"The Economist": Rosyjscy turyści muszą pakować manatki. Europa mówi: au revoir
Jak to jest, że obywatele państwa, którego armia bombarduje ukraińskie miasta, mogą bawić się na europejskich plażach i w butikach? Wygląda na to, że turystyczne eldorado Rosjan właśnie się kończy.

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia Bliżej Świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski "The Economist", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
Zanim nastała era tanich linii lotniczych i instagramowej żądzy podróży, Rosjanie podróżowali na Zachód nie w celu odpoczynku, ale oświecenia. W marcu 1697 roku Piotr Wielki wyruszył z Moskwy, by podziwiać widoki m.in. Amsterdamu, Londynu czy Wiednia. Podróżował pod pseudonimem, ale i tak był rozpoznawany przez swój wysoki wzrost i grupę ponad 200 osób towarzyszących.
Podróż cara obejmowała oczywiście wizyty w muzeach i eleganckie bale, ale celem wycieczki było doświadczenie czegoś nieistniejącego w XVII-wiecznej Rosji: nowoczesności.
Imperator w przebraniu spędzał czas, pracując jako stolarz okrętowy w Holandii, poznał najnowsze taktyki prowadzenia wojen na morzu w Portsmouth, a później studiował demokrację w praktyce w Westminsterze.
Informacje o powstaniu w kraju zakończyły wyprawę po niemal 18 miesiącach. Piotr, który podczas swojego pobytu na Zachodzie doświadczył nowoczesności, próbował zmusić do niej również swoich obywateli. Niezwłocznie uznał włosy na twarzy za "zbędne" i nałożył podatek od brody. Niedługo później zgotował mroczniejszy los reszcie Europy: wielką wojnę północną, która pochłonęła na dwie dekady część Skandynawii i Państw Bałtyckich.
Rosyjscy turyści chętnie przyjeżdżają do Europy. UE chce to zmienić
Trzy wieki po podróży Piotra i trzy lata po tym, jak jego samozwańczy następca Władimir Putin rozpoczął własną przedłużającą się wojnę z Ukrainą, rosyjska turystyka do Europy nadal ma się dobrze. Choć może nieco brakuje jej ambicji - wielkie wyjazdy z dawnych czasów zastąpiły skromniejsze wycieczki na plaże Mykonos, szaleństwa zakupowe w Mediolanie i narciarstwo w Courchevel.

W 2024 roku ponad 500 tys. Rosjan otrzymało wizę pozwalającą na wjazd do unijnej strefy Schengen, z czego połowa dostała pozwolenie na wielokrotne wjazdy przez wiele lat. Liczba odwiedzających spadła o 90 proc. względem 2019 roku. Mimo to jest ich zdecydowanie zbyt wielu dla tych Europejczyków, którzy zastanawiają się jak obywatele państwa, którego armia bombarduje ukraińskie miasta, mogą bawić się na europejskich plażach i w butikach.
7 listopada Unia Europejska ogłosiła, że Rosjanom nie będą już przyznawane wizy wielokrotnego wjazdu, co ma zmniejszyć liczbę odwiedzających do zera. To, co dla niektórych jest rozwiązaniem zdroworozsądkowym, dla innych jest błędnym - w tym również dla przeciwników Putina.
Ograniczenia wizowe dla Rosjan. Nie chodzi wcale tylko o bezpieczeństwo
Pozornym powodem decyzji o zaostrzeniu przepisów jest bezpieczeństwo. Oprócz inwazji na Ukrainę Rosja uderza w Europę subtelniejszymi formami agresji. Drony krążące nad lotniskami, statki niszczące kable na Bałtyku, cyberataki i inne wrogie działania wywołują nerwowość w Europie.
Służby bezpieczeństwa mają problem z ewidentnym przypisaniem takich ataków "w szarej strefie" Rosjanom, ale mimo to sensowne jest postrzeganie każdego odwiedzającego z tego kraju jako potencjalnego szpiega, sabotażysty czy propagandysty. Zakończenie wydawania wiz wielokrotnego wjazdu jest sposobem na weryfikację każdej wizyty i rozsądnym środkiem bezpieczeństwa.
Jednak głównym powodem ograniczenia jest moralne oburzenie.
- Rozpoczęcie wojny, a później oczekiwanie swobodnego poruszania się po Europie jest trudne do uzasadnienia - powiedziała Kaja Kallas, jastrzębia Estonka będąca szefową unijnej dyplomacji.
Wraz z innymi politykami ze wschodniej części bloku od dawna opowiadała się ona za zrównaniem wszystkich Rosjan z reżimem, pod którym żyją.
Moskwianie, których stać na zabawę na Ibizie, wspierają putinizm, niezależnie czy są oligarchami, czy zwykłymi członkami klasy średniej lub wyższej. Są naszymi wrogami, dopóki nie udowodnią, że jest inaczej. Wyjątki w ograniczeniach wizowych będą obejmować bliskich obywateli UE, dysydentów i inne osoby, które będą w stanie udowodnić swoją uczciwość.
Każdy Rosjanin wspiera reżim Putina?
Trudno jest się kłócić z argumentem dotyczącym bezpieczeństwa, nawet jeśli zbiry z GRU mają masę fałszywych zachodnich paszportów w swoich teczkach dyplomatycznych o podwójnym dnie (i podobno zatrudniają lokalnych mieszkańców, często za pomocą mediów społecznościowych, by wykonywali za nich brudną robotę). Jednak argument, że wszyscy Rosjanie to putiniści, jest bardziej wątpliwy.
Wasz autor czuł nieprzyjemne uczucie obrzydzenia związane z dzieleniem tarasu paryskiej kawiarni czy alpejskiego wyciągu krzesełkowego z turystami z Rosji, którzy cieszą się beztroskim odpoczynkiem przed (prawdopodobnie) powrotem do swoich dobrze płatnych prac w kraju, które generują dochody z podatków wspierające wojnę Putina. Czy ta inwazja nie jest, przynajmniej w części, również ich winą? Jak mogą się dobrze bawić?
Tak samo nieprzyjemne jest jednak przypisywanie win dyktatury wszystkim 144 milionom mieszkańców, z których część jest pierwszymi ofiarami putinizmu.
Nie tak dawno temu Europa promowała ideę, że zwykli Rosjanie powinni być traktowani inaczej, od reżimu, który w sposób oczywisty ich nie reprezentuje. Oligarchowie i osoby bliskie reżimowi miały być objęte sankcjami, ale zwykli Rosjanie byli potencjalnymi sojusznikami przeciwko Putinowi. Dlaczego nie powitać ich w Europie? Każdy rubel wydany w Mediolanie pozbawia Rosję środków.
Europa izoluje Rosję. "Tego właśnie chce Putin"
Wojna w Ukrainie się przedłuża, więc jastrzębie podejście zwyciężyło. W unijnych kręgach oczekuje się teraz, że rosyjska klasa średnia powinna zrobić "coś więcej", by zdetronizować Putina. Jej bezczynność jest dziś uznawana za kolaborację.
Jednak pociąganie zwykłych Rosjan do odpowiedzialności zbiorowej za działania "ich" przywódcy wiąże się z uznaniem, że mają oni możliwość obalenia go. Powiedzcie to tysiącom osób marniejącym w gułagach za nawet najmniejszą oznakę protestu.

Dlatego też niektóre osoby, mające osobiste doświadczenia z systemem gułagów, sprzeciwiły się ruchowi UE. Julia Nawalna, której mąż Aleksiej zmarł w kolonii karnej w Arktyce, twierdzi, że ograniczenie wizowe odizoluje Rosję od Europy, a to jest dokładnie to, czego chce Putin.
Podobnie jak w przypadku sankcji wymierzonych w reżim, a nie w obywateli, może się okazać, że przeciwnicy Putina staną się przypadkowymi ofiarami tej skądinąd rozsądnej polityki. Jak mogłoby być inaczej?
Europejczykom mówi się, że powinni spodziewać się bezpośredniej konfrontacji z Rosją i to być może już niedługo. Nieodczuwanie niechęci do zwykłych Rosjan to jedno, ale goszczenie ich na urlopach i jednoczesne zwiększanie wydatków na obronność w celu zwalczania zagrożenia z ich kraju to drugie.
Ograniczenie wizyt Rosjan w Europie może oznaczać wrzucenie do jednego worka oprawców i ofiar. Przepraszam (niektórych) Rosjan, ale jakiekolwiek inne rozwiązanie sprawiłoby, że Europejczycy byliby postrzegani jako wyjątkowo naiwni. Przywitamy was wszystkich, gdy wojna się skończy.
Tekst przetłumaczony z "The Economist"© The Economist Newspaper Limited, London, 2025
Tłumaczenie: Krzysztof Ryncarz
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji










