"The Economist": Donald Trump największym przegranym wojny w Iranie
Decyzja o ataku na Iran była fatalna, a Donald Trump pomylił zdolność do zabijania ze zwycięstwem. Przytłaczająca siła ognia pozbawiona strategii jedynie wyczerpuje amerykańskie zasoby. A prezydent USA z powodu wojny traci grunt pod nogami we własnym kraju.

Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu "Interia bliżej świata" publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski "The Economist", z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
Nie z każdej wojny wraca się z tarczą. Ale każda ma co najmniej jednego przegranego
i jeśli - a to znaczące "jeśli" - zawieszenie broni faktycznie położy kres wojnie w Iranie, największym przegranym okaże się Donald Trump. Nie tylko nie osiągnął swoich głównych celów, ale obnażył też płytkość jego wizji nowego modus operandi dla USA.
Pokój jest rozpaczliwie kruchy. Stany Zjednoczone i Iran nie potrafią uzgodnić, czy obejmuje on Liban, który pozostaje intensywnie atakowany przez Izrael (w czwartek uzgodniono tymczasowe zawieszenie broni - przyp. Interia). Trudno oprzeć się wrażeniu, że zagrożenie dla zawarcia szerszego zawieszenia broni jest w pełni zamierzone.
Strony spierają się również o to, na jakich zasadach Iran miałby otworzyć cieśninę Ormuz - jeden z kluczowych warunków wstępnych stawianych przez USA. Ich stanowiska negocjacyjne są przy tym tak odległe, że nie potrafią się porozumieć nawet co do tego, jaki plan mają omawiać podczas rozmów w Islamabadzie.
Trump nie chce już wojny? "Zrozumiał swój błąd"
Najlepszym powodem, by sądzić, że Trump nie wróci na ścieżkę wojenną, jest to, że
w końcu zrozumiał swój błąd - w ogóle nie powinien był tego konfliktu zaczynać.
Jego buńczuczne wpisy, w których demonstracyjnie pręży muskuły i grozi Iranowi całkowitą zagładą, wyglądają raczej jak próba ubrania kapitulacji w kamizelkę kuloodporną.
Trump doskonale wie, że ponowna eskalacja wywołałaby panikę na rynkach, a on sam - jako samozwańczy mistrz szachów 4D - naraziłby się na ośmieszenie, nie osiągnąwszy celu, jakim miało być zaprowadzenie "złotej ery" na Bliskim Wschodzie.

Iran osłabiony, ale nie bezbronny
Iran również ma powody, by spuścić z tonu. Jego przywódcy giną jeden po drugim. I choć los własnych obywateli - wliczając w to tysiące ofiar tej wojny - niewiele ich obchodzi, to całkowite zniszczenie sieci energetycznych i transportowych utrudniłoby rządzenie krajem.
Teheran liczy też na zniesienie sankcji. Reżim zakłada ponadto, że czas działa na jego korzyść przy stole negocjacyjnym - Ameryka nie może przecież w nieskończoność utrzymywać swoich wojsk w gotowości do ataku. Jeśli wojna wybuchnie na nowo, stanie się tak dlatego, że Iran przeceni swoje możliwości.
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest więc utrzymanie się poturbowanego irańskiego reżimu, który w negocjacjach będzie forsował swoje maksymalistyczne cele. Iran nie dysponuje już ani marynarką wojenną, ani siłami powietrznymi; stracił też i zużył znaczną część swoich pocisków i dronów. Aby odbudować arsenał, będzie musiał zmierzyć się z faktem, że ponad 21 tysięcy amerykańskich i izraelskich uderzeń cofnęło jego gospodarkę o lata.

Trump nazywa to wielkim zwycięstwem. Trudno jednak tak je oceniać, biorąc pod uwagę skromne postępy w realizacji trzech kluczowych celów tej wojny: uczynienia Bliskiego Wschodu bezpieczniejszym i bardziej stabilnym poprzez poskromienie Iranu, obalenia reżimu oraz ostatecznego powstrzymania jego ambicji nuklearnych.
Blokada cieśniny zmieniła układ sił
Wojna zaszkodziła bezpieczeństwu w regionie. Zanim wybuchła, Izrael zdołał częściowo rozbić sieć irańskich paramilitarnych bojówek. Iran zyskał jednak nowe narzędzie nacisku - ataki na państwa Zatoki i blokada żeglugi w cieśninie Ormuz.
Co więcej, Iran próbuje wprowadzić opłaty za przepływ przez cieśninę, a Trump zaczął nawet przebąkiwać o podziale tych zysków. Państwa Zatoki oraz ich partnerzy prawdopodobnie zdołają odeprzeć ten zamach na swobodę żeglugi, ale czeka ich ciężka batalia.
Nawet jeśli producenci ropy wybudują nowe rurociągi omijające Zatokę - co zajmie lata - Iran nadal będzie zdolny do uderzeń w infrastrukturę krytyczną. Państwa Zatoki, które przedstawiają się jako oazy spokoju, muszą więc zadać sobie pytanie: czy naprawdę mogą polegać na Ameryce? A może powinny przedefiniować swoje bezpieczeństwo
i w większym stopniu polegać na własnych siłach lub nawet zawrzeć układ z Iranem?
Reżim przetrwał. Władza przechodzi w ręce twardogłowych
Reżim przetrwał wbrew niemrawym twierdzeniom Trumpa, że udało mu się go obalić. Być może liczy on na to, że Irańczycy wkrótce zbuntują się przeciwko swoim oprawcom, co pozwoliłoby mu przypisać sobie zasługi. To możliwe, ale dziś wydaje się mniej prawdopodobne niż przed wojną, gdy poziom niechęci Irańczyków do reżimu był na najwyższym poziomie w całej swojej 47-letniej historii.
W obliczu choroby ajatollaha Alego Chameneiego kraj stał u progu ryzykownej zmiany pokoleniowej. Wojna ją przyspieszyła, wynosząc do roli przywódcy jego syna, Modżtabę.
W przeciwieństwie do ojca jest on jednak marionetką. Prawdziwa władza jest w rękach Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i rywalizujących ze sobą wewnętrznych frakcji - wszystkich o nacjonalistycznym, wojowniczym nastawieniu.
Widmo nuklearnego wyścigu zbrojeń
Wojna mogła też przyczynić się do zaostrzenia zagrożenia nuklearnego. USA i Izrael dotkliwie uszkodziły irańską infrastrukturę, ale około 400 kg wysoko wzbogaconego uranu - ilość wystarczająca do produkcji 10 bomb - wciąż pozostaje ukryte w obiektach nuklearnych.
Trump domaga się, by Iran oddał "nuklearny pył". Teheran chce z kolei zniesienia sankcji, lecz jednocześnie wzrosła jego motywacja, by wykorzystać ten surowiec do budowy arsenału, który odstraszyłby kolejnych agresorów. To z kolei może doprowadzić
do nuklearnego wyścigu zbrojeń w całym regionie.
Taki obrót spraw byłby katastrofalny, a żeby mu zapobiec, Trump i jego następcy musieliby przeprowadzać uderzenia odwetowe co kilka lat. Jak pokazuje przebieg tej wojny, taki model działania byłby niezwykle trudny do utrzymania.

Izrael silniejszy militarnie, ale słabszy politycznie?
Więc co dalej z architektami tego konfliktu? Izrael nigdy jeszcze nie dysponował tak potężną siłą militarną jak dziś. Wojna pokazała jednak granice tej potęgi oraz to, jak izraelski apetyt na ataki prewencyjne budzi w regionie strach i nienawiść.
Dla wielu Izraelczyków fakt, że walczyli ramię w ramię z Ameryką jako równorzędny partner, był powodem do ogromnej dumy narodowej. Jednak choć Izrael zyskał uznanie wśród polityków Partii Republikańskiej, to aż 60 proc. Amerykanów patrzy dziś na ten kraj niechętnie - o siedem punktów procentowych więcej niż rok wcześniej. W efekcie Izrael wychodzi z konfliktu osłabiony.
Wojna obnażyła słabości USA
Ameryka pod rządami Trumpa ma jeszcze więcej powodów do refleksji. Niegdyś jej potęga opierała się na połączeniu siły militarnej z autorytetem moralnym. Dziś jednak, gdy prezydent grozi zniszczeniem irańskiej cywilizacji - co w istocie oznaczałoby zbrodnię wojenną - traktuje on moralność, jakby była oznaką słabości.
Niektórzy w administracji Trumpa są przekonani, że Ameryka ma związane ręce przez takie "drobnostki" jak prawo międzynarodowe czy konwencje genewskie. Ich zdaniem uwolnienie się od tych ograniczeń uczyniłoby kraj potężniejszym. Wojna pokazała jednak, że prawo silniejszego to nie tylko zaprzeczenie dekadom polityki zagranicznej, ale po prostu złudzenie.
Choć militarna przewaga Ameryki w Iranie była aż nadto widoczna - od wykorzystania sztucznej inteligencji w działaniach operacyjnych, przez ratowanie zestrzelonych pilotów, po osiągnięcie dominacji stosunkowo niskim kosztem - konflikt ten ujawnił również głębokie problemy mocarstwa.
Wojna udowodniła, że wartość amerykańskiej potęgi łatwo przecenić. Fabryki nie są
w stanie wystarczająco szybko uzupełniać zapasów broni, podczas gdy Iran prowadził wojnę asymetryczną, dysponując ograniczonym arsenałem.
Nadmiar testosteronu prowadzi do fatalnych decyzji, w których myli się zdolność do zabijania ze zwycięstwem. Przytłaczająca siła ognia pozbawiona strategii jedynie wyczerpuje amerykańskie zasoby.
Irański reżim jest niegodziwy, ale wojna sprawiedliwa wymaga chłodnej oceny, czy przemoc faktycznie jest koniecznością i ostatecznością. Trump tymczasem potraktował Iran jak swój projekt ambicjonalny, w którym potęga Ameryki zwalniała go z obowiązku przemyślenia konsekwencji ataku.
Sama siła to nie racja. Czasami nie wystarcza ona nawet do odniesienia zwycięstwa.
Tekst przetłumaczony z "The Economist" © The Economist Newspaper Limited, London, 2026
Tłumaczenie: Monika Bortnowska
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji










