Polski czerwiec. Dwa wydarzenia, które zmieniły bieg historii
Dla rządzących powojenną Polską komunistów czerwiec nie był szczęśliwym miesiącem. Wszak to w czerwcu 1989 r. przegrali plebiscyt na temat swoich rządów, ubrany w szaty częściowo demokratycznych wyborów, co zapoczątkowało ostateczny upadek PRL, ale już wcześniej - i to dwukrotnie - czerwcowe strajki i demonstracje uliczne nadwerężały jej fundamenty.

Rewolta robotnicza w Poznaniu 28 czerwca 1956 r. i mające miejsce niemal dokładnie 20 lat później - bo 25 czerwca - demonstracje w Radomiu, Ursusie i Płocku są dziś wymieniane jednym tchem jako tzw. polskie miesiące, symbolizujące opór społeczny przeciwko rządom komunistycznym.
W rzeczywistości jednak, obok trudnych do zakwestionowania podobieństw, wydarzenia, których okrągłe rocznice będziemy wkrótce obchodzić, znacznie więcej dzieli niż łączy.
O Poznańskim Czerwcu '56 niektórzy mówią wręcz jako o ostatnim polskim powstaniu narodowym. W takiej ocenie jest jednak sporo przesady, nie tylko z uwagi na całkowicie spontaniczny wybuch protestu.
Również w jego późniejszej jego fazie, gdy demonstranci uzbrojeni w ponad 200 sztuk broni palnej (zdobytej głównie w więzieniu na ul. Młyńskiej) bezskutecznie próbowali przez kilka godzin zdobyć gmach Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, nikt nimi nie dowodził.

Zarazem jednak bilans walk w Poznaniu, trwających niewiele ponad dobę, był wyjątkowo krwawy, bowiem śmierć poniosło 58 osób (w tym ośmiu ubeków i żołnierzy), zaś rannych zostało blisko 600. Zaciętości walk dowodzi także wystrzelenie około 180 tys. sztuk amunicji oraz zniszczenie w ich trakcie ponad 30 czołgów i samochodów wojskowych.
W porównaniu z poznańską rewoltą robotnicze protesty z 1976 roku wydają się mniej dramatyczne. Zginęły podczas nich dwie osoby - nie z rąk pacyfikującej milicji w Radomiu, lecz na skutek nieszczęśliwego wypadku. Warto jednak pamiętać, że oprócz demonstracji w trzech miastach, 25 czerwca 1976 r. wybuchły również strajki w niemal 100 zakładach pracy, rozsianych po ponad 20 województwach.
Można przypuszczać, że gdyby nie błyskawiczna reakcja kierownictwa PZPR oraz odwołanie przez premiera Piotra Jaroszewicza decyzji o podwyżkach w telewizyjnym wystąpieniu, protesty następnego dnia przybrałyby znacznie większą skalę.
Nie zmienia to jednak faktu, że podczas gdy w Poznaniu doszło do starcia nierównych, choć uzbrojonych stron, 20 lat później milicja - na osobisty rozkaz Edwarda Gierka - pacyfikowała nieuzbrojony tłum, nie używając broni palnej.
Wolność czy kiełbasa?
Wprawdzie oba dramatyczne wydarzenia wyrastały z podobnego, ekonomicznego podłoża, różnił je jednak nie tylko przebieg, lecz także świadomość protestujących. W 1976 r. cel demonstrantów był od początku jednoznaczny: wymusić wycofanie podwyżek cen żywności.
Tymczasem w Poznaniu, gdzie robotnicy początkowo pokojowo domagali się wypłaty należnych wynagrodzeń, z czasem doszło do wyraźnej ewolucji postaw. Nastroje, zrazu umiarkowane, stopniowo się radykalizowały, nadając protestowi wyraźnie polityczny charakter. Świadczyły o tym skandowane hasła: "Precz z bolszewikami" oraz "Żądamy wolnych wyborów".
To, co w Poznaniu było jedynie wstępem do zbrojnej konfrontacji z funkcjonariuszami bezpieki broniącymi swojej siedziby - ostatniego bastionu komunistycznej władzy w mieście - dwie dekady później w Radomiu stało się już apogeum buntu. W większości bierny tłum, zgromadzony przed splądrowanym radomskim Komitetem Wojewódzkim PZPR, został szybko rozproszony przez sprowadzone drogą lotniczą oddziały ZOMO.
Z kolei w Ursusie i Płocku milicja przystąpiła do ataku dopiero w chwili, gdy - po ogłoszeniu przez Jaroszewicza decyzji o cofnięciu podwyżek - uczestnicy zaczęli się rozchodzić.
Jednak różnice między dwoma czerwcami nie sprowadzają się tylko do różnej skali wydarzeń oraz ich przebiegu. Najważniejsza wydaje się ich odmienna rola w historii PRL. Poznański Czerwiec okazał się katalizatorem, gwałtownie przyspieszającym proces destalinizacji, po którym system komunistyczny w Polsce nigdy już nie powrócił do stadium masowego terroru i skrajnej ideologizacji wszystkich dziedzin życia społecznego.
Wprawdzie natychmiast po pacyfikacji zbuntowanego Poznania premier Józef Cyrankiewicz, w wygłoszonym wieczorem 29 czerwca przemówieniu radiowym, groził, że każdy, kto odważy się "podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji", ale epoka wielkiego strachu miała się już ku końcowi.

Skalę osłabienia reżimu, jaką przyniósł rok 1956, najlepiej ilustruje gwałtowne kurczenie się tajnej policji i jej sieci agenturalnej. W końcu tego roku szeregi bezpieki opuściła połowa z ponad 20 tys. jej funkcjonariuszy, a liczba konfidentów stopniała o ponad dwie trzecie, osiągając na początku 1957 r. najniższy w dziejach PRL poziom 11,5 tys.
Znikły też najbardziej rażące przejawy zależności od Kremla w postaci sowieckich generałów dowodzących Wojskiem Polskim oraz dostaw węgla do ZSRR za ułamek jego wartości rynkowej. Rozwiązano większość z dziewięciu tys. spółdzielni produkcyjnych, stworzonych w czasach Bieruta przez sterroryzowanych chłopów.
Do kilku diecezji mogli powrócić usunięci z nich biskupi z prymasem Wyszyńskim na czele. Wszystko to było efektem przełomu październikowego, pod który cztery miesiące wcześniej fundament położyli poznańscy robotnicy. Przyznał to, choć bez entuzjazmu, nawet Władysław Gomułka, któremu poznańska rewolta wydatnie ułatwiła powrót do władzy.
"Przyczyny tragedii poznańskiej" - mówił na plenum KC PZPR na którym wybrano go I sekretarzem - "tkwią w nas, w kierownictwie partii, w rządzie. Materiał palny zbierał się całe lata".
Zmiany, do jakich doszło za sprawą strajków i demonstracji z czerwca 1976 r., nie były tak znaczące, ani równie szybkie, ale nie ulega wątpliwości, że to na ulicach Radomia legł w gruzach mit tzw. drugiej Polski, pracowicie konstruowany przez ekipę Gierka.
Wprawdzie błyskawiczny unik, polegający na wycofaniu się z podwyżki, pozwolił jej na utrzymanie się u steru jeszcze przez cztery lata, ale był to już okres narastania kryzysu ekonomicznego, symbolizowanego przez wprowadzone - jako pierwsze - kartki na cukier.
Obawy przed reakcją Zachodu, od którego ekipa Gierka uzależniła się mocno za sprawą kolejnych kredytów, uniemożliwiały zastosowanie najostrzejszych represji, co z kolei stworzyło klimat pozwalający na narodziny opozycji demokratycznej.
Powstanie we wrześniu 1976 r. Komitetu Obrony Robotników, który zaczął się domagać uwolnienia osób uwięzionych po czerwcowych protestach i nieść pomoc ich rodzinom, byłoby 20 lat wcześniej niewyobrażalne. W Polsce Ochaba i Gomułki inicjatorzy KOR trafiliby z miejsca na lata do więzienia za stworzenie nielegalnej organizacji.
W Polsce Gierka było to już możliwe i dlatego to właśnie w czerwcu 1976 r. rządząca PZPR znalazła się na równi pochyłej, wiodącej ku największej w dziejach Polski fali strajków oraz narodzinom "Solidarności" latem 1980 r.
Dwie dekady stabilizacji
Poznań '56 i Radom '76 wyznaczają symboliczne ramy 20-letniego okresu środkowej fazy PRL-u. Był to czas naznaczony złagodzeniem represji, wiarą w możliwość reformowania systemu komunistycznego oraz jego faktyczną stabilizacją. Stabilizacja ta szła w parze z szeroką społeczną akceptacją wielu podstawowych założeń ustroju, w tym także przewodniej roli PZPR.
Nieprzypadkowo ani uczestnicy protestów studenckich w marcu 1968 roku, ani demonstranci biorący udział w wydarzeniach Grudnia '70 na Wybrzeżu nie kwestionowali samych fundamentów systemu realnego socjalizmu. Domagali się raczej, by władze PRL przestrzegały głoszonych przez siebie zasad - zapisanych choćby w konstytucji - dotyczących równości społecznej i swobód obywatelskich.
Odmiennie wyglądała sytuacja w Poznaniu w 1956 r. Tam buntujący się tłum nie oczekiwał reformy systemu, lecz jego upadku. Do podobnego sposobu myślenia Polacy stopniowo powracali po narodzinach solidarnościowej rewolucji. Jej brutalne stłumienie poprzez wprowadzenie stanu wojennego ostatecznie pozbawiło większość społeczeństwa złudzeń co do możliwości nadania komunistycznemu reżimowi "ludzkiej twarzy".
Czerwcowe zakręty zmieniły bieg naszej historii najnowszej. Jak wskazują przykłady sąsiedniej Czechosłowacji czy NRD, bez determinacji okazanej przez Poznaniaków stalinizm bez Stalina mógł trwać w Polsce nawet 10 lat dłużej.
Gdyby tak się stało, polscy komuniści mogliby zlikwidować całkowicie prywatne rolnictwo oraz autonomię Kościoła, mocno już nadwerężoną po internowaniu prymasa Wyszyńskiego w 1953 r. PRL stałaby się wówczas - jak sąsiednie kraje - niemal stuprocentową kopią sowieckiego pierwowzoru.
Drugi z czerwcowych zakrętów nie był aż tak ostry jak ten z 1956 r., ale poślizg, w jaki wpadła w jego wyniku ekipa Gierka, okazał się z czasem na tyle poważny w skutkach, że nawet zmiana kierowcy nie była w stanie przywrócić pojazdowi o nazwie PRL pełnej sterowności.
Kiedy w 1989 r. próbowano pokonać nim trzeci czerwcowy zakręt w postaci kontraktowych wyborów parlamentarnych, okazało się to niewykonalne. Wysłużone hamulce nie wytrzymały i zmęczony kierowca wypadł w końcu z trasy.
Antoni Dudek













