Spis treści:
- Ranek 13 sierpnia 1944: Czołg na barykadzie
- Powstańcy zdobyli niemiecki czołg? Oficjalne rozkazy kontra emocje
- Czy był rozkaz? Spontaniczna defilada
- O jedną barykadę za daleko. Eksplozja i pamięć o tragedii
- Setki ofiar, winnych brak
13 sierpnia 1944 dla powstańców na warszawskiej Starówce okazał się wyjątkowo tragiczny. Tego dnia na ulicy Kilińskiego eksplodował niemiecki pojazd opancerzony. Powstańcze gazety krzyczały pełnymi oburzenia nagłówkami o czołgu-pułapce i niemieckim koniu trojańskim. Dziś historycy mają wątpliwości, czy tragedia była efektem niemieckiego podstępu, czy też może zaniedbań ze strony powstańców.
Ranek 13 sierpnia 1944: Czołg na barykadzie
Tej sierpniowej niedzieli Powstanie Warszawskie trwało już niemal dwa tygodnie. Starówka była wciąż nękana niemieckim ogniem. Rankiem 13 sierpnia na barykadę stojącą na ulicy Podwale wjechał pojazd gąsienicowy. Nie był to czołg, lecz transporter Schwerer Ladungsträger Borgward B IV. Tego jednak dowiedzieliśmy się dopiero w latach 70-tych na podstawie badań historycznych.
Pojazdy typu Borgward służyły do transportu ładunków wybuchowych potrzebnych do wysadzania barykad i umocnień. Były zdalnie sterowane, co w tamtych czasach oznaczało, że kierowca podprowadzał transporter pod cel, opuszczał pojazd, po czym detonował ładunek zdalnie.
Celem wysłania Borgwarda pod barykadę było więc jej wysadzenie. Powstańcy z batalionu Gustaw wystraszyli jednak kierowcę, rzucając w niego butelkami z benzyną. Pojazd utknął na barykadzie i stał tam od rana, wzbudzając zainteresowanie powstańców i ludności cywilnej.
Powstańcy zdobyli niemiecki czołg? Oficjalne rozkazy kontra emocje
Po sprawdzeniu niemieckiego transportera powstańcy stwierdzili, że w środku nie ma ludzi, ale jest skomplikowana aparatura. Kapitan Gustaw (Ludwik Gawrych), dowodzący tamtejszym batalionem, zakazał zbliżania się do pojazdu, zanim nie zostanie dokładnie zbadany.
Poinformował o nim swojego przełożonego, majora Roga. Ten stwierdził, że wszelkie działania w tej sprawie najlepiej wstrzymać do zmierzchu.
Nowina o "zdobytym niemieckim czołgu" rozniosła się jednak wśród powstańców i Warszawiaków lotem błyskawicy, wzbudzając ekscytację. Wiele osób podchodziło pod barykadę, by zobaczyć go na własne oczy. Wśród porażek zbrojnego zrywu i trwających od kilkunastu dni walk wszyscy spragnieni byli jakichś dobrych wiadomości.
Czy był rozkaz? Spontaniczna defilada
Około godziny 16:00 kilku nastoletnich powstańców uruchomiło Borgwarda. Na barykadzie nie było dowódców, a młodzi bojownicy powoływali się na rozkaz ustny. Czy ktoś rzeczywiście taki wydał? Historycy do dziś nie mają pewności. Pojazd powoli zaczął sunąć ulicami Starówki w kierunku Rynku Starego Miasta. Po drodze dołączali do niego uradowani mieszkańcy Warszawy, tworząc spontaniczną, niewielką defiladę.
Według niektórych relacji, kiedy powstańcy dotarli przed kwaterę majora Roga, ten wręczył im polską flagę. Pochód z niemieckim "zdobytym czołgiem" ruszył dalej ulicą Długą, w kierunku Kilińskiego, gdzie stacjonował generał Bór.
Po drodze mieszkańcy rozbierali szybko barykady, by przepuścić pojazd, po czym dołączali do radosnej defilady. Na Kilińskiego liczyła ona już kilkaset osób. Wtedy uliczkami Starówki wstrząsnął wybuch.

O jedną barykadę za daleko. Eksplozja i pamięć o tragedii
Dlaczego doszło do eksplozji? Naocznych świadków wydarzenia pozostało niewielu, ale z ich zeznań wynika, że wybuch nastąpił w chwili, kiedy pojazd miał sforsować jedną z niższych barykad.
Sięgała zaledwie metra wysokości, więc kierowca chciał przez nią przejechać bez jej rozbierania. Borgward jednak utknął, pancerz zsunął się z podwozia, ludzie chcieli go podnosić. Być może kierowca zaczął w panice ciągnąć za różne dźwignie i uruchomił mechanizm detonacji, być może była to wina naruszenia samego ładunku.
Wybuch dosłownie zmiótł z ziemi około 300 osób znajdujących się w pobliżu. Po opadnięciu kurzu ich szczątki znajdowano w odległości kilkuset metrów od eksplozji, kolejne setki osób zostało rannych.
Widok zmasakrowanych ciał powstańców i cywilów stał się jednym z najtragiczniejszych obrazów Powstania Warszawskiego. Do dziś 13 sierpnia jest obchodzony jako Dzień Pamięci Starówki. Przy archikatedrze św. Jana można zobaczyć fragment gąsienicy pojazdu, upamiętniający tę tragedię.
Setki ofiar, winnych brak
Historycy nie są zgodni co do tego, kto był prawdziwym winnym tej eksplozji. Łukasz Mieszkowski, autor książki "Tajemnicza rana. Mit czołgu-pułapki w Powstaniu Warszawskim" wskazuje w analizach, że doszło tu najprawdopodobniej do splotu wielu okoliczności.
Kapitan Gustaw mógł wezwać saperów do sprawdzenia pojazdu, choć nie wiadomo, czy tego nie zrobił. Nie jest też pewne, czy uruchomienie pojazdu było czyimś rozkazem, czy niesubordynacją nastoletnich powstańców, niesionych emocjami tłumu. Major Róg również nie zatrzymał tryumfalnego pochodu, lekceważąc to, że transporter nie został sprawdzony.
Po wojnie dowódcy przerzucali się nawzajem odpowiedzialnością za to wydarzenie. Dziś trudno rozstrzygnąć, czyja decyzja zaważyła na tym, że pojazd ruszył ulicami Starówki. Być może nawet zawinił nie tyle bezpośredni rozkaz, ile zaniechania i problemy w komunikacji. Jedno jest pewne: zdobyczny transporter nie był niemieckim koniem trojańskim. Okupant chciał się nim posłużyć do zniszczenia barykady na ulicy Podwale, w której pojazd utknął.
Źródło: Łukasz Mieszkowski, "Tajemnicza rana. Mit czołgu-pułapki w Powstaniu Warszawskim" Wydawnictwo W.A.B. (Grupa Wydawnicza Foksal), Warszawa 2014.












