"The Economist": Wojna w Iranie to spektakularny sukces sił powietrznych
Na poziomie politycznym amerykańscy oficjele przedstawiają wątpliwe i nieraz sprzeczne uzasadnienia wojny w Iranie. Tymczasem sama kampania wojskowa pokazuje staranne planowanie, ogromną siłę ognia i miażdżące sukcesy.

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski "The Economist", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
4 marca pilot izraelskich sił powietrznych został pierwszym od ponad 40 lat członkiem tej formacji, który zaliczył zestrzelenie w walce powietrze-powietrze. Trudno jednak mówić o równych szansach. Jego F-35 - jeden z najbardziej zaawansowanych samolotów bojowych na świecie - strącił irańskiego Jaka-130, maszynę pierwotnie zaprojektowaną jako samolot szkoleniowy.
- Bijemy ich, gdy już leżą - oświadczył Pete Hegseth, amerykański sekretarz wojny. - I dokładnie tak powinno być - dodał.
To skrajnie jednostronne starcie dobrze oddaje całą amerykańsko-izraelską kampanię. Na poziomie politycznym amerykańscy urzędnicy przedstawiają wątpliwe i nieraz sprzeczne uzasadnienia wojny, a jej cele zmieniają się z dnia na dzień. Tymczasem sama kampania wojskowa pokazuje staranne planowanie, ogromną siłę ognia i miażdżące sukcesy.
Atak USA na Iran. Pierwsze użycie torpedy od 1945 roku
W nagraniu opublikowanym 3 marca admirał Brad Cooper, dowódca Centralnego Dowództwa Pentagonu (CENTCOM) odpowiedzialnego za operacje wojskowe na Bliskim Wschodzie, twierdził, że w ciągu czterech dni Stany Zjednoczone zaatakowały prawie 2 tys. celów, w tym 17 jednostek pływających, wśród nich okręt podwodny.
Również 3 marca amerykański okręt podwodny miał zaatakować i zatopić irańską fregatę w pobliżu wód Sri Lanki, około 3 tys. km od Iranu - byłoby to pierwsze użycie przez USA torpedy od 1945 roku.
Pierwszy dzień wojny był "niemal dwukrotnie większy" niż amerykański atak "shock and awe" (chodzi o doktrynę "szok i przerażenie" - przyp. Interia) na Irak w 2003 roku - powiedział admirał Cooper.
Bombardowania Izraela są jeszcze intensywniejsze. Według Sił Obronnych Izraela (IDF) kraj ten uderza w około tysiąc celów dziennie, a tempo to jest możliwe dzięki amerykańskim latającym cysternom, które uzupełniają paliwo w izraelskich samolotach.
"Bezczelność" USA i Izraela
Gotowość USA i Izraela do rozpoczęcia wojny w biały dzień, 28 lutego, wynikała z możliwości zabicia ajatollaha Alego Chameneiego, najwyższego przywódcy Iranu. Ta bezczelność odzwierciedla fatalny stan irańskiej obrony przeciwlotniczej, w dużej mierze zdemonstrowanej podczas ubiegłorocznej 12-dniowej wojny.
Po pierwszej fali uderzeń - przeprowadzonych, by zachować element zaskoczenia, przy użyciu pocisków dalekiego zasięgu odpalanych z samolotów niskiej wykrywalności (stealth) oraz odległych okrętów - USA i Izrael zdołały już wprowadzić swoje maszyny nad cele. To pozwala im używać tańszych i liczniejszych bomb kierowanych zamiast opierać się na rzadkich, drogich środkach rażenia "stand-off" odpalanych spoza zasięgu obrony.
- Mamy niemal nieograniczone zapasy - przechwalał się Hegseth.
Izraelscy oficerowie żartują, że w odróżnieniu od wcześniejszych uderzeń na Iran to "wojna po angielsku" - planowana w ścisłej synchronizacji z USA.
Rozmowy zaczęły się zeszłego lata, po tzw. wojnie 12-dniowej, ale wspólne plany uderzeń dopracowano po tym, jak w styczniu Pentagon odwiedził Ejal Zamir, szef sztabu IDF.
Oba państwa podzieliły Iran na duże strefy, które nazywają obszarami operacji przeciw pociskom balistycznym (ballistic-missiles operation areas, BMOA). Izrael odpowiada za zachodni i centralny Iran, w tym Teheran; USA biorą na siebie południowy Iran oraz przyległe akweny. Izrael operuje głównie nad Syrią; Amerykanie - głównie z baz w Jordanii oraz z lotniskowca USS Abraham Lincoln na Morzu Arabskim i USS Gerald Ford na Morzu Śródziemnym.
Choć oba kraje atakują wyrzutnie rakiet ("setki" - według admirała Coopera), taki podział zadań jest jedną z przyczyn, dla których Izrael skupił się na celach "reżimowych". Należały do nich m.in. posiedzenie Zgromadzenia Ekspertów - organu wybierającego najwyższego przywódcę - 3 marca, a także paramilitarne formacje Basidż 4 marca. Z kolei USA skoncentrowały się na irańskiej marynarce.
Podział odzwierciedla również różny apetyt na ryzyko - mówi Martin Sampson z think tanku IISS, były marszałek lotnictwa RAF. Izrael jest skłonny wysyłać jednosilnikowe samoloty głęboko nad Iran, gdzie zespołom poszukiwawczo-ratowniczym trudno byłoby odzyskać zestrzelonych pilotów.
Zaplanowane fazy wojny w Iranie
Plany wojenne zakładają kilka faz. Dwie już wdrożono. Pierwsza to uderzenie otwierające 28 lutego. Druga obejmowała kolejne 100 godzin, gdy Izrael zaatakował cele najwyższego priorytetu z obawy, że prezydent Donald Trump może szybko zakończyć wojnę. Trzecia faza, obejmująca cele o niższym priorytecie, trwa obecnie.
Planiści twierdzą, że lista amerykańskich i izraelskich celów wystarczy na cztery-pięć tygodni działań - o takim horyzoncie wspominał też Trump.
- Teraz zaczniemy poszerzać działania w głąb lądu - powiedział generał Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA, występując 4 marca u boku Hegsetha.
Większość celów nuklearnych jest przewidziana na późniejszy etap konfliktu. Wynika to częściowo z faktu, że - wbrew wprowadzającym w błąd twierdzeniom amerykańskich urzędników - Iran niewiele zrobił z tymi obiektami od ubiegłorocznej wojny, poza usypaniem ziemi na kraterach po bombach.
Mimo to 3 marca Izrael oświadczył, że zaatakował kompleks Min Zadai na północno-wschodnich obrzeżach Teheranu, który - jak twierdzi - był tajnym obiektem związanym z rozwojem broni jądrowej.
"Bank celów" obejmuje nie tylko kolejne instalacje rakietowe i nuklearne, lecz także siedziby Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej w całym Iranie - wyraźny sygnał, że celem jest zarówno osłabienie możliwości wojskowych, jak i doprowadzenie do upadku reżimu.
Pojawiły się jednak poważne błędy. W uderzeniu na szkołę dla dziewcząt 28 lutego zginęło ponad 160 osób. USA informują, że sprawa "jest badana".
Jednak generalnie wojna przebiega zgodnie z planem. - To niezwykle dobrze zintegrowana i przemyślana, celowa kampania - mówi Sampson, który wcześniej dowodził brytyjskimi operacjami lotniczymi przeciwko Państwu Islamskiemu w Syrii i Iraku.
Jak dodaje, wojna może wkrótce przejść od w dużej mierze wcześniej zaplanowanych i przeważnie statycznych celów do tego, co planiści nazywają celami "dynamicznymi" - w tym do nowych obiektów, które nie zostały zidentyfikowane przed rozpoczęciem konfliktu.
Pomóc ma decyzja Wielkiej Brytanii o udzieleniu USA zgody na wykorzystanie Diego Garcia - kluczowej bazy lotniczej na Oceanie Indyjskim. Startując stamtąd, a nie z kontynentu amerykańskiego, USA mogą zwiększyć tempo nalotów, częściej wykorzystywać te same załogi i sięgać po duże zapasy uzbrojenia zgromadzone na wyspie. Amerykańskie bombowce mogą wówczas realizować "zaplanowane" uderzenia - mówi Sampson - a myśliwce będą mogły "poruszać się znacznie swobodniej i zyskać więcej taktycznej elastyczności", by atakować cele wykryte przez drony i samoloty rozpoznawcze. Te prawdopodobnie zaczną operować dalej na wschód, bliżej Iranu.
AI podpowiedziała Amerykanom, gdzie uderzyć
Już teraz wojna stała się pokazem nowej, egzotycznej i nietypowej broni.
Z "dolnej półki" USA po raz pierwszy użyły LUCAS-a - to stosunkowo tani dron o dużym zasięgu. Ironiczne, że miałby latać nad Iranem, skoro LUCAS jest amerykańską kopią irańskich pocisków Shahed-136 używanych przez Rosję w Ukrainie. Jednak zwolennicy koncepcji "precyzyjnej masy" - czyli większego oparcia Pentagonu na taniej amunicji w dużych ilościach - są zadowoleni.
Z "górnej półki" USA po raz pierwszy użyły też balistycznych pocisków PrSM. Te rakiety o zasięgu 500 km, odpalane z wyrzutni HIMARS w Bahrajnie, nie mogłyby zostać legalnie zbudowane i rozmieszczone, gdyby Trump w swojej pierwszej kadencji nie wypowiedział Rosji traktatu INF (o likwidacji pocisków pośredniego zasięgu). A w uderzeniu otwierającym, wymierzonym w Chameneiego i jego gabinet, Izrael miał użyć dużej liczby balistycznych pocisków odpalanych z powietrza; to nietypowa kategoria uzbrojenia, którą - poza Izraelem - dysponują jedynie Chiny i Rosja.
Dodatkowo USA miały użyć Claude'a, modelu sztucznej inteligencji, do przetwarzania informacji wywiadowczych, wyboru celów i prowadzenia symulacji wojskowych - na dodatek w czasie ostrego politycznego sporu z firmą Anthropic, twórcą tego modelu.
USA i Izrael idą jak burza. Co nie znaczy, że osiągną cel
Jak dotąd USA i Izrael odnotowują znaczące sukcesy operacyjne. Irańskie przywództwo polityczne jest w rozsypce, a kolejny najwyższy przywódca - wśród kandydatów wymienia się syna Chameneiego, Modżtabę - również ma znaleźć się na liście celów do likwidacji.
Generał Caine powiedział, że użycie pocisków balistycznych przez Iran spadło o 86 proc. w porównaniu z pierwszym dniem wojny, a tylko między 3 a 4 marca zanotowano spadek o 23 proc. Ataki dronów - dodał - spadły o 73 proc.
Najważniejsze być może jest jednak to, że izraelskie źródła wywiadowcze wskazują, iż irańscy żołnierze, policjanci oraz członkowie IRGC nie stawiają się do służby.
Mimo wszystko wyniszczanie sił przeciwnika - choćby miało skalę przytłaczającą i było bardzo skuteczne - w żadnym razie nie gwarantuje upadku reżimu, który jest kluczowym celem wojennym Izraela i jednym z nieustannie zmienianych celów Trumpa.
Tekst przetłumaczony z "The Economist"© The Economist Newspaper Limited, London, 2026
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji










