Reklama

Reklama

Z chłopskiej chaty na wiedeńskie salony, czyli historia rozpustnego Kopciuszka

Agnieszka Machówna to na tyle ciekawa postać, że równie dobrze mogłaby zaistnieć jako bohaterka literacka w sienkiewiczowskiej Trylogii. Żyła bowiem w tych czasach, które tak mocno zafascynowały jednego z najbardziej poczytnych polskich pisarzy. Nie trafiła jednak na karty literatury pięknej, ale miała swoje pięć minut sławy w PRL-u, kiedy to w opracowaniach bardzo często wymieniano ją jako sztandarowy przykład kobiety zdemoralizowanej z winy ucisku feudalnego.

Nie był ten ucisk jednak na tyle silny, skoro Agnieszka Machówna opuściła swoją rodzinną wieś, swobodnie przemieszczała się po obszarze Rzeczpospolitej i nikt jej akurat za to głowy nie uciął.

Była najpewniej jedną z tych kobiet, obok których mężczyznom trudno jest przejść obojętnie. Seksapil, zwierzęcy magnetyzm, zniewalająca uroda - jak zwał, tak zwał - jedno jest pewne: córka chłopki z Kolbuszowej potrafiła okręcić sobie wokół palca każdego mężczyznę. I co najważniejsze, szybko się uczyła, potrafiła nadrabiać braki edukacji i dobrze je tuszować.

Reklama

Jak się jej udało brylować na wiedeńskich salonach? Rzecz jest niewiarygodna, ale potwierdzona źródłowo. Jedno wydaje się pewne: Agnieszka była taką kobietą, że gdyby mocą jakiś czarów mogła przenieść się we współczesne nam czasy, z pewnością byłaby kolejną "Elektrodą", posłanką czy gwiazdą telewizji...

Gęsiareczka znad Nilu

O Agnieszce Machównie przez wieki krążyły legendy. Nie ma do końca pewności, co w jej życiorysie jest prawdą, a co fikcją. Tym bardziej jest to postać intrygująca, zwłaszcza, że polska tradycja nie dopieszczała frywolnych dziewcząt, a co za tym idzie, przepadały one w mrokach dziejów. Jest to zupełnie zrozumiałe, bo czasy rozbiorów i powstań narodowych sprawiły, że były rzeczy i osoby ważniejsze do utrwalenia. Polacy znają i pamiętają heroiny takie jak Emilia Plater, ale kobiety wątpliwej konduity - to już niekoniecznie.

Machówna jest przykładem moralnego antywzorca, ale jednocześnie dowodem na to, że nad Wisłą mieszkały nie tylko ciche trusie.

Agnieszka urodziła się około 1648 r. we wsi Kolbuszowa położonej nad Nilem, dopływem Przyrwy. Była córką chłopki Agnieszki i dobosza milicji pańskiej w Dubnie. Przypuszczalnie na chrzcie otrzymała imię Jadwiga, ale do historii przeszła jako Agnieszka.

Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła pod opieką matki, która jako chłopka musiała "pracować na pańskim". Po jej śmierci małoletnią Agnieszkę vel Jadwigę przygarnęły ciotki, u których pasła gęsi i trzodę.

Dzieciństwo młodej gęsiareczki przypadło na czasy wojennej pożogi. Przez tereny Rzeczpospolitej przetaczały się wojska szwedzkie, siedmiogrodzkie, kozackie, a wraz z nimi epidemie, z których największe żniwo zbierała dżuma. Sierotka Agnieszka miała jednak szczęście i przeżyła, choć jej sytuacja materialna była bardzo kiepska. Lekarstwem na to mogło być tylko zamążpójście.

Nastoletnią Machównę wydano za mąż za nadwornego kozaka Lubomirskich, Bartosza Zatorskiego. Nie wiadomo jak doszło do tego mariażu, ale Agnieszka musiała zawrócić w głowie Zatorskiemu, skoro znosił on wyskoki swojej śliczniutkiej żonki.

Jednym z najbardziej spektakularnych incydentów z jej udziałem była wycieczka do Krakowa. Pani Zatorska wybrała się w podróż nie informując męża, dokąd i na jak długo wyjeżdża. W Krakowie poszalała, pokręciła się to tu, to tam, zawróciła w głowie niejednemu mężczyźnie, ale ostatecznie powróciła do Kolbuszowej.

Mąż-rogacz wybaczył żonie, bo nie mógł się oprzeć jej wdziękom, ale to był jego błąd. Agnieszka bowiem pomieszkała w jego domu jeszcze przez chwil parę i udała się w kolejną samowolną podróż, tym razem do Warszawy.

