Reklama

Reklama

Ukryty transport

Niemieckie ciężarówki wjechały wysoko w środkową część pasma Gór Bystrzyckich... W 1992 r. w okolicach Bystrzycy Kłodzkiej pojawił się starszy pan mówiący po niemiecku, w towarzystwie polskiego tłumacza. Błąkał się po lasach, które widział w sumie tylko raz - na początku 1945 r., kiedy jako kierowca wojskowej ciężarówki został zmuszony do wyjazdu w kierunku... terenów zajętych już przez Armię Radziecką. Niewiele jednak ustalił - powtórnie pojawił się na tych terenach cztery lata później. I opowiedział swoją historię.


Reklama

Był kierowcą wojskowym. Pod koniec wojny został oddelegowany do konwoju składającego się z kilku ciężarówek (pierwotna wersja mówiła nawet o kilkunastu), dowodzonego przez oficera w stopniu majora, prawdopodobnie Abwehry (wywiadu wojskowego). Na pakach znajdowały się zaplombowane worki z nieustalonym ładunkiem. W Kamiennej Górze major miał starcie z jakimś pułkownikiem SS - ten ostatni chciał zarekwirować samochody. Po groźbie użycia broni SS-man wycofał się, ale wkrótce powrócił z żandarmerią - major został zabrany na posterunek.

Sprawa jednak wkrótce się wyjaśniła - major powrócił z dodatkową obstawą dla konwoju w postaci motocyklistów torujących drogę przez zapełnione uciekinierami trakty. Część samochodów wyjechała na jakieś pobliskie, prawdopodobnie polowe, lotnisko - część została skierowana na południe. 

Historia okolicy

Miejscowość Huta leży w górnej części doliny Szczawinki, pomiędzy Wójtowską Równiną, Kościelnikiem, Barczową i Barcią, na wysokości 750-810 m n.p.m. Jest jedną z najwyżej położonych wsi w Górach Bystrzyckich i na Ziemi Kłodzkiej. Otoczenie Huty stanowią łąki, a od zachodu zwarty kompleks lasów świerkowych tzw. regla dolnego. W górnej części wioski znajduje się leśniczówka Bukowice. Okolice zaliczają się do wybitnie widokowych - zwłaszcza ze względu na wspaniałe panoramy Kotliny Kłodzkiej i Jagodnej.

Pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z 1571 r. - w dokumentach pojawia się nazwa Hüttengut - jako miejsce, gdzie od połowy XV wieku miała istnieć huta szkła, należąca prawdopodobnie do sołtysa Zalesia - stąd pochodzi nazwa miejscowości; w 1747 r. zanotowana jest inna pisownia nazwy - Hüttenguth; po wojnie, w 1945 r. nadano jej obecną nazwę - Huta.

Od 1571 r. wieś należała do rodziny Peschke. To właśnie w dokumencie tej rodziny wzmiankowano o istnieniu (wcześniejszym) huty szkła; później Huta weszła w skład dóbr gorzanowskich i należała przez długi czas do hrabiów von Herbersteinów - w 1747 r. był tu ich folwark, ale mieszkało w nim zaledwie dwóch zagrodników lub chałupników; już wówczas po hucie szkła nie istniały prawie żadne ślady poza wałami kamiennymi. W 1789 r. przeprowadzono parcelację majątku, osadzając na jednakowych działkach 22 kolonistów - to z tego okresu pochodzi charakterystyczny układ przestrzenny jednostronnie zabudowanej wsi - po drugiej stronie drogi i rzeczki Szczawinka znajdowały się jedynie leśniczówka i szkoła.

W ówczesnych opisach porównywano wieś do żołnierzy stojących w równym szeregu i dlatego traktowano jako godną zainteresowania ciekawostkę. W 1790 r. w pobliżu wzniesiono Fort Wilhelma. Budowa rozpoczęła się 14 lipca 1790 r. od wykarczowania wybranego na budowę fortu terenu. Plany wykonał Böbisch ze Spalonej. Ciekawostką jest, że właściciel terenu otrzymał odszkodowanie za wycięte drzewa, natomiast nie zapłacono mu za zajęty pod inwestycję teren. 

Fort był budowany siłami ochotników z Wójtowic i okolicznych wsi, tak, że już jesienią 1790 r. można było w jego części zamieszkać. Jako że w okolicach fortu nie ma źródeł, do zabezpieczenia dostaw wody konieczna byłaby studnia, ale ze względu na koszty zaniedbano jej budowy - część północnych obwałowań miała być wykorzystywana jako zbiornik deszczówki. Odpowiedzialnym za inwestycję był kapitan Müller. 

W piśmie z Poczdamu, z 29 września 1790 r., Generaloberleutnant von Götzen rozkazał obsadzić fort jednym podoficerem i dwunastoma żołnierzami. Przerwana przez zimę budowa była kontynuowana w roku następnym (od 26 kwietnia) i zakończyła się dopiero w 1793 r., choć zgodnie z życzeniem króla fort miał być gotowy już rok wcześniej. 

Władzę nad obiektem, zgodnie z rozkazem z 12 października 1792 r. od pierwszego listopada przejął sierżant Christoph Carl Person. Zmarł on 10 maja 1795 r. w wieku 65 lat (przesłużył w armii łącznie 48 lat!) i został pochowany gdzieś na przedpolu fortu. W obliczu zbliżania się wojsk napoleońskich w latach 1806/07 funkcjonowanie obiektu utraciło swój sens. W następstwie tego w forcie pozostawiono tylko posterunek wartowniczy, który wkrótce i tak został odwołany do obrony twierdzy w Kłodzku.

Opuszczona budowla została wkrótce obrabowana przez okolicznych mieszkańców - w pierwszej kolejności zabrano wszystkie okna i drzwi. Wkrótce Fryderyk Wilhelm III zdecydował, by fort zniwelować, a materiał wykorzystać do innych celów. 

W zimie 1812 r. 8000 stóp kwadratowych (stopa pruska to 0,314 m) bloków piaskowcowych zostało zabranych z umocnień; kamień, zwornik sklepienia, z napisem "Fort Wilhelm 1792" został wmurowany w odnowioną z tego materiału stodołę rodziny Dinters; napis był widoczny jeszcze w 1920 r. Duża część materiału została zużyta do budowy mostu kolejowego i seminarium nauczycielskiego w Bystrzycy Kłodzkiej.

Umiejscowienie fortu nie było najszczęśliwsze. W tej okolicy często występują gęste mgły i obfite opady śniegu. Miejscowy ksiądz -Tschitschke w 1920 r. pisał: "Podczas mojej opieki duchowej spotykałem się często w tym miejscu z warunkami trudnymi do wyobrażenia. Kiedy zaczynał mocno sypać śnieg, orientację w terenie tracili często nawet mieszkańcy tego miejsca. Obok warunków pogodowych sensowność fortu ograniczały warunki geograficzne. Od południa i zachodu fort otaczały ogromne masywy leśne, które powodowały, iż nawet przy dobrej pogodzie przeciwnik mógł prześlizgnąć się niezauważony".

Trasa transportu

Ciężarówki wjechały w kompletnie nieznany kierowcom teren; trudno było określić kierunek i odległość, jechali przez różne miejscowości, w pamięci pozostała jedynie nazwa Reinerz - tablice z tym napisem ciężarówki mijały także w drodze powrotnej. Poza tym niedaleko od tej właśnie miejscowości konwój zagłębił się w las, w kompletne bezludzie i skierował na szutrowe leśne drogi.

Po około 10 km pojazdy wjechały w szeroką dolinę i dosyć długo nią jechały. Po obu stronach były zalesione wzgórza, samochody minęły po prawej stronie jeden kamieniołom, a później drugi. W pewnym momencie konwój zatrzymał się. Obok, w kamieniołomie trwały jakieś prace. Przy mostku grupa więźniów w pasiakach popychała "kolibę" po torach; na placyku stały też trzy inne samochody i chyba ich zawartość była tam ukrywana. Między kamieniołomem a drogą i placem płynął potok. 

Pojechali wkrótce dalej - w pewnym momencie konwój napotkał dziwny rozjazd - jakby "rondo", a następnie skręcił w lewo, prostopadle do drogi, najpierw pod górę jakby wąwozem; w dole było widać gospodarstwo - stały tam ciężarówki, wokół których kręcili się żołnierze, a później pojechali serpentynami na szczyt. Droga, którą jechali, była w dobrym stanie. Samochody wjechały na przełęcz, gdzie oczekiwali ich kolejni żołnierze. Wymieniono kierowców i pojazdy zjechały gdzieś w dół, ale niedaleko - słychać było kiedy silniki zostały wyłączone; po pewnym czasie samochody powróciły. 

Miejsce, gdzie ciężarówki oczekiwały na swoją kolej, znajdowało się na skrzyżowaniu kilku dróg w lesie i było tam sporo miejsca. Terenu pilnowała grupa uzbrojonych żołnierzy z oficerem. Ten oficer przekazał wówczas majorowi jakąś dużą, szarą kopertę. Kierowcy bali się że mogą zostać rozstrzelani, siedzieli zgromadzeni w jednym miejscu na trawie. Akcja zakończyła się ok. godz. 15.00. Samochody skierowano na inną drogę i wyjechały przy kamieniołomie. Na jednej z ciężarówek jechali uzbrojeni żołnierze, którzy pilnowali porządku podczas akcji. W Reinerz połączyli się ze swoją jednostką. Kiedy usłyszeli o zakończeniu wojny, chcieli uciekać, ale major rozkazał im zawieźć się do Pragi. Część ochraniających akcję żołnierzy przebranych było po cywilnemu; kilku z nich, także w cywilnych ubraniach, zostało w górach.

Wehrwolf na Dolnym Śląsku

Ojcem Wehrwolfu (Zbrojnego Wilka, Wilkołaka) był generał - major Reinhardt Gehlen, szef wywiadu wojskowego Wehrmachtu - wykorzystując swoje doświadczenie w rozpracowywaniu potencjału wojskowego Związku Radzieckiego, jak też z walki z podziemnymi formacjami wojskowymi, takimi jak Armia Krajowa, prawdopodobnie w 1944 r., po zdławieniu powstania warszawskiego, zlecił opracowanie szczegółowego planu niemieckiego ruchu oporu na wypadek okupowania jakiegokolwiek terenu Niemiec - główny nacisk położony był na działalność wywiadowczą, dywersję i sabotaż oraz działania zbrojne na lokalną skalę. 

Plan przewidywał, oprócz oczywiście szkolenia szpiegów i dywersantów, pozyskanie jak największej ilości agentury polskojęzycznej, głównie z przedwojennych terenów przygranicznych, znającą mentalność, obyczaje i lokalną kulturę, a przede wszystkim mogącą przyznać się do polskości, której zadaniem było wnikanie w struktury władzy i partii politycznych i doprowadzenie jej do jak najwyższych stanowisk państwowych. Oczywiście pracowano także nad tworzeniem tajnych magazynów broni, punktów łączności, a także utajnionych zespołów gotowych do walki zbrojnej.

Opracowane projekty (nazwane planem W-II) zostały przedstawione szefowi służby bezpieczeństwa SS - Walterowi Schellenbergowi, a za jego pośrednictwem Reichsführerowi SS Heinrichowi Himmlerowi. Z czasem do pracy włączony został zespół partii NSDAP, który nadzorować miał Martin Bormann.

Zmienione zostały w międzyczasie zasady funkcjonowania projektu - Wehrwolf miał działać według zasad opracowanych przez Gehlena, jednak formalnie jako formacja pomocnicza Wehrmachtu działająca na tyłach wroga, podlegająca dowództwu armii. Baza werbunkowa miała opierać się na członkach partii NSDAP, SS, Gestapo (Geheime Staatspolizei - Tajna Policja Państwowa), Wehrmachtu i wychowankach HJ (Hitlerjugend - Młodzież Hitlerowska) i BDM (Bund Deutschen Mädel - Związek Dziewcząt Niemieckich).

