym roku zajęły RSF i lokalni rebelianci.
Kilka tygodni później SAF przejęły kolejne miejscowości wzdłuż głównej drogi łączącej Chartum z Al-Ubajid - stolicą Kordofanu Północnego, liczącą około pół miliona mieszkańców. Kholood Khair z Confluence Advisory uważa, że są to pierwsze tak znaczące sukcesy SAF od czasu odbicia Chartumu w zeszłym roku.
Al-Ubajid, które pozostaje pod kontrolą SAF, jest niemal całkowicie otoczone przez RSF. Istnieją poważne obawy, że może tam dojść do masakry podobnej do tej w Al-Faszir. W ostatnich dniach RSF miały przeprowadzić kolejne ataki dronów i inne uderzenia na miasta w okolicy Al-Ubajid, zmuszając tysiące mieszkańców do ucieczki. Dowódca RSF gen. Mohamed Hamdan Dagalo zagroził złowieszczo, że "spuści swoich bojowników ze smyczy".
Ostatnie zwycięstwa SAF dają armii szansę przyjść z odsieczą swoim siłom w Al-Ubajid. - Ta milicja jest już w końcowej fazie upadku. Jest całkowicie wyczerpana - przekonuje generał porucznik Qamar al-Din Mohammed, gubernator stanu Białego Nilu.
Wizyta w Kosti, stolicy tego stanu i ważnym punkcie na drodze do Al-Ubajid, pokazuje jednak, że RSF wciąż mają spore możliwości. Zwęglone pozostałości dwóch stacji benzynowych, zniszczonych w maju przez drony, są dobitnym przypomnieniem, jak daleko sięga ich zdolność do ataku. Główna droga do Al-Ubajid jest nadal tak niebezpieczna, że kierowcy oblepiają cysterny z paliwem błotem w nadziei, że pozostaną niewidoczne dla dronów krążących nad trasą.

Ostatnie sukcesy armii zmniejszają ryzyko, że Al-Ubajid wpadnie w ręce RSF, co zniweczyłoby nadzieje SAF na zwycięstwo. Z drugiej strony zawsze istnieje możliwość, że żadnej ze stron nie uda się przejąć pełnej kontroli nad miastem. W takim przypadku Al-Ubajid jak w soczewce będzie nadal skupiać rzeczywistość tej wojny: wyniszczającego impasu naznaczonego kolejnymi zbrodniami.
W odległości krótkiej przejażdżki samochodem od Kosti widać kolejny obraz tej wojny w miniaturze. Około 20 tys. uchodźców z całego Sudanu znalazło schronienie w prowizorycznych namiotach zbudowanych z drewnianych żerdzi i koców. Raja Abdelgadir Ali przybyła do obozu z Al-Ubajid około dwa miesiące temu. Uciekła po tym, jak bomba uderzyła w szkołę niedaleko jej domu i zabiła kilku sąsiadów. Jej mąż został na miejscu, by pomóc w obronie miasta.
Warunki w obozie są dramatyczne: tydzień temu zmarła czteroletnia córka Ali, najprawdopodobniej na odrę. Tymczasem wciąż przybywają kolejni uchodźcy.
Sprzeczne interesy
Zmieniająca się sytuacja na froncie w dużej mierze zależy od wsparcia z zagranicy. Drony z Turcji i Iranu pomogły SAF odbić Chartum. Zjednoczone Emiraty Arabskie, które na początku wojny wspierały RSF, zaprzeczają, jakoby nadal odgrywały w wojnie jakąkolwiek rolę. Według doniesień w miesiącach poprzedzających masakrę w Al-Faszirze Emiraty miały jednak zwiększyć dostawy broni.
Obecne sukcesy SAF wiążą się z kolei z wyraźnym wzrostem uzbrojenia z Turcji - mówi Jonas Horner z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych. Kontrola nad Port Sudanem oznacza, że SAF może otrzymywać zaopatrzenie zarówno drogą powietrzną, jak i morską.
Tak silna zależność od zagranicznego wsparcia mogłaby wydawać się sposobem na doprowadzenie do zakończenia wojny. Niewiele jednak udało się osiągnąć na powołanym w tym celu forum zwanym Quad, w którego skład wchodzą Stany Zjednoczone, Egipt, Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
We wrześniu 2025 roku, gdy pierścień oblężenia wokół Al-Fasziru coraz bardziej się zaciskał, państwa te wezwały do zawieszenia broni i zawarcia porozumienia powojennego, w którym nie brałyby udziału ani SAF, ani RSF. 10 miesięcy później oba cele pozostają nieosiągalne.
Główną przeszkodą jest przede wszystkim pogłębiający się rozłam wewnątrz samego Quad. Kiedy w 2021 roku generał al-Burhan i Dagalo - ówcześni de facto prezydent i wiceprezydent Sudanu - wspólnie przejęli władzę, Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie ściśle współpracowały, aby wzmocnić ich reżim. Jednak po tym, jak dwa lata później SAF i RSF zwróciły się przeciwko sobie, oba państwa Zatoki Perskiej opowiedziały się po przeciwnych stronach konfliktu.
Zjednoczone Emiraty Arabskie uważają, że sudańska armia jest zbyt blisko związana z Iranem i zbyt zależna od islamistów, takich jak ci, którzy cieszyli się przychylnością Omara al-Baszira, dyktatora Sudanu rządzącego przez trzy dekady aż do 2019 roku.
Od ponad 10 lat Zjednoczone Emiraty Arabskie budują sieć sojuszników w całym regionie, w tym w Somalii, Jemenie i Libii, aby umocnić swoją pozycję w rejonie Morza Czerwonego i realizować swoje interesy gospodarcze. RSF są jednym z najważniejszych ogniw tej sieci.
Arabia Saudyjska i Egipt nie dopuszczają scenariusza, w którym SAF zostałyby zmuszone do oddania władzy w Chartumie. Egipt utrzymuje bliskie związki z sudańską armią jeszcze od czasów kolonialnych.
- Musimy wyraźnie odróżnić armię, która reprezentuje legalne władze państwa, od nielegalnej milicji RSF - mówi Rayed Krimly, saudyjski wiceminister ds. dyplomacji publicznej. Podczas listopadowej wizyty w Białym Domu saudyjski książę koronny Muhammad bin Salman wezwał Donalda Trumpa do rozszerzenia amerykańskich sankcji wobec RSF.
Wypracowanie wspólnego stanowiska w takich warunkach mogłoby stanowić wyzwanie nawet dla bardziej doświadczonego negocjatora, dysponującego większym zapleczem niż Massad Boulos - teść Tiffany Trump, córki Donalda Trumpa - i głównego wysłannika prezydenta USA w tych negocjacjach. Za jego kadencji polityka Stanów Zjednoczonych wobec Sudanu popadała z jednej skrajności w drugą.
Na początku tego roku USA nałożyły sankcje na część przywódców RSF oraz powiązane z nimi przedsiębiorstwa. W marcu islamiści związani z SAF, określani przez Departament Stanu jako "sudańskie Bractwo Muzułmańskie", zostali uznani za organizację terrorystyczną wspieraną przez irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Z kolei 20 lipca USA nałożyły na Sudan kolejne sankcje w związku z doniesieniami, że SAF użyły w 2024 roku broni chemicznej.
Sytuacja bez wyjścia. Stawkę podwyższa wojna w Iranie
- Amerykanie stracili zainteresowanie i nie mają wystarczających zasobów, by się tym zajmować - mówi mediator z innego kraju. Jak dotąd USA nie zdołały też wykorzystać na swoją korzyść wojny, którą rozpoczęły przeciwko Iranowi. Nadzieje, że wspólne zagrożenie odwetem ze strony Iranu skłoni państwa Zatoki Perskiej do pogodzenia się, okazały się jak dotąd płonne.
W sytuacji, gdy wspierani przez Iran jemeńscy Huti atakują saudyjskie tankowce, rywalizacja o wpływy nad Morzem Czerwonym może się jeszcze zaostrzyć.
- Ostatecznie liczy się wybrzeże Sudanu, a w kontekście wojny z Iranem ma jeszcze większe znaczenie niż kiedykolwiek - mówi Kate Almquist Knopf, była amerykańska urzędniczka pracująca w Sudanie.
Niewykluczone jednak, że państwa Zatoki Perskiej wspierające obie strony konfliktu w końcu zdadzą sobie sprawę, że stabilniejszy Sudan leży w ich wspólnym interesie.
Obecnie Arabia Saudyjska stara się zmienić propozycję grupy Quad. Zamiast planu, który zakłada wycofanie SAF i RSF z części miast oraz utworzenie tam bezpiecznych stref dla ludności cywilnej i pomocy humanitarnej, Rijad chce, by pierwszym krokiem było jednostronne wycofanie się RSF z niektórych miejsc. SAF z kolei zabiegają o bezpośrednie rozmowy między generałem al-Burhanem a Muhammadem ibn Zajedem, prezydentem Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
- Musimy dowiedzieć się, czego chcą Emiratczycy - mówi Malik Agar, drugi najważniejszy człowiek w juncie generała al-Burhana.
SAF prawdopodobnie przywiązuje zbyt dużą wagę do negocjacji ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi jako sposobu na obejście RSF. Siły Dagalo dysponują jednak zarówno środkami, jak i wolą do kontynuowania walki na własną rękę.
Na razie są to zresztą rozważania czysto hipotetyczne. Jak twierdzi Agar, już pięć razy odrzucono próby zorganizowania spotkania w celu omówienia, w jakim stopniu Zjednoczone Emiraty Arabskie byłyby gotowe pójść na kompromis w sprawie swoich interesów w Sudanie. Bezpośrednie rozmowy z SAF oznaczałyby, że Emiraty pośrednio uznałyby armię za równorzędnego partnera.
Trudno sobie wyobrazić zakończenie walk bez bezpośrednich rozmów obu stron. Problem w tym, że takie negocjacje mogłyby jednocześnie pogłębić podziały wśród członków koalicji każdej ze stron.
Po stronie SAF są zarówno islamiści związani z reżimem Baszira, jak i rebelianci z Darfuru, którzy kiedyś z nim walczyli. Napięcia między nimi narastają. Połączone Siły Ochronne Darfuru, ugrupowanie złożone z byłych rebeliantów, które walczyło u boku SAF w Al-Faszir, "nie są już tak silnym sojusznikiem jak wcześniej" - mówi Adam Abdel-Rahman Ahmed, były komisarz ds. gruntów w Darfurze.
Z kolei w szeregach RSF znajdują się najemnicy zwabieni perspektywą łupów. Gdy nie będzie już czego grabić i o co walczyć, formacja ta może rozpaść się na rywalizujące ze sobą gangi.
Letni monsun zwykle przynosi przerwę w walkach, a to mogłoby stworzyć okazję do oceny sytuacji. W tym roku jednak pora deszczowa się opóźnia; jeśli rozwijające się zjawisko klimatyczne El Niño jeszcze bardziej ograniczy opady, walki mogą trwać dalej, nawet gdy nieurodzaj zacznie zagrażać ludności. Trudno w tej sytuacji o optymizm.
Agar najbardziej obawia się, że wojna stanie się codziennością. W obskurnym obozie pod Kosti Ali ma bolesne powody, by sądzić, że już tak się stało.
Tekst przetłumaczony z "The Economist" © The Economist Newspaper Limited, London, 2026
Tłumaczenie: Monika Bortnowska
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji.