W domu męża musiała nudzić się okrutnie, a dowartościowana krakowskimi sukcesami towarzyskimi nie zawahała się porzucić domowych pieleszy, tym razem na zawsze.

Około roku 1670 warszawska poczta pantoflowa donosiła o niezwykle urodziwej, 22- letniej dziewczynie z prowincji. Jak Agnieszce udało się bez dobrych manier, wykształcenia i ogłady dostać do tzw. "towarzystwa"? Ano tak, jak to się zazwyczaj dzieje.

Jednym z jej opiekunów musiał być niezły "pijarowiec", który podsunął jej pewien koncept. Otóż Machówna wszem i wobec przedstawiała się jako córka Kopciówny i Marcina z Rytwian Zborowskiego, którą rzekomo w dzieciństwie okrutna mamka uprowadziła z rodzinnego domu i ukryła przed światem w chłopskiej chacie. Nie żyły już wówczas osoby z rodziny Zborowskich, które mogłyby zdementować tę wersję wydarzeń i zdemaskować sprytną panią Zatorską. Taki życiorys nowej miss Warszawy intrygował i rozbudzał wyobraźnię, a na ile był przekonujący, nie wiadomo. Ważne, że Agnieszka dzięki nowej tożsamości wypłynęła na szerokie wody.

W stronę Wiednia

Niedługo po tym jak uwodzicielka dotarła do Warszawy, poznała i rozkochała w sobie bogatego austriackiego oficera Kollatiego, który przebywał na dworze Eleonory Habsburżanki, żony króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego.

Nie zważając na to, że była już kobietą zamężną, wstąpiła w kolejny związek małżeński z zakochanym w niej Austriakiem. Kollati wraz z żoną udał się po pewnym czasie w podróż do swojego rodzinnego Wiednia. Tak oto Agnieszka ruszyła na podbój Europy! W jakim języku owa sprytna kobieta komunikowała się z mężem, tego do końca nie wiadomo, jedno jest pewne - na początku małżeństwa był to głównie język miłości!

Po pewnym czasie Agnieszce znudziła się jednak małżeńska sypialnia. Zaczęła sobie najpewniej "nieźle poczynać", skoro mąż poznał się na niej i postanowił odsunąć ją od łoża i stołu, w obawie, że swoim sposobem bycia skompromituje jego nazwisko.

Sprytna Agnieszka musiała mieć jednak fenomenalny dar do nauki języków, skoro w Wiedniu bez problemów komunikowała się, a co więcej, była w stanie nawiązywać kontakty i rozpowiadać wszem i wobec, jaką to kreaturą jest jej mąż Kollati. Posunęła się nawet do tego, że napisała na niego skargę do samego cesarza Leopolda.

W liście skierowanym do monarchy Machówna przedstawiła się jako wielce poszkodowana córka polskiego magnata, którą bałamutny oficer J.C. Mości uprowadził z klasztoru i co więcej, roztrwonił posag, który rzekomo otrzymała od swoich rodziców. Cesarz dał wiarę wersji wydarzeń przedstawionych przez sprytną Kolbuszowiankę i nakazał Kollatiemu wypłacenie odszkodowania w wysokości posagu, który jakoby sprzeniewierzył.

Miał ów oficer strasznego pecha, że trafił na tak wyrafinowaną harpię! Rad, nie rad, dał pieniądze, które otworzyły przed Agnieszką nowe perspektywy. Wielbicielka wycieczek nie odmówiła sobie przyjemności odwiedzenia Rzymu i innych atrakcyjnych miejsc.

Po włoskiej eskapadzie Machówna powróciła do Wiednia, by czarować towarzystwo swoją urodą i innymi walorami. Gdziekolwiek się pojawiała, rozkochiwała w sobie mężczyzn, w których żyłach płynęła wysokogatunkowa, błękitna krew.

W końcu Agnieszce znudziło się jednak bałamucenie jaśnie wielmożnych i jaśnie oświeconych Wiedeńczyków i postanowiła po raz kolejny ustatkować się. Zdaje się, że nadarzyła się wówczas ku temu sposobność, bo Kollati najprawdopodobniej już nie żył.

Cnotliwe chłopię w sidłach modliszki

Agnieszka postanowiła "złowić męża", ale znudzili ją cudzoziemcy i zapragnęła "oddać się w opiekę" Polakowi. Wybór padł na młodziutkiego, szesnastoletniego Stanisława Rupniewskiego, który zwyczajem szlacheckich synów podróżował w towarzystwie nauczyciela po Europie, by w ten sposób uczyć się życia i poznawać świat. Młodszy od Agnieszki o około 10 lat kasztelanic sądecki błyskawicznie zakochał się po uszy w doświadczonej i pięknej rodaczce.