Jesienią w ścisłej konspiracji rozpoczęto szkolenie ochotników dowódców - w kilkunastu ośrodkach na terenie całych Niemiec - między innymi w zamku Friedenthal koło Berlina, Libercu, Wrocławiu, Nysie, Cieszynie i wielu mniejszych ośrodkach. Szkolenie było intensywne, ale krótkie - podczas czternastodniowego kursu uczono podstaw łączności szyfrowej, fałszowania dokumentów, wysadzania obiektów strategicznych, sposobów skrytego zabijania, maskowania, budowy baz terenowych itp. W sumie kursy dowódcze przeszło około 1300 osób.

Organizacyjnie Wehrwolf przypominał strukturę partyjną NSDAP - podstawowa była struktura wiejska licząca 5-7 członków, gminna - składająca się z kilku wiosek, a w końcu powiatowa, w sile około 400 ludzi. W założeniu miały też powstać oddziały "leśne" wzorowane na polskiej czy rosyjskiej partyzantce, ale nie bardzo udawało się ich formowanie.

Na Dolnym Śląsku, zgodnie z zarządzeniami, za organizację Wehrwolfu odpowiadał dowódca niemieckich armii walczących w rejonie Górnego i Dolnego Śląska, feldmarszałek Ferdynand Schörner. Powołał on przy swoim sztabie specjalną grupę kierowniczą do tych spraw, w której skład weszli: były wysoki funkcjonariusz gestapo w Lublinie - Bidelmeier i SS Brigadenführer Schimmelpfennig - jeden z dowódców Hitlerjugend w Polsce. Zwierzchnikiem Wehrwolfu z ramienia NSDAP na Dolnym Śląsku był gauleiter Hanke. Szefem sztabu był SS-Obersturmbannführer Hans Weber.

Okres przygotowawczy obejmował miesiące listopad 1944 - luty 1945 r. Wszyscy dowódcy Wehrwolfu na tym terenie wywodzili się z SS, SD i policji; bez względu na zajmowane wcześniej stanowiska wszyscy ukończyli wspomniane kursy dywersji i wywiadu. Zaopatrzeni w fałszywe dokumenty wyjeżdżali do poszczególnych miejscowości organizować podziemie. Jedna ze szkół Wehrwolfu znajdowała się w Bardzie (Wartha) niedaleko Kłodzka. 

Przesłuchiwanego po wojnie Hansa Sonderhausa, po ukończeniu kursu w tej właśnie miejscowości skierowano do Ludwigsdorfu (Chrośnica) za Jelenią Górą: "Stacjonowaliśmy w Ludwigsdorfie w jednej restauracji znajdującej się około 80 metrów od rozpoczynającej się wioski. Nadmieniam, że za tą restauracją znajduje się wieża po tej samej stronie transformacyjna. W danej restauracji staliśmy pięć dni i następnie rozlokowali nas na poszczególne drogi, ażeby nikt nimi nie jeździł, ponieważ w tym okręgu budowane były bunkry dla późniejszej ewentualnej obrony. Nadmieniam, że dane bunkry były kopane na górze tzw. Schmiedberg w lasach na tej samej trasie jak leży Ludwigsdorf".

Uzbrojenie, zapasy żywności, sprzęt łączności zapewniała komórka FA-305 (Frontaufklärungstruppe - wywiad frontowy), która w styczniu 1945 r. otrzymała w tej sprawie rozkaz od Himmlera.

Poszukiwania kamieniołomu

Ustalenie przebiegu opisanej przez niemieckiego kierowcę trasy nie było łatwe. Jedynym konkretem była nazwa Reinerz - Duszniki Zdrój. Wiele tygodni pracy poznańskiego specjalisty od map - Jerzego Delekty, pozwoliło na wytypowanie kilku rejonów odpowiadających opisowi. Jednym z nich była leśna droga wiodąca do Huty. Oczywistym wskazaniem jawił się w tym momencie Fort Wilhelma, jednak mimo wielokrotnych przeszukiwań pozostałości budowli na nic nie udało się natrafić.

Leżące kilometr niżej od Huty Wójtowice zamieszkiwała w czasie II wojny światowej prężna grupa członków partii nazistowskiej; być może w jej szeregach byli także mieszkańcy samej Huty, zwłaszcza że na jej północnych obrzeżach z czasem powstało kilka luksusowych willi z przepięknym widokiem na Kotlinę Kłodzką, należących podobno do dygnitarzy hitlerowskich (dziś pozostały po nich jedynie resztki fundamentów) a materialnym śladem tej przeszłości jest stojący w lesie obelisk z wyrytą swastyką i koślawym napisem: "Stein du musst vergehn, Drittes Reich sollst bestehn" - "Kamień przeminie, a Trzecia Rzesza nie przeminie".

Konieczne stało się zweryfikowanie opisanej przez niemieckiego kierowcę trasy w terenie. Kluczowe okazało się natrafienie na niewielki kamieniołom, leżący po drugiej stronie rzeczki, w którym kierowca ciężarówki widział pracujących więźniów, zagospodarowany obecnie przez myśliwych. Dalej - charakterystyczne "rondo" i droga prowadząca w lewo, ostro pod górę. Podczas wjazdu widoczne są w dole zabudowania leśniczówki.

Dobrze utrzymane do tej pory leśne drogi prowadzą na szeroki płaskowyż z możliwym ruchem okrężnym. Jedna z dróg odchodzi w prawo, by po kilkuset metrach przebiec nad górną krawędzią niezwykłego kamieniołomu umieszczonego na stromym zboczu - kamieniołom nie wcinał się w górę, lecz urobek pozyskiwano równo wzdłuż całego zbocza, staczając go na drogę leżącą poniżej. Nie był zaznaczony na żadnej mapie - poza jedną, turystyczną, z lat siedemdziesiątych. Na skalnych półkach bez trudu można zauważyć pozostałości skrytek Wehrwolfu. 


Po 1945 roku

W 1945 r. na Dolnym Śląsku aresztowano 645 członków hitlerowskiego podziemia, w 1946 r. - 717, a rok później już tylko 62. Ponad tysiąc z tych osób nie trafiło nawet przed oblicze sądu - byli to nieletni w wieku od 15 do 18 lat. 196 osób skazano na karę więzienia a jedynie 20 osób na karę śmierci. 

Zlikwidowane zostały ustalone punkty kontaktowe, magazyny i składnice broni. Ale zapewne nie wszystkie. Podobnie ze składnicami depozytów - w latach 80. do Wójtowic i Huty kilkakrotnie przyjeżdżały busy z dawnymi mieszkańcami tych terenów, których ulubionym zajęciem było wałęsanie się po okolicznych lasach. Jeden z nich opowiadał, iż pod koniec wojny bogatsi gospodarze większą część majątku złożyli u sołtysa, który wszystkie depozyty miał razem gdzieś ukryć, jednak zaraz po powrocie z lasu dostał ataku serca i tajemnicę depozytu zabrał ze sobą do grobu. 

Podobno punktem charakterystycznym miał być stojący wówczas na łące pod lasem pomnik "Grauer Mann" - jednak ten, który można podziwiać obecnie, na początku leśnej drogi o nazwie "Ewigkeit" - "Wieczność" został wykonany i ustawiony w tym miejscu przez studentów z chatki turystycznej "Czechówka" w Wójtowicach w latach 80. Trudno zatem podejrzewać, by mógł być on jakąkolwiek sensowną wskazówką do poszukiwań... Jednak w ten sposób także i na tym terenie pozostało co nieco dla następnych pokoleń poszukiwaczy przygód...

Materiały źródłowe:

Relacja Heinricha F., archiwum autora, Akta IPN/Wrocław, Stanisław Siorek "Wehrwolf na Dolnym Śląsku", maszynopis

Bogusław Wróbel

-----

Bogusław Wróbel - długoletni dziennikarz Polskiego Radia Wrocław i współpracownik III Programu PR. Twórca autorskiego cyklu programów o tematyce ekonomicznej w "TV Echo" we Wrocławiu. Wydawca i redaktor naczelny czasopisma historycznego "Explorator". Badacz historii, autor i współautor książek m.in. o tematyce historycznej. Kontakt:explorer@ant.biz.pl

Dowiedz się więcej na temat: Bystrzyca Kłodzka | historia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama