Polacy, zwłaszcza młodsi wiekiem, spierający się obecnie o sens powstania warszawskiego często zapominają, że do końca epoki PRL można go było swobodnie prowadzić jedynie na emigracji lub w walczącym z cenzurą tzw. drugim obiegu wydawniczym, jaki pojawił się dopiero pod koniec lat 70.
Dla rządzących Polską komunistów pamięć o powstaniu nie była wprawdzie tematem tabu, jak sowiecka odpowiedzialność za zbrodnie katyńską, ale obszarem wielopoziomowej manipulacji.
Jej zakres zmieniał się w czasie na przestrzeni kolejnych dekad, ale jedno pozostawało niezmienne: opinia, że celem organizatorów powstania była nie tyle walka z Niemcami, co powstrzymanie ustanowienia w Polsce rządów komunistycznych.
"Banda sanacyjnych i oenerowskich awanturników i warchołów podnosi dziś swą brudną łapę przeciw Polskiemu Komitetowi Wyzwolenia Narodowego. (...) Garstka niepoczytalnych przywódców Armii Krajowej, w imię nędznych kombinacji politycznych kliki sanacyjnej, pchnęła ludność Warszawy do walki wbrew elementarnym zasadom wojskowym i wbrew uczciwości politycznej".
Tak brzmiał fragment odezwy Komitetu Centralnego PPR, wydanej już w dwa tygodnie po wybuchu powstania warszawskiego. Dla komunistów, wyczekujących zajęcia reszty ziem polskich przez Armię Czerwoną, powstanie rzeczywiście stanowiło zagrożenie dla spodziewanego przejęcia pełni władzy.
Gdyby bowiem USA i Wielka Brytania zdołały skłonić Stalina do udzielenia powstańcom realnej pomocy, a następnie do potraktowania żołnierzy AK jak rzeczywistych sojuszników, podważony mógłby zostać plan ustanowienia komunistycznej dyktatury z pomocą Sowietów.
Stalin jednak nie uległ naciskom, skądinąd niezbyt silnym, ze strony Roosevelta i Churchilla, i AK-owcy zostali "zaplutymi karłami reakcji". Zaś nakreślona w odezwie PPR interpretacja powstania jako "nędznej kombinacji politycznej" stała się obowiązująca w oficjalnej propagandzie przez następne 12 lat.
Kuriozalne tezy komunistycznej propagandy o zdradzie interesów narodowych przez Armię Krajową i rząd londyński były ignorowane przez większość Polaków. Jednak w miarę jak szkoły opuszczały kolejne roczniki, a osoby usiłujące mówić prawdę o najnowszej historii Polski trafiały - za tzw. szeptankę - do więzień, rosła liczba naszych rodaków, którzy skłonni byli uznać powstańców jeśli już nie za zdrajców, to za niebezpiecznych awanturników.
Jak bezlitośnie była w tym okresie niszczona pamięć o powstaniu warszawskim, można się przekonać, czytając wydaną przez IPN w 2004 r. książkę "Aresztowane powstanie". Zawiera ona wybór wspomnień kilkunastu powstańców spisanych wkrótce po zakończeniu wojny, które następnie - podczas aresztowań i rewizji - wpadły w ręce bezpieki i przez kilkadziesiąt następnych lat pozostawały całkowicie niedostępne.

Coraz głośniej o powstaniu
Pierwsza wielka zmiana nadeszła wraz z przełomem październikowym 1956 r., który oznaczał koniec najbardziej mrocznej, stalinowskiej fazy rządów komunistycznych nad Wisłą.
W ramach generalnej liberalizacji systemu Polakom pozwolono na oddolne i indywidualne czczenie pamięci powstania. Jednak dekada zmasowanego prania mózgów, zwłaszcza najmłodszych Polaków, pozostawiła po sobie trwałe ślady, co szczerze opisał w swoich wspomnieniach uważający się jeszcze wówczas za komunistę Jacek Kuroń.
"Pamiętam 1 sierpnia 1957 r.: pełno ludzi - może byłych powstańców - w panterkach, furażerkach i beretach, z biało-czerwonymi opaskami na rękawach, tłumy na Powązkach, na mieście nastrój jakby miało znowu wybuchnąć tamto powstanie. Mnie się zdawało, że to była szopka, maskarada. Byłem ślepy i głuchy" - pisał.
Ślepi nie byli natomiast funkcjonariusze Komitetu Centralnego PZPR, którzy jak ognia bali się pamięci o powstaniu i wniosków, do jakich prowadziła analiza przyczyn jego upadku.
Dlatego w 1958 r. wyciągnięto wnioski z nadmiernego poluzowania tego, co o powstaniu pisano w prasie rok wcześniej i wysłano redaktorom naczelnym gazet instrukcję, w której podkreślano: "W związku ze zbliżającą się rocznicą powstania warszawskiego nie istnieje polityczna potrzeba rozwijania szerokiej kampanii prasowej. (…) Nie należy dopuszczać do żadnych prób politycznej rehabilitacji obozu londyńskiego i przywódców powstania, ani też jakiejś szczególnej gloryfikacji powstania".
Pod rządami Gomułki, a następnie Gierka powstańców nie obrzucano już wyzwiskami, ale w dalszym ciągu krytykowano rząd londyński i podlegające mu dowództwo AK za nieprzyjazny stosunek do Związku Sowieckiego i chęć sięgnięcia po władzę w Polsce.
Kiedy przy okazji 25. rocznicy powstania władze zorientowały się, że różne wydawnictwa planują szereg okolicznościowych publikacji, część z nich została zablokowana, zaś w przypadku pozostałych obniżono ich nakłady oraz pozmieniano terminy ich edycji tak, by zbyt wiele nie trafiło równocześnie do księgarń.
We wspominanej wciąż przez wielu Polaków z nostalgią dekadzie gierkowskiej cenzura nie dopuszczała do druku w gazetach jakichkolwiek informacji o rocznicowych spotkaniach byłych powstańców przy pomnikach czy na cmentarzach. Równocześnie Służba Bezpieczeństwa intensywnie rozpracowywała organizatorów tego rodzaju przedsięwzięć.
Wielka zmiana nadeszła wraz z narodzinami "Solidarności" w 1980 r., kiedy rzetelne opracowania historyczne na temat powstania zaczęły docierać do coraz większej liczby odbiorców. Sytuacji nie zmieniło też wprowadzenie stanu wojennego, bowiem nie powstrzymał on rozkwitu wspomnianego drugiego obiegu wydawniczego.
Dlatego w latach 80. ekipa Jaruzelskiego w coraz większym stopniu pozwalała mówić na temat powstania również w oficjalnych mediach. Przekaz w dalszym ciągu podlegał cenzurze, ale jej ostrość była już bez porównania mniejsza. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bowiem kiedy jesienią 1983 r. przeprowadzono badania socjologiczne na temat najważniejszych rocznic historycznych, okazało się, że bardzo wielu Polaków wskazuje na datę 1 sierpnia.

Dramatyczna klęska czy 63 dni wolności?
Po upadku rządów komunistycznych w 1989 r. w mówieniu prawdy o powstaniu nikt już nie przeszkadzał. Równocześnie jednak aparat państwowy, wcześniej tak mocno zaangażowany w fałszowanie naszych dziejów najnowszych, okazał się dość obojętny wobec prób przywracania pamięci.
Zgodnie z duchem ówczesnej polityki historycznej pamięć o przeszłości miała pozostać sprawą prywatną obywateli, a tym ostatnim proponowano - już jako zbiorowości wyposażonej w prawo głosu - by "wybrali przyszłość". Wynikało to z silnej pozycji politycznej postkomunistycznego SLD, który z oczywistych względów nie chciał wracać do niewygodnej przeszłości.
Dopiero z początkiem XXI w. o powstaniu zaczęto mówić i szerzej, i częściej. Pierwsi byli pracownicy IPN, którzy wydali kilka książek i zorganizowali szereg konferencji dotyczących powstania. Jednak prawdziwym przełomem stało się otwarcie - w 60. rocznicę wybuchu - Muzeum Powstania Warszawskiego, które odwiedziło już ponad 10 milionów ludzi.
Olbrzymi sukces tego muzeum wywołał głosy krytyki, że upowszechniając kult powstania, utrudnia się dyskusję o tym, czy Polska nie zapłaciła zbyt wysokiej ceny za decyzję dowództwa Armii Krajowej z lata 1944 r.
Muzeum, o co trudno mieć do jego twórców pretensje, koncentruje się wszak na powstańcach - ich bohaterstwie i poświęceniu oraz przebiegu prowadzonych walk. Jednak nawet w nim, podczas projekcji filmu "Miasto ruin", można sobie uświadomić, że główną ofiarą powstania była ludność cywilna.
Dokładnej liczby zabitych nie da się już ustalić, ale pojawiająca się - i to jako dolna granica - liczba 150 tysięcy, przy 16 tysiącach poległych powstańców musi skłaniać do bardzo smutnej refleksji. Dlatego właśnie mam duży dystans do dominującej obecnie narracji, w której zamiast głębokiej żałoby, próbuje się sugerować, że powstanie było w jakimkolwiek wymiarze naszym sukcesem. Przeciwnie, było dramatyczną klęską, która obciąża ówczesne dowództwo AK z gen. Tadeuszem Borem-Komorowskim na czele.
Od lat każdego 1 sierpnia przypomina mi się następująca wypowiedź zmarłego w 2016 r. powstańca, historyka prof. Jana Ciechanowskiego, który mimo nostalgii też miał problem ze stwierdzeniem, że warto było wówczas chwycić za broń:
"Dla mnie, jako 14-letniego chłopca, powstanie było chyba najpiękniejszym okresem w moim życiu. Właściwie wszystko było proste. Trzeba bić się z Niemcami, bo jeżeli ktoś się podda, to go zabiją. Lepiej bić się i czekać na pomoc, która - zresztą wiadomo już później było, że nie przyjdzie, więc myśmy bili się do końca. Taki był rozkaz, to myśmy ten rozkaz wykonywali" - mówił Ciechanowski.
"To była wielka gra z ostrą amunicją, więc marzyłem w czasie okupacji o tym. Ale dzisiaj, jako historyk, jako dojrzały człowiek, jak pomyślę, że zginęło 200 tysięcy ludzi, 83 procent miasta zostało zniszczone, Niemcy - tylko o tym się tak głośno nie mówi - 1570 zabitych mieli i 9043 rannych, to właściwie ich straty były niewspółmierne. Tak jak generał Anders powiedział kiedyś, że powstanie właściwie ułatwiło komunistom skomunizowanie tego kraju, a Niemcom wyniszczenie całej naszej Warszawy, elity, skarbów narodowych. Jest pytanie: czy to się opłacało? Są ludzie, którzy mówią: 'A tak, opłacało się, bo przez 63 dni byliśmy wolni'. Co to znaczy wolni? Siedzieli ludzie w piwnicy, dostawali rozgrzeszenie i czekali. Na co? Bo myśmy jednak byli w akcji, a ci ludzie? I to ginęli starcy. Nie, tu trzeba się zastanowić, czy to było warte" - wskazywał.
Antoni Dudek
