Okoliczności ślubu Machówny z młodym Rupniewskim nie są do końca jasne, ale wiadomo, że całej akcji towarzyszył wielki pośpiech.

Zastanawiające jest, co tak doświadczona kobieta widziała w zupełnie zielonym w ars amandi gołowąsie? Pewne jest, że para opuściła Wiedeń już jako małżeństwo. Kasztelanic zabrał swoją żonę na wycieczkę po Włoszech i Francji. Co tam się działo, tego nie wiemy, ale nagle i nieoczekiwanie młody żonkoś zmarł.

Pani Rupniewska nie wpadła bynajmniej w czarną rozpacz i zachowując zimną krew postanowiła jak najszybciej działać. Wróciła do Wiednia, by uzyskać pismo potwierdzające zawarcie związku małżeńskiego i z tymże dokumentem postanowiła wrócić w granice Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

Zachłanna wdowa, czyli chytrość chamów gubi

Agnieszka wróciła do Polski jako wdowa po Rupniewskim i matka jego syna. Kiedy urodziła dziecko, tego dokładnie nie wiadomo. W walce o schedę przypadającą jej potomkowi trafiła na twardą przeciwniczkę, którą była siostra nieboszczyka Stanisława, Anna z Rupniewskich Szembekowa, kobieta o szerokich koneksjach towarzyskich i wielkiej sile charakteru. Miała ona już wówczas liczne potomstwo i była zdecydowana zrobić wszystko, by zawłaszczyć dla swoich dzieci majątek po bracie.

W pierwszej kolejności Szembekowa postanowiła dowieść, że małżeństwo jej brata i Agnieszki jest nieważne. W 1677 r. Agnieszka musiała stawić się przed Trybunałem Lubelskim, gdzie Szembekowa złożyła pozew w tej właśnie sprawie. I jak to zwykle bywa w takich okazjach, obie strony konfliktu zaczęły obrzucać się błotem. Agnieszce wypomniano chłopskie pochodzenie, dowodząc, że nie jest córką Zborowskich.

Oskarżono ją również o bigamię. Szembekowa utrzymywała, że mąż Agnieszki, Kollati, żyje i ma się dobrze w Wiedniu, co miało świadczyć o tym, że małżeństwo zawarte przez jej brata było nieważne.

Zmasowany atak Szembeków sprawił, że Agnieszka musiała uciekać i ukryć się przed krewnymi męża. Wycofała się chwilowo do klasztoru, by w jego zaciszu przemyśleć wszystko i opracować strategię działania...

Agnieszka znała jeden sprawdzony i wypróbowany sposób, by uzyskać wsparcie i pomoc - było to kolejne małżeństwo! Wybór padł na Kazimierza Domaszewskiego herbu Nieczuja, kasztelanica lubelskiego. Szlachcic ten cieszył się opinią człowieka pazernego na pieniądze, które zamierzał dzięki małżeństwu z panią Rupniewską wyprocesować jako plenipotent żony.

Trzeba pamiętać, że w owych czasach procesy sądowe były swoistego rodzaju formą hazardu, a co się z tym wiąże, dostarczały adrenaliny, angażowały i zmuszały do knowania, lobbowania...

Domaszewski lubił tę zabawę i chyba głównie dlatego zdecydował się na małżeństwo. Jednakże w starciu z potężnymi Szembekami kasztelanic lubelski "poległ", co więcej, zachował się jak szuja, próbując w ostatecznym rozrachunku uzyskać jakiekolwiek korzyści materialne w zamian za ujawnienie miejsca pobytu żony z synem. Trzeba nazwać rzeczy po imieniu: Domaszewski "sprzedał" swoją żonę i za przysłowiowe 30 srebrników wskazał strażnikom trybunalskim miejsce pobytu Agnieszki.

Zdradzona i oszukana, kobieta nie straciła jednak zimnej krwi i w tych arcytrudnych dla siebie okolicznościach postanowiła się bronić. Przed Trybunałem oskarżała męża, że ją oszukał, zdradził i sprzedał Szembekom.

Podjęła również kroki, by udowodnić swoje szlacheckie pochodzenie. Przekupiła dalszych krewnych rodu Zborowskich, Mileńskich, by zeznali przed Trybunałem, że jest rzeczywiście córką Marcina Zborowskiego. Pieniądz ma wielką moc sprawczą, a zatem wkrótce znalazła się też fałszywa metryka urodzenia z 1651 roku...

Sędziów Trybunału przekonała linia obrony sprytnej pani kasztelanicowej lubelskiej i wydali wyrok uniewinniający. Szembekowa bynajmniej nie złożyła broni. Musiała jednak zgromadzić materiał dowodowy, który ostatecznie pogrążyłby niewygodną bratową.

Udała się do Kolbuszowej, by zbadać akta kościelne. Tam też spotkała pierwszego męża Agnieszki, kozaka Zatorskiego, któremu sowicie zapłaciła za to, by oskarżył żonę o wielomęstwo, a Domaszewskiego za jej uprowadzenie. Pojawienie się Bartosza Zatorskiego w Lublinie wywołało wielką wrzawę, ale Agnieszka znów nie straciła zimnej krwi. Utrzymywała, że ów mężczyzna, podający się za jej pierwszego męża, jest oszustem.

Gwoździem do trumny Agnieszki Machówny był jednak materiał metrykalny. Okazało się bowiem niezbicie, że Zborowski nigdy nie ożenił się z Kopciówną, co potwierdziła żyjąca jeszcze wówczas jego prawdziwa żona, z domu Domaradzka. Poza tym Zborowski zmarł ponad rok przed narodzinami swojej rzekomej córki Agnieszki.

Fakty te podważyły wiarygodność argumentów przytaczanych przez Machównę. Przegrała, choć trzeba przyznać, że pomimo osamotnienia i męża-zdrajcy radziła sobie nieźle. Zgubiła ją, niestety, chciwość. Usprawiedliwić można ją jednak tym, że chciała zyskać zabezpieczenie materialne dla swojego maleńkiego synka.

Skrócona o głowę

Sędziowie, którzy mieli poczucie, że na pewnym etapie tego procesu zostali nabici w butelkę przez tę sprytną kobietę, przychylili się do najbardziej surowego wymiaru kary. Agnieszka Machówna skończyła na szafocie. Wcześniej jednak została poddana torturom, polegającym na szarpaniu piersi kleszczami. Taką bowiem karę przewidywało prawo dla kobiet, które popełniły zbrodnię bigamii.

Wyrok wykonano 12 lipca 1681 r., a egzekucja ta stała się wielkim widowiskiem. W XVII wieku nie liczono się z tym, że kobieta skazana na śmierć osierociła syna, którym nikt z krewnych ojca nie zamierzał się zająć. Według zachowanych relacji Agnieszka do końca swoich chwil wykazywała troskę o dziecko. Prowadzona na szafot wzbudzała ponoć sympatię nie tylko wśród pospólstwa, ale także szlachty.

Toczący się przed Trybunałem proces miał charakter poszlakowy, a zatem nie wszyscy byli przekonani, że Agnieszka rzeczywiście dopuściła się wielomęstwa. Pazerność wówczas potężnych Szembeków wzbudzała niechęć, a tym samym skłaniała wielu z obserwatorów procesu i egzekucji do wątpliwości.

Nie uratowało to jednak życia Agnieszce, która pomimo że w chwili śmierci miała 33 lata, co w owych czasach czyniło już z kobiety matronę, nadal zachwycała urodą. Należy jednak podkreślić, że sędziowie ordynując Machównie szafot przyznali jej tym samym poniekąd prawa szlacheckie. Plebejuszy bowiem wieszano, a szlachtę skracano o głowę. Czy była to dla skazanej pociecha? Być może tak, być może nie, kto to może teraz wiedzieć...

Jadwiga Machówna, zwana Agnieszką, jest niewątpliwie w historii polskich stosunków społecznych XVII wieku postacią wyjątkową. Pisali o niej wiersze poeci - Wespazjan Kochowski czy Jan Gawiński - a jej sława przetrwała przez kilka pokoleń w ustnych przekazach, które uczyniły z niej postać legendarną.

Była to kobieta z krwi i kości: i zła, i dobra, czasem cnotliwa, czasem rozpustna, żarliwa kochanka i troskliwa matka. W jej osobie realizuje się bajka o Kopciuszku. Nawet jeśliby prawdą było, że w dzieciństwie trafiła do chłopskiej chaty przez fatalny zbieg okoliczności, to przyznać należy, że z tego położenia rzeczą niewyobrażalną było dostać się na wiedeńskie salony. A jej się udało! Co świadczy o tym, że była to kobieta bardzo inteligentna, która doskonale potrafiła wykorzystać swoją urodę do osiągnięcia celu. Zgubiła ją pazerność, bo gdyby nie wróciła do Polski, by upomnieć się o majątek męża, z pewnością miałaby szansę znaleźć opiekuna, który nie szczędziłby dla niej grosza. A tak stało się, jak się stało.

Małgorzata Pach-Galik

Dowiedz się więcej na temat: córka | Kolbuszowa | żona | małżeństwa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje