"The Economist": Wenezuela po Maduro. Poprawa, ale jeszcze nie triumf
Represje w Wenezueli wyraźnie osłabły, a gospodarka tego kraju może się gwałtownie odbić. "The Economist" prosto z Caracas opisuje, jak wygląda sytuacja państwa dysponującego największymi złożami ropy naftowej na świecie cztery miesiące po schwytaniu przez USA dyktatora Nicolasa Maduro.

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski "The Economist", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
"Wolność, wolność, wolność" - skandują ludzie zgromadzeni w wypełnionej po brzegi sali
w Ocumare del Tuy - mieście oddalonym o godzinę jazdy samochodem od stolicy Wenezueli, Caracas. Setki zwolenników liderki opozycji i laureatki Nagrody Nobla Marii Coriny Machado triumfują.
Jeszcze parę miesięcy temu takie zgromadzenie było nie do pomyślenia. Wiwatujący organizatorzy byli wcześniej w więzieniach lub żyli w ukryciu. Sprawujący od 12 lat władzę dyktator Nicolas Maduro skutecznie rozprawił się z dysydentami. Nikt nie odważyłby się na takim zgromadzeniu pojawić, a co dopiero rozwiesić balony.
Wszystko zmieniło się 3 stycznia, gdy amerykańskie siły specjalne schwytały Maduro w dramatycznej operacji.
"Już się nie boimy" - cieszy się uczestnik wydarzenia Juan Diaz. "Jesteśmy pełni radości i chętni do dalszej walki" - dodał. Daleko stąd, w Waszyngtonie, Machado żarliwie potwierdza. "Wenezuela będzie wkrótce wolna" - zapewnia "The Economist".
Także Donald Trump jest wniebowzięty. "Wenezuela udała się tak niewiarygodnie dobrze" - zachwycał się niedawno. Jego optymizm dotyczy jednak bardziej interesów niż polityki. Jak z przekonaniem prognozował w styczniu, wielkie koncerny naftowe wkrótce zaczną inwestować miliardy w Wenezueli i czerpać z tego pokaźne zyski. Machado również przewiduje dobrobyt: "Nastąpi rozkwit ogromnych możliwości dla wszystkich".
Jednak od czasu uprowadzenia Maduro władzę w kraju sprawuje jego zastępczyni, Delcy Rodriguez - za przyzwoleniem Donalda Trumpa i pod warunkiem stosowania się do jego poleceń. Sekretarz stanu USA Marco Rubio wielokrotnie zapewniał, że wolne wybory
w Wenezueli się odbędą, ale nie powiedział kiedy. Mimo zapowiedzi Trumpa o wielkich inwestycjach w sektorze naftowym na razie niewiele wskazuje, by miały one się ziścić.

Wenezuela jak mityczna Atlantyda?
Wenezuela ma za sobą 27 lat chawizmu - początkowo populistycznej odmiany socjalizmu, która stopniowo przekształciła się w represyjną kleptokrację. Reżim nazwany "na cześć" swojego twórcy Hugo Chaveza doprowadził gospodarkę do ruiny
i skłonił około jedną czwartą ludności, czyli blisko osiem milionów osób, do emigracji
w poszukiwaniu lepszego życia.
Choć od stycznia represje złagodniały, a nadzieje na poprawę sytuacji gospodarczej są duże, przyszłość Wenezueli rysuje się znacznie mniej jasno, niż sugerują zarówno opozycja, jak i Donald Trump.
Entuzjazm wokół Wenezueli ociera się chwilami o egzaltację. Rodrigo Naranjo z banku inwestycyjnego VIPCapital twierdzi, że jeden z amerykańskich inwestorów powiedział mu niedawno: "To tak, jakby z oceanu nagle wynurzyła się Atlantyda".
W ekskluzywnym Caracas Country Club nastrój przy lśniącym basenie jest wyraźnie optymistyczny. Jak twierdzi Naranjo, niemal z dnia na dzień wartość prywatnych firm wzrosła o około 20 proc. "Wenezuela pozytywnie zaskoczy" - uważa z kolei Charles Myers
z amerykańskiej firmy doradczej Signum Global Advisors, która niedawno zabrała
do Caracas 55 inwestorów. Jego zdaniem Delcy Rodriguez wprowadza reformy przyjazne inwestorom w "zawrotnym tempie".
Podekscytowanie wyprzedza rzeczywistość. Jak mówi jeden z miejscowych przedsiębiorców, jedynymi firmami, które faktycznie dokonują jakichkolwiek inwestycji, są przedsiębiorstwa wenezuelskie, przygotowujące się na pojawienie się nowych konkurentów. Natomiast większość dużych koncernów międzynarodowych wciąż obawia się praktyk chawizmu, takich jak drenowanie zagranicznych inwestorów.
Pomiędzy tymi dwiema grupami znajdują się konglomeraty z Ameryki Łacińskiej oraz część firm z sektora naftowo-gazowego. Te podmioty ustawiają się już w kolejce po kontrakty, lecz jeszcze ich nie podpisują - chcą mieć pewność, że będą mogły działać bez przeszkód i swobodnie transferować zyski.
Trump pragnie "czarnego złota"
Największe zainteresowanie budzi ropa naftowa, gaz i górnictwo. Reżim - na życzenie Donalda Trumpa - od stycznia przyjął przepisy liberalizujące inwestycje we wszystkich trzech sektorach.
Shell, jeden z największych koncernów naftowych, podpisał wstępne porozumienia dotyczące eksploatacji złóż gazu. Konkurencyjny Chevron przekazał w tym tygodniu część morskich pól naftowych i gazowych państwowej spółce PDVSA w zamian za większy udział w projektach wykorzystujących ogromne zasoby ciężkiej (bitumicznej) ropy Wenezueli.
Łącznie - jak mówi prawnik obsługujący sektor - można wskazać około 20 przypadków, głównie w branży surowcowej, w których zagraniczni inwestorzy złożyli rządowi oferty dotyczące konkretnych aktywów. Na razie jednak żadne środki nie zostały jeszcze faktycznie zaangażowane.
Trumpa obchodzi przede wszystkim ropa naftowa. Wenezuela dysponuje największymi na świecie zasobami tego surowca (choć w dużej mierze jest to mniej wartościowa, ciężka, bitumiczna ropa) i pod koniec lat 70. wydobywała niemal 4 mln baryłek dziennie. W ubiegłym roku produkcja wynosiła jednak zaledwie około 1 mln baryłek dziennie.
Cała ropa wciąż musi być wydobywana w partnerstwie z państwowym koncernem PDVSA lub na jego zlecenie. Obecni producenci mogliby zwiększyć wydobycie do końca roku do około 1,3 mln baryłek dziennie. Potem jednak zaczynają się trudności. Infrastruktura naftowa kraju jest zrujnowana i doświadcza częstych przerw w dostawach prądu. Aby osiągnąć poziom 3 mln baryłek dziennie, potrzebne byłyby ogromne nakłady inwestycyjne - według firmy doradczej Rystad aż 183 mld dolarów.
Na drodze do takiego napływu kapitału stoją poważne przeszkody. Pierwszą z nich jest po prostu kwestia zapłaty. Pięć wielkich koncernów naftowych, które łącznie odpowiadają za około jedną trzecią wydobycia w Wenezueli, korzysta z wyjątku od amerykańskich sankcji - mogą sprzedawać wydobywaną ropę i zatrzymywać swoją część zysków, a resztę wpływów przekazywać do Departamentu Skarbu USA.
Dochody ze sprzedaży większości pozostałych firm, w tym PDVSA, trafiają natomiast bezpośrednio do amerykańskiego skarbu państwa, który następnie nadzoruje wszystkie wypłaty. Każda z nich wiąże się z gąszczem formalności i kontroli zgodności z przepisami. Nawet gdy PDVSA uzyskuje w ten sposób dostęp do środków, musi jeszcze terminowo regulować należności wobec wykonawców, dostawców i partnerów w spółkach joint venture - a z tym nie radziła sobie najlepiej.

Powstałe w ten sposób opóźnienia są na tyle dotkliwe, że według doniesień część firm wstrzymała wydobycie, choć 14 kwietnia Stany Zjednoczone zniosły większość sankcji wobec banku centralnego Wenezueli, co powinno ograniczyć część biurokratycznych barier.
Tymczasem - jak mówi menedżer z branży energetycznej w Caracas - produkcję zwiększają wyłącznie te przedsiębiorstwa, które dysponują jednym z owych "magicznych" wyjątków. Wnioski o przyznanie nowych zdają się jednak posuwać naprzód równie wolno jak same przepływy pieniężne.
Jeszcze więcej znaków zapytania
Inny problem dotyczy wszystkich firm naftowych. Niedawne reformy wprowadziły przedziały stawek opłat licencyjnych i podatków dla projektów energetycznych. Niższe wartości z tego zakresu mogłyby uczynić inwestycje w Wenezueli konkurencyjnymi, lecz wyższe - już nie, ostrzega Mike Wirth, prezes Chevronu.
Co gorsza, rząd nie wyjaśnił, w jakich okolicznościach obowiązywałyby niższe stawki. Ustalenie nowych warunków dla około 70 firm już działających w Wenezueli zajmie znacznie więcej czasu niż przewidziane w ustawie 180 dni. Niewiele przedsiębiorstw zdecyduje się na nowe inwestycje, dopóki nie będzie wiadomo, jakie podatki przyjdzie im płacić.
Poza tym wielu zagranicznych inwestorów pozostaje głęboko sceptycznych wobec przywiązania władz do praworządności. Koncerny naftowe, takie jak ExxonMobil, wielokrotnie w ciągu ostatnich lat traciły w Wenezueli swoje aktywa w wyniku konfiskat. Sądy krajowe nie zapewniały im ochrony, a wsparcie międzynarodowego arbitrażu było niedostępne albo ignorowane.
16 kwietnia hiszpański koncern naftowy Repsol ogłosił porozumienie z rządem w sprawie rozszerzenia swojej działalności w Wenezueli, które obejmuje mechanizm gwarantujący płatności - potencjalny sposób na złagodzenie tego rodzaju obaw.
Najwyższa inflacja na świecie
Bez większych inwestycji większość Wenezuelczyków nie odczuje wyraźnej poprawy sytuacji gospodarczej. "Inflacja pożera nas żywcem" - skarży się nauczycielka. W lutym sięgnęła 618 proc., co było najwyższym poziomem na świecie.
Kurs walut codziennie przyprawia o ból głowy. "Dolar wciąż rośnie" - mówi Carlos, który prowadzi niewielki sklep w Petare, jednym ze slumsów w Caracas. "Nie mamy żadnej stabilności" - dodaje.
Źródłem wzrostu cen jest nawyk władz polegający na finansowaniu wydatków poprzez dodruk pieniądza przez bank centralny. Według szacunków firmy doradczej Síntesis Financiera z Caracas w zeszłym roku w ten sposób pokryto jedną trzecią wydatków państwa.
Rosnące dochody budżetowe dzięki większemu wydobyciu ropy i jej wyższym cenom powinny nieco złagodzić ten problem, choć z pewnością go nie wyeliminują.

Każdy napływ dolarów powinien również zmniejszyć presję na boliwara, lokalną walutę, oraz zredukować różnicę między oficjalnym kursem a rynkowym. Wszystko wskazuje na to, że tak się dzieje: w ciągu ostatnich sześciu tygodni tempo deprecjacji boliwaru wyraźnie spadło.
Wenezuelski ekonomista Asdrubal Oliveros przewiduje, że inflacja obniży się do około 150 proc. jeszcze w tym roku. To wymowne świadectwo fatalnego dorobku chawizmu, skoro taki wynik można uznać za dobrą wiadomość.
Gospodarka, która od 2013 roku skurczyła się o 70 proc., dysponuje tak dużymi niewykorzystanymi zasobami, że możliwy jest gwałtowny wzrost. Dochody z ropy, rosnące zaufanie oraz zwiększenie akcji kredytowej mogłyby znacząco poprawić sytuację. Oliveros ocenia, że PKB może wzrosnąć w tym roku o 12 proc., wobec około 2,4 proc. w ubiegłym roku.
"Praworządność ma kluczowe znaczenie w średnim okresie" - przekonuje jeden z przedsiębiorców. "Ale nawet przy obecnym jej stanie moglibyśmy podwoić wielkość gospodarki" - dodaje.
Amerykanów demokracja nie interesuje
Perspektywy polityczne są równie niejednoznaczne. Trumpa interesuje ropa, a nie wybory. Prezydent USA chwalił Delcy Rodríguez, nazywając ją "świetną osobą", która "wykonuje znakomitą robotę". Jednak - jak z rezygnacją zauważa jeden z zachodnich dyplomatów - amerykańscy dyplomaci w Caracas "w ogóle nie koncentrują się na kwestiach demokracji".
Choć Delcy Rodriguez zdymisjonowała część popleczników reżimu i wprowadziła do rządu kilku technokratów, około połowy składu jej gabinetu stanowią osoby odziedziczone po rządach Maduro. Nowy minister obrony ma krwawą kartę jako były szef służb wywiadowczych.
Około 480 więźniów politycznych nadal pozostaje za kratami. Przed El Helicoide - owianym złą sławą więzieniem w Caracas, kojarzonym z naruszeniami praw człowieka - zdesperowane rodziny gromadzą się na czuwaniach przy świecach, trzymając zdjęcia swoich bliskich i skandując: "Justicia, justicia y libertad" ("Sprawiedliwość, sprawiedliwość
i wolność").
Rząd uchwalił ustawę o amnestii, jednak wymaga ona, by zainteresowani ubiegali się o jej zastosowanie przed tym samym wymiarem sprawiedliwości, który wcześniej ich skazał. Co więcej, ustawa wprost wyklucza osoby, które zachęcały obce państwa do użycia siły wobec Wenezueli - zapis ten wydaje się wymierzony w Marię Corinę Machado i jej sojuszników.
Reżim już wcześniej wykorzystywał amnestię jako zabieg czysto wizerunkowy, by po pewnym czasie ponownie aresztować te same osoby. "Otrzymałem już trzy amnestie" - wzdycha Americo De Grazia, były deputowany do Zgromadzenia Narodowego, który skorzystał z nowego prawa.
Niektórym znaczącym postaciom życia politycznego odmówiono amnestii. Perkins Rocha, prawnik Marii Coriny Machado, został wprawdzie zwolniony w lutym po blisko 18 miesiącach więzienia, ale nadal pozostaje w areszcie domowym.
Przed jego mieszkaniem przez całą dobę koczują dwaj policjanci - na zmianę drzemiąc
i oglądając YouTube'a. Co trzy godziny, bez wyjątku, dobijają się do drzwi, domagając się możliwości zrobienia mu zdjęcia, które następnie przesyłają przełożonym.

Reżim zbywa rozmowy o liberalizacji politycznej, przekonując, że na razie należy skupić się na gospodarce. "Największym błędem w przeszłości było przystępowanie do wyborów bez uprzedniego porozumienia politycznego" - mówi Ana Maria Sanjuan, nowa minister szkolnictwa wyższego.
Jak podkreśla, potrzebny jest konsensus obejmujący kwestie "gospodarcze, społeczne
i polityczne". Dopiero potem powinno się przeprowadzić wybory. Brzmi to jak recepta na nieograniczone odkładanie spraw na później.
Niemniej zwolniono około 700 więźniów politycznych. Jak zauważa Alfredo Romero
z Foro Penal, organizacji strażniczej zajmującej się monitorowaniem prawa, to bezprecedensowa sytuacja w ciągu 27 lat - zarówno ze względu na samą skalę, jak i fakt, że nie było to częścią żadnego wyraźnego porozumienia oraz że nie towarzyszyły temu liczne nowe aresztowania.
Co więcej, reżim toleruje demonstracje i marsze polityczne. W styczniu i lutym odbyło się ponad 1200 protestów. "Jesteśmy zdeterminowani, by nie schodzić z ulic" - mówi Yriana Aular, emerytowana nauczycielka uczestnicząca w marszu w Caracas.
Choć trzeba zaznaczyć, że reżim zorganizował kontrmanifestację, by storpedować tę,
w której uczestniczyła Aular. Rozgadani konferansjerzy, przemawiający przez potężne głośniki, podkręcali atmosferę wśród tysięcy pracowników sektora publicznego, przybyłych na miejsce autobusami. Uczestnicy mieli na sobie stroje reprezentujące niemal wszystkie możliwe instytucje państwowe - od regulatora telekomunikacyjnego po Wenezuelski Komitet Paraolimpijski.
"Kazano nam przyjść. Nie wiem nawet, o co tu chodzi" - dziwi się Lilian, nauczycielka. Pomimo tego autorytarnego charakteru sytuacja wciąż daleka jest od masowych aresztowań czy rozpędzania protestów przez uzbrojone bojówki na motocyklach, co jeszcze przed styczniem było normą.
Rząd, w którym - jak się wydaje - ścierają się skrzydła bardziej ugodowe i twardogłowe, rozważa kroki mające rozładować presję na otwarcie polityczne. Jednym z pomysłów jest dopuszczenie opozycji do udziału w rządzeniu w jakiejś formie.
Enrique Marquez, były kandydat na prezydenta i więzień polityczny, który w lutym pojawił się w Waszyngtonie na orędziu o stanie państwa wygłoszonym przez Trumpa, uważa, że rząd jedności narodowej "byłby bardzo interesujący" - pod pewnymi warunkami.
Sanjuan, nowa minister szkolnictwa wyższego, mówi, że władze chciałyby włączyć część przedstawicieli opozycji do rządu, wyklucza jednak pełny podział władzy.

Przedstawiciele reżimu mówią o wyborach tak, jakby miały się one kiedyś odbyć - zapewne pod naciskiem Stanów Zjednoczonych. "Pani prezydent nigdy nie miała w zamyśle porzucenia procesu wyborczego" - przekonuje Sanjuan.
Poseł opozycji Stalin Gonzalez uważa, że rząd próbuje kupić sobie czas, by sytuacja gospodarcza nieco się poprawiła. Następnie - jak przewiduje - uruchomi populistyczną falę wydatków i będzie liczył na minimalne zwycięstwo przy urnach.
Rodriguez już zapowiada podwyżkę płacy minimalnej, mimo fatalnej kondycji finansów publicznych. Sprzyja jej to, że nawet Maria Corina Machado przyznaje, iż niezbędna reforma prawa wyborczego zajęłaby co najmniej dziewięć miesięcy. Inni politycy opozycji uważają, że potrzeba na to jeszcze więcej czasu.
Znamiennym jest fakt, że Jorge Rodriguez, brat pani prezydent i przewodniczący Zgromadzenia Narodowego, zasugerował możliwość przyznania immunitetu jako sposobu na skłonienie władz do dopuszczenia wyborów. Jak stwierdził w rozmowie z hiszpańskim dziennikiem "El Pais", błędem wcześniejszych negocjacji z opozycją było to, że "nie określono, jakie gwarancje będziemy mieć po określonym wydarzeniu - czy to społecznym, politycznym, gospodarczym czy wyborczym".
Minister Sanjuan powołuje się na politologa Adama Przeworskiego, argumentując: "Nie można iść do wyborów, jeśli ma się bardzo wiele do stracenia".
Machado, dotąd sceptyczna wobec amnestii dla sprawców represji w Wenezueli, zdaje się zmieniać stanowisko. Nadal podkreśla znaczenie sprawiedliwości, ale zaznacza: "Odrzucamy zemstę… Musimy iść naprzód ku procesowi, w którym będą gwarancje
i konieczne okażą się pewne kompromisy".
Wypracowanie porozumienia, któremu zaufałyby obie strony, byłoby jednak niezwykle trudne. Gonzalez twierdzi, że przywódcy reżimu oddadzą władzę jedynie takim osobom, których nie uznają za zagrożenie dla własnej wolności. Nie uważa, by Machado spełniała ten warunek. "Reżim rysuje na niej czerwoną linię" - zgadza się zachodni dyplomata.
Wśród elit coraz częściej z aprobatą mówi się o Marquezie jako o "trzeciej drodze" między Machado a Rodriguez, mimo że w wyborach prezydenckich w 2024 roku uzyskał mniej niż 1 proc. głosów. (Opozycja przedstawiła dowody, że wybory z łatwością wygrał jej kandydat - sojusznik Machado - po tym, jak zakazano jej startu, jednak władze po prostu sfałszowały wyniki na korzyść Maduro).
"Teraz albo nigdy"
Machado z irytacją odrzuca takie sugestie. "Oddajmy więc wybór prezydenta Wenezueli
w ręce biznesu, środowiska dyplomatycznego albo samego reżimu" - mówi z ironią. "Tyle by było z demokracji."
Jej zdaniem ci, którzy wzywają ją do ustąpienia na rzecz kandydata opozycji bardziej akceptowalnego dla władz, ignorują wcześniejsze niepowodzenia takiej strategii i w gruncie rzeczy "boją się utraty przywilejów". "Ostatecznie nie boją się mnie - boją się ludzi".
Machado chce wrócić do Wenezueli i postawić reżim w trudnej sytuacji. Trump - obawiając się, że mogłoby to wywołać chaos lub podważyć interwencję, którą tak często się chwalił - namawiał ją, by jeszcze poczekała. Ona jednak wydaje się niechętna dalszemu zwlekaniu. Jak zapowiada, kiedy wróci, zrobi to otwarcie.
W połowie marca w Santiago, stolicy Chile, na spotkanie z nią przyszło około 17 tysięcy Wenezuelczyków. Jej przyjazd do Caracas mógłby zgromadzić ogromne tłumy, stawiając władze przed trudnym wyborem: albo tłumić protesty jej zwolenników w pełnym świetle kamer, albo dopuścić do spektakularnej, publicznej demonstracji własnej niepopularności i bezsilności.
Musimy pokazać światu, że "odkładanie wyborów w czasie niesie ze sobą bardzo poważne ryzyko dla spokoju społecznego" - przekonuje Machado. Zapytana, co może zrobić, by przyspieszyć ich przeprowadzenie, odpowiada: "Uważam, że głos ludzi powinien być słyszany w sposób pokojowy, obywatelski i zdecydowany".
Sugeruje tym samym, że jest gotowa zwiększyć presję na reżim poprzez działania na ulicy.
Na spotkaniu partii Machado w La Vega, ubogiej dzielnicy Caracas, uczestników nie interesują rozważania o tym, jak skłonić reżim do ustąpienia ani ile czasu zajmie przeprowadzenie wiarygodnych wyborów. Wśród zwykłych zwolenników partii panuje po prostu głębokie przekonanie, że to musi być - że to jest - moment, w którym reżim wreszcie upadnie.
"Tak, damy radę!" - wykrzykuje nagle jedna z kobiet na sali. Odpowiadają jej oklaski
i okrzyki poparcia: "Teraz albo nigdy!".
Tekst przetłumaczony z "The Economist" © The Economist Newspaper Limited, London, 2026
Tłumaczenie: Monika Bortnowska
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji










