Reklama

Reklama

Łuna nad Allenstein

Gdy 17 lutego 1945 roku do Olsztyna przyjechała pierwsza grupa polskich kolejarzy, miasto płonęło.

O tych sprawach po drugiej wojnie światowej publicznie się nie mówiło i nie pisało. Stąd też za życia księdza prałata Jana Hanowskiego, który zmarł w roku 1968 w wieku 95 lat, nikt nie zapytał go, w jakich okolicznościach i gdzie konkretnie uzyskał od Rosjan to - sensacyjne z dzisiejszego punktu widzenia - pismo.

Te dwa zdania napisane zostały po rosyjsku ołówkiem na wyrwanej z zeszytu kartce w kratkę przez tę samą osobę, która pod tym krótkim tekstem się podpisała. Kartka jest pobrudzona i pomięta, co świadczy, że często była okazywana różnym osobom. Zamieszczony nań tekst w tłumaczeniu na język polski nakazuje: "Kościołów nie palić. Zamieszani w podpalenie będą pociągani do odpowiedzialności zgodnie z prawem wojennym. Komendant". I pod nieczytelnym podpisem komendanta wojennego miasta widnieje data: "21.I.45".

Reklama

Wskazuje ona, że albo podpisująca osoba się pomyliła o jeden dzień, albo naszą wiedzę o zajęciu wschodniopruskiego miasta Allenstein (obecnego Olsztyna) przez Armię Czerwoną trzeba skorygować o co najmniej kilka godzin. I rzeczywiście, najnowsze ustalenia o tej tragicznej - jak jeszcze zobaczymy - nocy z niedzieli 21 na poniedziałek 22 stycznia 1945 roku wskazują, że czołowe patrole radzieckie z wchodzącego w skład wojsk 2. Frontu Białoruskiego 3. Korpusu Kawalerii Gwardii mogły dotrzeć do centrum Allenstein w okolice Marktplatz (rynku staromiejskiego) krótko przed północą czasu moskiewskiego, a więc między 21:00 a 22:00 czasu miejscowego. Nie świadczy to jednak, że dokument ów mógł zostać podpisany krótko po północy czasu moskiewskiego, na co ksiądz Hanowski nie zwrócił uwagi, bo dla niego nadal trwała niedziela.

Wiele wskazuje, że 72-letni ksiądz Jan Hanowski wieczorem 21 stycznia wyszedł na spotkanie oficerom radzieckim, którzy nagle pojawili się w okolicach kościoła świętego Jakuba (obecnej katedry archidiecezji warmińskiej). Napotkany przez nich sędziwy "pop" okazał się być katolickim księdzem, proboszczem parafii świętego Jakuba, który przemówił po polsku, zapraszając oficerów Armii Czerwonej albo na plebanię, albo do pobliskiego domu parafialnego, gdzie schroniła się grupa wiernych. Zapewne poczęstował ich jakimś zacnym trunkiem i wyjednał od najwyższego rangą oficera znane nam już pismo.

Tak to musiało wyglądać. Rozmowa na pewno przebiegła w spokojnej, być może nawet w dobrej atmosferze, bo Rosjanie widzieli w nim Polaka a nie Niemca, chociaż faktycznie był on Warmiakiem znającym język polski. W tamtą mroźną styczniową noc ksiądz Hanowski nie tylko ocalił głowę, ale także otrzymał pismo na wagę - jak się okaże w najbliższych tygodniach - unikatowych zabytków architektury sakralnej Olsztyna. Bo gdy wkrótce nad Allenstein pojawi się morze ognia, płomienie nawet nie lizną kościelnych murów.

Martwy rozkaz Rokossowskiego

"Jeśli zabiłeś jednego Niemca, zabij jeszcze jednego. Dla nas nie ma lepszego widoku niż niemieckie trupy. Nie licz kilometrów! Licz tylko zabitych przez siebie Niemców!" - apelował do czerwonoarmistów radziecki pisarz i dziennikarz Ilia Erenburg w ulotce wręczanej żołnierzom na początku stycznia 1945 roku. Wielu, bardzo wielu z nich nie trzeba było namawiać. Dyszeli żądzą zemsty za zniszczone miasta i wioski na okupowanych ziemiach ZSRR. Za śmierć milionów Rosjan, Białorusinów i Ukraińców, w tym zwłaszcza kobiet i dzieci zapłacą teraz niemieckie kobiety i niemieckie dzieci. "Dziewięciu, dziesięciu, dwunastu naraz - gwałcili, nie oglądając się na nic i na nikogo" - pisał walczący w Prusach Wschodnich w mundurze oficera Armii Czerwonej dramaturg Zachar Agranienko.

Zbrodnie, gwałty i grabieże znaczyły szlak Armii Czerwonej od Narwi i Wisły aż do Berlina, ale ich wyjątkowe natężenie nastąpiło w Prusach Wschodnich i na Górnym Śląsku z jednego tylko powodu. To były pierwsze niemieckie prowincje, na które wtoczył się czerwony walec, miażdżąc wszystko po drodze. Przedwojenne ziemie polskie były na ogół oszczędzane. Radzieckie służby specjalne, przy pomocy wojsk NKWD, polowały tam tylko na żołnierzy i polityków podziemnego państwa polskiego.

Dla mieszkańców Prus Wschodnich spotkanie z czerwonoarmistami różnie wyglądało. Niemal wszyscy z nich polowali na zegarki. Wielu gwałciło, nie bacząc nawet na obecność dzieci czy czasami także męża gwałconej. Zachowała się jednak relacja niejakiej Elfrydy Tonk z Łajsk koło Pieniężna, która wspominała i o takim spotkaniu z żołnierzami Józefa Stalina: "1 lutego wkroczyli Sowieci. [...] Byłam zdziwiona, gdy do naszego gospodarstwa około 25 żołnierzy przyszło na nocną kwaterę. Przed domem w śniegu uklękli, modlili się i kulturalnie zajęli przeznaczone pokoje. Starszy oficer zaczął nam tłumaczyć o zbrodniach dokonanych w Rosji przez wojsko niemieckie. Nie pozwoliła mu jednak wiara (po moim zdaniu), by móc się zemścić za własne krzywdy nad niewinnym ludem. [...] Jednak następne wojsko odnosiło się w niemożliwy sposób do kobiet, matek i chłopców".

Bo najgorsi byli właśnie ci z drugiej linii. To głównie oni mordowali i gwałcili, najczęściej bezkarnie, bo przypadki pociągnięcia do odpowiedzialności sprawców choćby gwałtów czy zbrodni dałoby się policzyć na palcach rąk. W każdym razie były to przypadki nieliczne i sprowadzały się głównie do zastrzelenia winnego żołnierza przez wyższego oficera bez całej procedury przed sądem wojskowym.

Wprawdzie marszałek Konstanty Rokossowski jako dowódca 2. Frontu Białoruskiego w tamtych dniach wydał rozkaz numer 6., w którym usiłował "skierować uczucia nienawiści [do Niemców] na walkę z wrogiem na polu bitwy" i wyznaczał surowe kary za "grabieże, rabunki, gwałty i podpalenia", to jednak pozostał on praktycznie martwy. Rozkazu tego nie przestrzegał zwłaszcza średni i niski szczebel dowodzenia.

Kortowska rzeź

Ci z olsztynian, którzy nie bacząc na zarządzenie o ewakuacji, pozostali w mieście, zapamiętali, że w niedzielę, 21 stycznia 1945 roku, przez uliczne megafony przemawiał nadburmistrz Allenstein Fritz Schiedat. Mówił o powstrzymaniu ofensywy rosyjskiej na przedpolach miasta i w oratorskim zapale krzyczał, że zwycięska armia niemiecka nie wpuści do Allenstein ani jednego żołnierza rosyjskiego. Tymczasem polnymi i leśnymi drogami, z dala od zatłoczonych wojskiem i cywilnymi uciekinierami szos, do miasta skrycie zbliżali się czerwonoarmiści z 3. Korpusu Kawalerii Gwardii pod dowództwem generała Nikołaja Oslikowskiego. Po wojnie generał wspominał, że jego żołnierzy prowadził Polak o nazwisku Przybyszewski. Tej informacji nie da się już zweryfikować, ani ustalić, kim mógł być ów Polak.

Praktycznie niebroniony Olsztyn kawalerzyści Oslikowskiego zaatakowali w nocy z 21 na 22 i opanowali w ciągu dnia 22 stycznia, tu i ówdzie likwidując jakieś niewielkie gniazda oporu obsadzone głównie przez volkssturmistów.

Pierwszy cios spadł na południowo-zachodnią dzielnicę Kortau (dzisiejsze Kortowo), gdzie  w budynkach szpitalnych Prowincjonalnego Zakładu Leczniczo-Opiekuńczego dla Obłąkanych i lazaretu wojskowego przebywało wówczas około 600 osób, w tym około stu psychicznie chorych, 240 ciężko rannych żołnierzy, szpitalny personel medyczny oraz wielu cywilnych uciekinierów z pobliskich miejscowości, głównie kobiet i dzieci, którzy schronili się w budynkach oznaczonych znakiem Czerwonego Krzyża. Liczyli, że w takim miejscu będą bezpieczni.

Spory teren zajmowany przez oba szpitale w nocy z 21 na 22 stycznia błyskawicznie opanowali żołnierze z 5. Dywizji Kawalerii Gwardii wchodzącej w skład brygady Oslikowskiego. I natychmiast zaczęła się rzeź. Ciężko rannych żołnierzy niemieckich mordowano głównie w łóżkach, inni ginęli w płomieniach, a śmiertelnie przerażonych cywilów czerwonoarmiści gromadzili w kilkunastoosobowe grupy i co jakiś czas rozstrzeliwali między budynkami szpitalnymi.

Krótko po północy 22 stycznia ówczesną Hohensteiner-Strasse (obecną aleją Warszawską) w kilkudziesięcioosobowej grupie Allenstein opuszczała dziewiętnastoletnia Niemka. Grupa ta przechodziła koło szpitali kortowskich. Położony najbliżej drogi wylotowej na Hohenstein (Olsztynek) duży budynek szpitalny płonął. "Widziała ona wtedy sceny, które wręcz ją sparaliżowały i na zawsze wryły się w pamięć. Pośród odgłosów wystrzałów i przeraźliwego krzyku dostrzegła ona ludzi wyskakujących z okien objętego ogniem budynku. Ludzie ci, szukając ratunku przed płomieniami, gromadzili się na parapetach okien, a kiedy płomienie zaczęły ich dosięgać, skakali na zewnątrz, spadając bezwładnie z dużej wysokości na ziemię. Ponosili śmierć na miejscu lub byli dobijani przez czerwonoarmistów strzałami z broni ręcznej" - pisał Stanisław Piechocki w książce "Olsztyn styczeń 1945. Portret miasta".

Śmierć dopadła również tych, którzy dotychczas decydowali o śmierci innych. Kortowskich lekarzy Rosjanie znaleźli ukrytych na strychu willi przy Hohensteiner-Strasse i tam też powiesili. Tak zginęli Arthur Powels, Johannes Berg i ich asystenci. Wszyscy oni byli wtajemniczeni w cele zbrodniczej akcji T4 i aktywnie uczestniczyli w programie eutanazji psychicznie chorych. Dyrektora Zakładu dla Obłąkanych Kurta Hauptmanna i jego żonę Rosjanie zastrzelili w służbowej wilii na terenie szpitala.

Kortowscy lekarze życiem zapłacili za swe - nazwijmy rzecz po imieniu - zbrodnie, ale wieszający ich czerwonoarmiści nigdy nie słyszeli o akcji T4 i programie eutanazji. Oni wieszali znienawidzonych Niemców, podobnie jak strzelali do niemieckich kobiet, dzieci i rannych żołnierzy niemieckich.

Z miejsca rzezi udało się uciec kilkudziesięciu osobom. Ucieczce sprzyjała noc, ale na tle śniegu i w blasku łuny bijącej od płonących zabudowań byli nieźle widoczni. W pościg za nimi ruszyli czerwonoarmiści, rychło dopadając uciekinierów. Zabijano ich w miejscu ujęcia, choćby na tafli zamarzniętego jeziora Kort-See (Kortowskiego).

Przed południem 22 stycznia w sztabie 5. Dywizji Kawalerii Gwardii generała N. Czepurkina lub wchodzącego w jego skład 24. pułku dowodzonego przez podpułkownika Pietiera Tkaczenkę, który to pułk otrzymał zadanie opanowania i oczyszczenia z przeciwnika między innymi Kortau, prawdopodobnie zdano sobie sprawę, że nocnego okrucieństwa czerwonoarmistów, mordowania rannych żołnierzy i cywilów na terenie chronionym znakiem Czerwonego Krzyża, nie da się niczym usprawiedliwić. W dokumenty wojskowe wpisano więc potyczkę z wrogiem, a zamordowanych zaliczono do zabitych żołnierzy nieprzyjacielskich. Jednocześnie zintensyfikowano poszukiwania świadków kortowskiej rzezi. I chociaż w najbliższych dniach znaleziono ukrywających się w pobliskich zabudowaniach i natychmiast zastrzelono kolejnych uciekinierów, pojedynczym osobom udało się przeżyć tamten czas. Rosjanie nigdy też - aż do lat 90. XX wieku - nie dowiedzieli się, że całą rzeź obserwował z okienka szpitalnej kotłowni palacz - autochton. A następnie roztropnie ukrył się w swej kotłowni, gdzie przeczekał najtrudniejszy czas.

Śmierć księdza Klementa

O tym, jak wyglądał Allenstein w pierwszych dniach rządów radzieckiej administracji wojskowej można zobaczyć w zrealizowanym w 1945 roku filmie dokumentalnym "W łogowie zwieria", w Polsce znanego pod tytułem "W legowisku bestii". Nie widać w nim jakichś dramatycznych zdjęć w rodzaju tych, które w tym samym filmie pokazywały na przykład całe kwartały płonących ulic w Tilsit czy Insterburgu. Inscenizowane głównie zdjęcia pokazują natomiast artylerię radziecką pod olsztyńskim Kortowem czy pędzących tam kawalerzystów Oslikowskiego. Prawdopodobnie te zdjęcia nakręcono kilka dni po zdobyciu Kortau, na krótko przed opuszczeniem Allenstein przez żołnierzy 3. Korpusu Kawalerii Gwardii. Widzimy również przebranych w białe kombinezony maskujące żołnierzy nacierających lub raczej udających natarcie w rejonie kościoła świętego Józefa na Zatorzu. Tam bowiem - jak twierdzą historycy - żadnych walk nie było. W pewnym momencie na ekranie pojawia się obsługa ciężkiego karabinu maszynowego, a za nimi widać fragment płotu plebanii. Tam, w piwnicy, konał proboszcz tej katolickiej parafii, ksiądz Bernhard Klement.

Nikt nie był świadkiem jego śmierci ani też postrzelenia, które nastąpiło nieco wcześniej w prezbiterium kościoła, gdzie na posadzce widniała duża plama krwi. Zostały też ślady zakrzepłej krwi wskazujące na czołganie się rannego człowieka w kierunku pobliskiej plebanii. I tam ksiądz Klement skonał. Jego zwłoki znaleziono kilka dni później, gdy sytuacja w mieście nieco się uspokoiła.

Podejrzenie, że zabili go Rosjanie było naturalne w sytuacji, gdy dla zdobywających Prusy Wschodnie czerwonoarmistów życie wroga - żołnierza czy cywila - nic nie znaczyło. Ale równie prawdopodobny był inny rozwój wydarzeń. Niemieckiego duchownego mogli zabić sami Niemcy. Ksiądz Klement był bowiem przeciwnikiem ewakuacji. W swym ostatnim kazaniu, wygłoszonym na niedzielnej mszy świętej 21 stycznia, nawoływał parafian do pozostania w Allenstein. I sam nie chciał opuścić miasta, gdy kilka godzin później wojsko przysłało po niego samochód.

Rankiem 22 stycznia do kościoła ponownie wtargnęli żołnierze niemieccy i zażądali od księdza proboszcza natychmiastowej ewakuacji w kierunku Guttstadt (Dobrego Miasta). Klement kolejny raz odmówił. W następnych godzinach przez Zatorze przetoczył się front. Duchownego mógł postrzelić albo jakiś sfanatyzowany hitlerowiec, albo pierwszy napotkany czerwonoarmista...

Po widoku kościoła świętego Józefa, na ekranie podczas projekcji filmu "W łogowie zwieria" oglądamy jeszcze kilka kamienic na Starym Mieście i zrzucanie flagi z gmachu poczty w centrum Olsztyna. Następne kadry przedstawiają defiladę zwycięzców na Friedrichstrasse (ulicy Szrajbera) u zbiegu z Unter-Kirchen-Strasse (ulicą Staszica). Tych kilkadziesiąt sekund projekcji w rzeczywistości dzieli spory upływ czasu - ponad półtora miesiąca. Czerwonoarmiści przed wspomnianym kościołem brną w zaspach śniegu. Ani śladu śniegu nie widać w tle spadającej flagi ze swastyką, a stojące w pobliżu poczty budynki mieszkalne są całe, podobnie zresztą jak kamieniczki staromiejskie. W ich oknach zachowały się wszystkie szyby. Natomiast defilada zwycięzców maszeruje w scenerii spalonego Starego Miasta. Tylko kościół świętego Jakuba jest cały.

Pierwsze pożary wybuchły w Allenstein już w nocy z 21 na 22 stycznia 1945 roku. Były one skutkiem taktyki stosowanej przez czerwonoarmistów podczas walk w mieście. Powszechnie używali oni miotaczy płomieni. A że w Allenstein punktów oporu hitlerowców nie było wiele, to i pożary udało się ograniczyć do minimum.

Armia Czerwona zdobyła więc prawie nietknięty przez ogień Olsztyn. Film "W łogowie zwieria" jest na to dowodem.

Sodoma i Gomora

Mijały kolejne wojenne dni przełomu stycznia i lutego 1945 roku. W Allenstein zelżał już nieco terror, jaki panował w pierwszych godzinach pobytu Armii Czerwonej w tym mieście na Łuną. Komendant wojenny "goroda Alensztajn" nie zapomniał o księdzu Hanowskim, na którego nazwisko wystawiono kolejne pisma między innymi gwarantujące mu bezpieczeństwo i nietykalność mieszkania oraz stałą przepustkę na godzinę policyjną. Podobne dokumenty otrzymał także duchowy przełożony olsztyńskich ewangelików, superintendent Fryderyk Rzadtki.

W tym też czasie zrobiono zdjęcie, które zamieszczono w radzieckim albumie zatytułowanym "Honorowa księga dowództwa Armii Czerwonej" i dokumentującym zwycięski szlak bojowy w operacji wschodniopruskiej. Każde zajęte przez Rosjan miasto pokazane jest przez najbardziej dlań charakterystyczne obiekty. W przypadku Olsztyna celnie wybrano Oberstrasse (obecną ulicę Staromiejską) z Wysoką Bramą. To stare centrum miasta jest całe i nie jest to wcale fotografia archiwalna z czasów niemieckich. Na ulicy stoi radziecka ciężarówka, widać nań też kilku czerwonoarmistów, a nad ulicą wisi cała tramwajowa sieć trakcyjna, a nad nią zawieszoną latarnię. Czytelne są szyldy sklepów znajdujących na parterze staromiejskich kamieniczek.

I oto nagle, gdzieś na początku drugiej dekady lutego, czerwonoarmiści z 49. Armii wchodzącej w skład 2. Frontu Białoruskiego zaczęli podpalać miasto. Olsztyn spalono bez powodu - twierdził zmarły w 2005 roku cytowany już tu prawnik, pisarz i badacz najnowszych dziejów Olsztyna, czyli Stanisław Piechocki. W "Gazecie Olsztyńskiej" w artykule "Łuny "wyzwolenia" zamieszczonym w wydaniu z 19-21 stycznia 1996 roku napisał: "Ukrywająca się od początku lutego 1945 roku w jednym z budynków przy ulicy Emilii Plater (Freiherr-vom-Stein-Strasse) mieszkanka Olsztyna podała, że gwałtowne i zmasowane pożary miasta wystąpiły nagle w połowie lutego. Osobiście widziała płonące Stare Miasto i przyległe ulice. Jak odnotowali w swych pamiętnikach białostoccy kolejarze, którzy przyjechali do miasta 17 lutego 1945 roku, płonęło akurat wiele budynków, między innymi obiekty dworcowe. Dopalały się zaś kamienice mieszkalne przy ulicach: Zientary-Malewskiej (Trautzigerstrasse) i Limanowskiego (Hermann Göring-Strasse)". Jeden ze wspomnianych kolejarzy zapamiętał, że "cały dworzec płonął, czarna chmura dymu stanęła nad dworcem. [...] Przy dworcu była Sodoma i Gomora, na skwerku leżało z 50 trupów w szpitalnych ubraniach, popalonych, nagie kobiety popalone. Łuna pożarów oświetlała cały Olsztyn".

Na Starym Mieście ocalały wszystkie kościoły, nie tylko katolickie. Czerwonoarmiści nie odważyli się złamać zarządzenia radzieckiego komendanta wojennego z 21 stycznia 1945 roku. Moc tej coraz bardziej pomiętej kartki papieru była piorunująca. Gdy płonęły staromiejskie kamieniczki, żołnierze radzieccy pilnowali, by ogień nie przerzucił się na stojący obok zabytkowy kościół świętego Jakuba. Tak było w całym mieście, w którym świątyń nie brakowało. Ocalał także zamek dawnej kapituły warmińskiej z wykonaną na jednej ze ścian przez Mikołaja Kopernika w 1517 roku unikatową tablicą astronomiczną.

W styczniu i lutym 1945 roku łuny wznieconych przez Rosjan pożarów oświetliły również Kętrzyn, Dobre Miasto, Ostródę, Nidzicę, Bartoszyce, Giżycko (by pozostać przy obecnych nazwach polskich) oraz wiele innych miast, miasteczek i wiosek Warmii i Mazur. Zakres niszczycielskich akcji czerwonoarmistów zaniepokoił w końcu wysokich rangą oficerów z dowództw obu frontów białoruskich. Również wielu komendantów wojennych zrozumiało, że jeśli nie powstrzyma się tej orgii podpaleń, wkrótce w Prusach Wschodnich zabraknie obiektów dla służb tyłowych Armii Czerwonej.

Wiosną 1945 roku Rosjanie rozpuszczali w spalonym Olsztynie pogłoski, że Allenstein podpalili Niemcy z Werwolfu, co było wierutną bzdurą. Nigdy jednak nie natrafiono na dokument władz politycznych lub wojskowych ZSRR, który bezpośrednio lub pośrednio nakazywałby żołnierzom radzieckim podpalanie zdobytych miast wschodniopruskich.  

Leszek Adamczewski

*Poznański dziennikarz i pisarz. Wieloletni współpracownik "Odkrywcy". Autor ponad 20 książek, cieszących się wielkim zainteresowaniem czytelników, poświęconych tajemniczym zdarzeniom z czasów II wojny światowej. W czerwcu tego roku ukazała się "Klęska gauleitera. Sensacje z Kraju Warty".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy