Reklama

Reklama

Gleiwitz - miejsce, gdzie dwukrotnie "Umarła Babka", czyli rzekoma operacja "Himmler"

​Niby wszystko wiadomo. Hitler potrzebował pretekstu do rozpoczęcia wojny, stąd pomysł napadu przez rzekomych polskich żołnierzy na niemiecką radiostację w Gliwicach i nadanie w eter fałszywego komunikatu w języku polskim. Dla nieobeznanych z przebiegiem przedwojennej polsko-niemieckiej granicy Gliwice (niem. Gleiwitz) leżały w III Rzeszy. Napad sfingowano, kogoś zabito, podrzucono ciała w mundurach polskich żołnierzy, i na tym właściwie wiedza się kończy. Aha. No i oczywiście z tego powodu wybuchła II wojna światowa.

Nie tak dawno w książce opisującej losy Krystyny Skarbek autorstwa Madelein Masson wyczytałem, że ataku na radiostację w Gliwicach dokonało około 100 ludzi przebranych w polskie mundury, i wszystkich ich niebawem zabito. Nie pierwszy to raz zetknąłem się z zupełnym przeinaczeniem faktów dotyczących rzekomej operacji "Himmler". Piszę rzekomej, bo tak naprawdę nigdy nie nadano jej takiego kryptonimu. W internecie można spotkać wiele "ciekawych" wersji tych wydarzeń, jak chociażby atak Naujocksa na czele dużej grupy uzbrojonych w polskie mundury więźniów na budynek radiostacji. Spróbujmy więc raz jeszcze przyjrzeć się tym wydarzeniom podkreślając to, co jeszcze dzisiaj możecie Państwo zobaczyć.

Pierwsza radiostacja

Reklama

Na początek parę ważnych faktów. 29 X 1923 r. w Berlinie niemiecka poczta oddała do użytku pierwszą radiostację. Specjalna europejska komisja przydzieliła Niemcom 21 różnych długości fal, najwięcej w całej Europie. W grudniu 1925 r. w Niemczech działało już 18 stacji radiowych. Jedna z nich była we Wrocławiu. W owym czasie w niemieckiej części Górnego Śląska zarejestrowano 476 słuchaczy, natomiast w polskiej części 227. Wynalazek był kosztowny. Miesięczny abonament wynosił 2 marki (przeciętny niemiecki robotnik zarabiał w tym czasie 100-120 marek miesięcznie), a radiowe aparaty lampowe były niesamowicie drogie. Dlatego skonstruowano tanie aparaty sprzedawane w częściach, które można było samemu złożyć (koszt 3,75 marek). Produkowało je wiele firm, w tym także kilka w Gliwicach.

Rozgłośnia radiowa we Wrocławiu funkcjonująca pod nazwą "Schlesische Funkstunde AG" (SFAG) była prywatna. Powstała w 1924 r. z inicjatywy niemieckiego fizyka, profesora uniwersytetu we Wrocławiu Otto Lummera (1860-1925), który był przewodniczącym jej rady nadzorczej. Należała do Towarzystwa Radiowego Rzeszy (niem. Reichs-Rundfunk-Gesellschaft). Dla potrzeb górnośląskich słuchaczy nieco wzmocniono siłę jej nadawania. Okazała się jednak niewystarczająca, aby skutecznie objąć swoim zasięgiem cały obszar Górnego Śląska, który musiał mieć własną stację nadawczą. Chęć posiadania jej na swoim terenie zgłosiły miasta: Bytom (niem. Beuthen O.S.), Zabrze (niem. Hindenburg O.S.) i Gliwice. Był to prestiż, o który warto było stoczyć bój. Prof. Lummer nie doczekał otwarcia nowej radiostacji w Gliwicach (zmarł w kwietniu 1925 r.), jednakże przed śmiercią zdążył jeszcze wskazać optymalną lokalizację nowej górnośląskiej radiostacji - wybór padł na leżące w pobliżu Gliwic Pyskowice (niem. Preiskretscham). Po jego śmierci zadecydowano, że będą to jednak Gliwice.

Pierwsze prace nad budową gliwickiej radiostacji ruszyły 15 VI 1925 roku. Przeprowadzono je bardzo sprawnie, gdyż zostały zakończone już 15 listopada tego samego roku. Prowadzono je wg projektu architekta Junga, będącego jednocześnie właścicielem firmy budowlanej wykonującej prace. Urodzony we Wrocławiu w 1875 r. Jung miał swoje biuro architektoniczne w Gliwicach (od 1893 r.). Zaprojektował istniejący do dzisiaj monumentalny budynek liceum im. Josepha von Eichendorffa w Gliwicach, fabrykę w Będzinie i budynek dyrekcji chorzowskiej huty "Batory". Budowę radiostacji nadzorował miejski radca budowlany Karl Schabik (1882-1945) wraz ze swoim pomocnikiem, mistrzem budowlanym Hennkiem.

Urodzony w Głubczycach Schabik w latach 1919-45 był gliwickim radcą budowlanym, a wg jego projektu powstała jedna z najsłynniejszych gliwickich budowli, czyli monumentalny, istniejący do dzisiaj, mocno przebudowany, gmach "Haus Oberschlesien" (stary doszczętnie spalił się w 1945 roku). Budynek radiostacji wzniesiono przy obecnej ul. Radiowej, zaraz za koszarami gliwickich ułanów. Samej budowli nadano ciekawą formę architektoniczną, a także artystyczną. Artysta-rzeźbiarz J.K. Kiunka zaprojektował 6 ozdobnych rozet (nieistniejących), które umieszczono pomiędzy środkowymi oknami na ścianie frontowej budynku. W tamtych czasach na parterze urządzono biura administracji, pomieszczenie nadajnika, studia radiowe i maszynownie.

Na wyższej kondygnacji znajdowały się 4 komfortowe mieszkania dla pracowników radiostacji i Urzędu Telegraficznego. Gmach posiada dwie kondygnacje, rozbudowany strych i jest podpiwniczony (istnieje do dzisiaj, obecnie mieści się w nim szpital). W ten sposób powstał jeden z największych budynków radiowych w całych Niemczech. Połączono go napowietrznym przewodem telefonicznym z radiostacją wrocławską. W 1927 r. owe połączenie zastąpiono kablem podziemnym, którego sygnał po drodze wzmacniały stacje przekaźnikowe w Koźlu (niem. Cosel) i Skorogoszczy (niem. Schurgast). 

Stalowe wieże

Gliwicka radiostacja została wyposażona w nowoczesny sprzęt, który miał usprawnić jej funkcjonowanie. Aby zapewnić dobre połączenie komunikacyjne z resztą miasta, przekonano dyrekcję gliwickich tramwajów by przedłużyć o jeden przystanek linię tramwajową, która dotąd kończyła się przy koszarach. Oficjalnego otwarcia budynku gliwickiej radiostacji dokonano 15 XI 1925 r. przy licznym udziale gliwickich notabli (sekretarz stanu dr Bredow, nadburmistrz Gliwic dr Geissler, nadprezydent prowincji dr Proske i starosta Harbig).

Główne techniczne wyposażenie budynku to dwie stalowe wieże, które stanęły po jego bokach. Obydwie miały wysokość 75 m. Dzieliła je odległość 94 metrów. Pomiędzy nimi rozciągnięto antenę nadawczą. Wewnątrz budynku zainstalowano nadajnik o mocy 0,25 kW. Wcześniej, w dniach 1-2 VIII 1925 r. ów nadajnik zaprezentowano wszystkim zainteresowanym na "Wystawie letniej radiosłuchaczy" urządzonej w gliwickim lunaparku. Zamontowany nadajnik dość szybko okazał się niewystarczający, więc miasto pozyskało nowy (firmy "Telefunken") o mocy 1,5 kW, za pomocą którego retransmitowano program radiowy z Wrocławia. Pracował on od 15 XI 1925 do 30 III 1928 r. na fali 253,4 m (później przekazano go do Świnoujścia, gdzie działał do 1929 roku). Gdy i ten okazał się niewystarczający, zainstalowano nowy nadajnik o mocy 5 kW, który pracował do 1935 roku. Pierwszą próbę radiową przeprowadzono 7 XI 1925 r. pomiędzy godz. 16:00 a 17:00, kiedy to nadawano komunikat: "Achtung, hier Welle 251" oraz muzykę katarynkową.

W 1927 r. w efekcie konkursu przeprowadzonego w gliwickim "Haus Oberschlesien" spikerem radiowym gliwickiej stacji została pani Grötzinger. W sierpniu 1927 r. na kierownika artystycznego wyznaczono Paula Kanię (urodzony w 1901 r. w Zabrzu górnośląski pisarz i dramaturg), którego wspierał Hans Schadewald (były szef redakcji gazety "Morgenpost" w Bytomiu). Osobą zarządzającą radiostacją od 1925 r. był Anton Wawrzik. Sygnałem, którym codziennie rozpoczynano program radiowy była górnicza pieśń "Glück auf, der Steiger kommt". Gliwicka radiostacja transmitowała wiele audycji nadawanych przez radiostację wrocławską, już wkrótce jednak dysponując własnym studiem radiowym zaczęła tworzyć swoje programy. Poruszano w nich problemy polityczne i społeczne Górnego Śląska, realizowano reportaże, nadawano muzykę, którą często nagrywano we własnym studiu radiowym. 

Skarga na Polaków

Radiostacja coraz bardziej się usamodzielniała, ale generowało to również coraz większe koszty zatrudnionego personelu. W 1927 r. pojawił się spory problem. W niedalekich Katowicach-Brynowie Polacy uruchomili własną, niezwykle silną stację radiową dysponującą nadajnikiem o mocy 12 kW, która zagłuszała sygnał gliwickiej radiostacji. Władze miasta Gliwice 17 V 1927 r. wysłały do kierownictwa radiostacji wrocławskiej oficjalne pismo ze skargą na Polaków. Pod uwagę brano nawet interwencję w Genewie, ale zrezygnowano z niej, gdyż władze polskie obiecały zmniejszyć siłę katowickiego nadajnika - czego zresztą nigdy nie uczyniły. Zastanawiano się nad podniesieniem mocy gliwickiego nadajnika do 12 kW i zmianie fali na 329,7 m. Tym samym gliwicka radiostacja stałaby się jedną z najsilniejszych w całych Niemczech. Do tej modernizacji jednak nigdy nie doszło. W pierwszej połowie 1929 r. na podstawie tzw. decyzji brukselskich z 1928 r. zadecydowano, że Gliwice otrzymają nową długość fali 326,4 m (dotąd zarezerwowaną dla miasta Królewiec). Od tego momentu radiostacja była doskonale słyszalna w różnych krajach Europy. Pod koniec 1927 r. Gliwice otrzymały swój własny program radiowy, całkowicie uniezależniając się od Wrocławia.

Gdy w Niemczech do władzy doszli naziści, posypały się ataki na dyrekcję gliwickiej radiostacji. W 1933 r. gauleiter Górnego Śląska Helmuth Brückner zarzucił Paulowi Kani lewicowe poglądy, wspieranie miejscowych lewicowych działaczy oraz Żydów. Kanię usunięto ze stanowiska, a jego miejsce zajął Hubert Emanuel Kotzias, który był kierownikiem artystycznym gliwickiej radiostacji do 1936 roku. Narodowi socjaliści wiedzieli, jak ważne jest radio i na czym polega jego siła, a gliwicka radiostacja ciągle nie spełniała ich oczekiwań. Zadecydowano więc, że w tak trudnym rejonie jakim był Górny Śląsk, należy wybudować nową radiostację o znacznie silniejszym zasięgu. Wybrano parcelę przy obecnej ul. Tarnogórskiej (wówczas Tarnowitzer Landstrasse), która była najwyższym punktem miasta. Budowę głównego budynku zlecono gliwickiemu mistrzowi budowlanemu Borsdorffowi. Obok budynku radiostacji wzniesiono domy mieszkalne dla personelu, które wybudował zabrzański mistrz budowlany Bogatzki.

Techniczny nadzór nad budową zlecono Erichowi Nittritzowi. Obok budynku postawiono charakterystyczną, istniejącą do dzisiaj drewnianą wieżę. Wiele osób nadal uważa, że to stalowa konstrukcja, tymczasem jest ona wykonana z nieimpregnowanego drewna modrzewiowego. Śruby łączące drewniane elementy wieży wykonano z mosiądzu, a jest ich 16.100 sztuk. Wieża miała 111 m wysokości i była doskonale widoczna, dlatego wkrótce stała się symbolem miasta, jak paryska wieża Eiffla. Jej budową zajęła się berlińska firma "Lorenz AG". Prace przy jej wznoszeniu rozpoczęto w 20 V 1935 roku. Wkrótce jednak natrafiono na wody gruntowe, co stało się znacznym utrudnieniem. Podstawę wieży stanowią cztery betonowe fundamenty, każdy o wadze 87,5 tony. Antena była wykonana z liny miedzianej o grubości kciuka, zwisającej pionowo ze szczytu wieży. Pomiędzy wieżą a nowym budynkiem radiostacji znajdował się dość duży teren, który wykorzystano na piękne ogrody dla personelu radiostacji. W odległości około 60 m od wieży umieszczono dwie obracające się lampy, ostrzegające samoloty lądujące lub startujące z gliwickiego lotniska. Cały teren ogrodzono i otoczono reflektorami. To właśnie ten budynek, a nie gmach starej radiostacji, stał się w 1939 r. celem prowokacyjnej akcji Niemców.

Od Częstochowy aż po Cieszyn

Nadajnik nowej radiostacji firmy "Lorenz AG" miał moc 8 kW i pozwalał na odbiór nadawanych z Gliwic audycji radiowych od Częstochowy aż po Cieszyn. Była to również stacja przekaźnikowa wrocławskiej radiostacji. Pracowała na fali 243,7 m i podobno była słyszalna nawet w Nowej Zelandii. Jej sygnałem była emitowana już wcześniej pieśń górnicza "Glück auf, der Steiger kommt". Nadawanie z nowej wieży rozpoczęto 22 XII 1935 roku.

W tym samym dniu na uroczystości otwarcia nowej gliwickiej radiostacji pojawiło się wielu notabli, m.in. Kurt Machner - prawdopodobnie ówczesny kierownik radiostacji, burmistrz Gliwic dr Badenhoop i Bytomsky - dyrektor gliwickiego Urzędu Telegraficznego, a także sam minister propagandy III Rzeszy dr Joseph Goebbels. Nowym kierownikiem artystycznym został ulubieniec Goebbelsa, wpływowy nazista i ówczesny kierownik Towarzystwa Radiowego Rzeszy Eugen Hadamowsky (1904-1945). Urządzenia starej gliwickiej radiostacji zostały zdemontowane i przewiezione do Gdańska, gdzie je ponownie uruchomiono. Dwie wieże starej radiostacji zdemontowano w 1937 r., gdyż stały dokładnie na trasie przelotu samolotów lecących z Gliwic do Wrocławia.

Budynki dawnej radiostacji pozostawiono do dyspozycji Towarzystw Radiowych. Ulokowano tam administrację i redakcję artystyczną gliwickiego radia. Co ważne, realizowane w starych studiach radiowych audycje przesyłano podziemnym kablem do budynku nowej radiostacji. Nowym kierownikiem gliwickiej radiostacji w 1936 r. został Górnoślązak Erwin Jakutek, były pracownik bytomskich władz. Chcąc podkreślić propagandowy charakter radiostacji, 20 VII 1937 r. na trawniku przed głównym budynkiem uroczyście odsłonięto kolumnę o wysokości 4,5 m, z nazistowskim orłem na szczycie, która stanęła w miejscu doskonale widocznym z ulicy. Autorem tej wykonanej w gliwickiej hucie kolumny był Hannes Breitenbach, miejscowy rzeźbiarz i artysta. Dzisiaj pozostała sama kolumna. Stale rosła liczba górnośląskich słuchaczy gliwickiej radiostacji (kwiecień 1937 - 13.961, 1940 - 18.908 osób). Wybierając to miejsce na arenę przygotowanej akcji prowokacyjnej, naziści doskonale wiedzieli co robią. Takie wydarzenie musiało się odbyć szerokim echem w całym świecie.

Sturmbannführer SS Alfred Naujocks urodził się 20 IX 1911 r. w Kolonii, w rodzinie o litewskich korzeniach. Dlaczego wybrano właśnie jego? Odpowiedź wydaje mi się prosta. Był wiernym człowiekiem perfekcyjnego, bardzo niebezpiecznego Reinharda Heydricha (szefa Głównego Urzędu SD) i jego współpracownika, nie mniej groźnego Heinricha Müllera (późniejszego szefa Gestapo, zwanego "Gestapo-Müllerem"). Naujocks w młodości pracował jako mechanik. W 1931 r. wstąpił do SS, rozpoczynając tym samym swoją nazistowską karierę. W 1934 r. wyjechał z Kolonii i wkrótce stał się bliskim współpracownikiem arcyzbrodniarza Reinharda Heydricha. 

Nazistowska kariera Naujocksa

Właściwie nie wiadomo dlaczego. Nagle zaczął realizować różne misje specjalne: 1934 - Praga, nieudana próba zabicia Ottona Strassera, 1935 - Czechosłowacja, niezbyt udana misja porwania współpracownika Strassera, 1939 - Venlo, porwanie brytyjskich agentów, od 1939 - niezbyt udana operacja fałszowania pieniędzy "Andreas". Naujocks był zamieszany także w sprawę "Salonu Kitty" (w 1944 r. oddał się w ręce Amerykanów i został uznany za zbrodniarza wojennego). Podejrzewam, że Heydrich, bardzo czuły na tle doboru swoich współpracowników, zauważył w nim jakiś talent, a także totalne posłuszeństwo. Szczerze mówiąc, Naujocks nie był najlepszym agentem do zadań specjalnych i daleko mu do filmowego Jamesa Bonda.

Zazwyczaj mu się nie udawało. Wiele osób związanych z aparatem władzy III Rzeszy twierdziło, że był na to zbyt prymitywny. Podejrzewam, że Heydrich dobrze o tym wiedział. Mało tego, zdawał sobie sprawę z faktu, iż nie jest to koronkowa robota dla perfekcyjnego agenta, ale prymitywna akcja, która po prostu musi się odbyć. Nic więcej. Dlatego właśnie Heydrich wybrał Naujocksa. No cóż, wybrał doskonale.

Na początku sierpnia 1939 r. Heydrich znalazł się w Gliwicach, gdzie w sali tanecznej hotelu "Haus Oberschlesien" spotkał się z grupą wysokich oficerów SS. Przekazał im informację o potrzebie Führera posiadania dobrego pretekstu do wybuchu wojny z Polską. Efektem spotkania była decyzja o sfingowaniu "polskich" napadów na budynek niemieckiego urzędu celnego w Rybniku-Stodołach (niem. Hochlinden), na leśniczówkę Byczyna (niem. Pitschen) i rozgłośnię radiową w Gliwicach.

Wśród zebranych w hotelu funkcjonariuszy SS kluczową rolę miał odegrać szef opolskiej placówki Gestapo Oberführer SS dr Emanuel Schäfer (1900-1974). Oczywiście przekazane informacje objęto klauzulą ścisłej tajemnicy państwowej. Prawdopodobnie już w trakcie samej akcji Heydrich przebywał w Opolu, osobiście nadzorując wszystkie przygotowania. Wiadomo także, że w tym czasie Heinrich Müller był na Górnym Śląsku. W opublikowanym wcześniej artykule o obozie w Sławięcicach ("Odkrywca" nr 12/2012) wspominałem, że w tamtejszym pałacu przebywała grupa SS-manów przeznaczona do wykonania co najmniej jednego z wyznaczonych tajnych zadań, m.in. Hauptsturmführer SS i zbrodniarz wojenny Josef Grzimek (1905-1950) oraz Oberführer SS Hans Trummler (1900-1948). 

Gliwicka prowokacja

10 VIII 1939 r. Heydrich wezwał do swojego berlińskiego biura Naujocksa i rozkazał mu zorganizowanie akcji w Gliwicach, która miała być częścią większej operacji. Jednocześnie przekazał Naujocksowi, że zamierza wybrać grupę 200 więźniów z obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, 50-ciu z nich zabić zastrzykami z trucizną, a następnie przebrać w polskie mundury, podziurawić kulami i podrzucić w różnych miejscach po niemieckiej stronie granicy. Podobno Müller "przygotował" 12-13 takich więźniów, ale nie wiadomo dokładnie, ilu zwłok użyto podczas akcji w Gliwicach (mowa jest o dwóch, nie licząc Honioka).

Dla świata miał to być niepodważalny dowód, że Polacy dokonali zbrojnych napadów na obszar III Rzeszy. Przyjęło się jednak, że "prowokacja gliwicka" była głównym atutem w rękach Hitlera usprawiedliwiającym jego agresję na Polskę. Pamiętajmy, że pomysłodawcą tej akcji z rozkazu Himmlera był Reinhard Heydrich, a Naujocks jedynie posłusznym wykonawcą jego wytycznych. Nie pozostał żaden rozkaz na piśmie. Nic. To jednak nie dziwi. W tego typu akcjach nie zostawia się żadnych śladów. Naujocks sam dobrał sobie ludzi. Nie wiadomo kogo wybrał, bo przy takiej robocie nie ujawnia się nazwisk. Prawdopodobnie było ich siedmiu. Wiadomo jednak, że na potrzeby tych akcji, w szkole szermierskiej SS w Bernau, przeszkolono grupę SS-manów w sile kompanii. 

Prawdopodobnie wszyscy byli pracownikami SD i członkami SS. 15 VIII 1939 r. znaleźli się w Gliwicach i czekali na rozkaz. Naujocks zapewne dokonał rekonesansu terenu akcji, zrobił to jednak dość nieudolnie. Żaden z jego ludzi nie był związany z gliwicką radiostacją, o czym świadczy pewien istotny fakt. Ludzie Naujocksa i on sam nie wiedzieli, że w budynku nowej radiostacji nie ma studia radiowego, a audycje przekazywane są na żywo z budynku starej radiostacji. Nie było tam nawet mikrofonu, przez który można było nadać prowokacyjny komunikat. Ich doradca Otto Ulitz znał Gliwice, ale nie był zaznajomiony ze szczegółami technicznymi radiostacji. To miało zaważyć na przebiegu akcji.

Wkrótce, podobno 31 VIII 1939 r., zgodnie z obietnicą, do czekającego w Gliwicach Naujocksa nadeszła "przesyłka". Co w niej było, po wojnie sam ujawnił przesłuchującym go Amerykanom: "Naujocks twierdził, że ciała dostarczono na miejsce w skrzyniach oznakowanych jako »przetwory«. Część ofiar jeszcze żyła, bo podano im za słabe zastrzyki, i trzeba było je dobić, zanim można było użyć ich ciał zgodnie z planem" (UK National Archives, KV2/279). Więźniów obozów koncentracyjnych przebranych w polskie mundury pogardliwie nazywano "konserwami". Nie wiadomo dokładnie ilu ich "przygotowano". Prawdopodobnie na początku były to tylko trzy osoby. 

"Babka umarła"

Hasłem do rozpoczęcia operacji były słowa "Babka Umarła" (niem. "Grossmutter gestorben"), które po raz pierwszy wypowiedziano wieczorem 25 VIII 1939 r. (w związku z pierwotnym terminem uderzenia Niemiec na Polskę, czyli dniem 26 VIII), jednakże wkrótce rozkaz odwołano i rozkazano czekać. Kiedy Naujocks po raz drugi usłyszał umówione hasło, maszyna została wprawiona w ruch. 31 sierpnia około godz. 20:00 Naujocks oraz pięciu lub sześciu uzbrojonych napastników wtargnęło na teren nowej gliwickiej radiostacji. Weszli przez tylne drzwi i dostali się do sali nadajnika. Wszyscy byli po cywilnemu.

Heinrich "Gestapo" Müller zadbał o to, aby łączność została przerwana. W tym czasie przebywało tam trzech etatowych, niemieckich pracowników, którzy o niczym nie wiedzieli (jednym z nich był inż. Foitzik). Zaskoczeni nie stawiali żadnego oporu (podobno jeden z nich został ogłuszony). Wszystkich skrępowano, czy też zakuto w kajdanki, i umieszczono w piwnicy. Podobno napastnicy cały czas wydawali komendy w języku polskim. Przyszedł czas na nadanie komunikatu, który został wcześniej przygotowany i prawdopodobnie miał taką treść: "Uwaga! Tu Gliwice. Rozgłośnia znajduje się w rękach polskich... My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor". Treść przygotowanego komunikatu uderza swoim podobieństwem do słynnego przemówienia ministra Józefa Becka z maja 1939 roku. Zapewne komunikat był o wiele dłuższy, ale nie ma to większego znaczenia. Dlaczego? Przecież nie było mikrofonu, do którego można było go odczytać. Podobno szukano go przez 10 minut, z wiadomych jednak przyczyn nie znaleziono.

Przyprowadzono z piwnicy jednego z Niemców (być może Foitzika), który przekazał, że w budynku nowej radiostacji znajdował się jedynie nieprofesjonalny, tzw. mikrofon burzowy służący do emisji krótkich komunikatów o konieczności wyłączenia anteny w trakcie burzy. Nie było wyjścia. Trzeba było go użyć. Pracownik szybko go podpiął, a jeden z ludzi Naujocksa rozpoczął odczytywanie komunikatu. Jednakże słuchacze usłyszeli tylko kilka pierwszych słów, a po nich już tylko szumy i trzaski. Podejrzewa się, że pracownik, którego zapewne zmuszono do podłączenia mikrofonu, niepostrzeżenie go wyłączył, czego nie zauważyli napastnicy (jeden z ludzi Naujocksa nadal czytał treść komunikatu). Słuchacze usłyszeli również strzały, które oddano w sufit by uwiarygodnić toczącą się w budynku walkę. Nadawany komunikat, prawdopodobnie z powodu niedostrojenia urządzeń, nie dotarł nawet do Berlina. A przecież godzinę przeprowadzenia akcji wybrano nieprzypadkowo. O tej porze wszyscy słuchali codziennych wiadomości transmitowanych z Wrocławia. Wkrótce po opuszczeniu budynku przez ludzi Naujocksa na miejscu pojawili się funkcjonariusze policji, którzy w asyście wezwanych lekarza i przedstawicieli prasy otoczyli budynek radiostacji, a następnie weszli do środka. Tam oczywiście znaleźli porzucone zwłoki... Około godz. 23.00 gliwicka radiostacja odezwała się ponownie.

Właściwie całkowita klapa, ale tak naprawdę nie miało to znaczenia. Akcja się odbyła i to było najważniejsze. Jej uczestnicy spokojnie wrócili do hotelu w centrum Gliwic. Żaden z nich nie zginął i prawdopodobnie nie odniósł żadnych obrażeń. Zapewne byli zadowoleni z jej przebiegu. Ich entuzjazm nieco jednak opadł, gdy okazało się, że byli bardzo mało słyszalni, i to przez krótką chwilę. Po wojnie Naujocks twierdził, że jeszcze przez 2 tygodnie pozostał w Gliwicach, a następnie powrócił do Berlina, mijając po drodze transporty wojskowe szykujące się do uderzenia na Polskę. Coś mu się pomyliło, bo wojna wybuchła na drugi dzień po jego akcji. Co najmniej trzech uczestników "prowokacji gliwickiej", w tym sam Naujocks, przeżyło wojnę, a ich zeznania pojawiły się na procesie norymberskim. Wtedy świat dowiedział się o prawdziwym obliczu "śmierci babki". W dniu wybuchu wojny Gestapo aresztowało wielu Polaków mieszkających na Opolszczyźnie, czyli po niemieckiej stronie granicy. Kilku osobom postawiono nieprawdziwy zarzut udziału w akcji w Gliwicach (m.in. Marcinowi Głucha) i następnie ubranych w mundury polskich powstańców prowadzono ulicami Gliwic, narażając na gniew tłumu. To miało uwiarygodnić sfingowany napad.

"Dziś w nocy Polska po raz pierwszy na naszym terytorium kazała strzelać..."

Treści komunikatów informujących o "polskiej prowokacji" były już przygotowane. 31 VIII 1939 r. o godz. 22:00 niemieckie radio nadało komunikat o treści: "Około godziny 20 grupa polskich powstańców dokonała napaści na radiostację w Gliwicach i zajęła ją przejściowo. Polacy wdarli się siłą do studia, gdzie zdołali odczytać odezwę po polsku i częściowo w języku niemieckim, jednak już po kilku minutach intruzi zostali obezwładnieni przez policję, którą zaalarmowali gliwiccy radiosłuchacze. Policja musiała jednak użyć broni, tak że napastnicy ponieśli straty w zabitych. Napad na rozgłośnię był prawdopodobnie sygnałem do generalnego ataku powstańców polskich na ziemię niemiecką".

O rzekomym napadzie trąbiła Niemiecka Agencja Informacyjna, co nie pozostało bez echa w świecie, nawet w USA. Brytyjskie radio BBC podało wiadomość o ataku, oczywiście mówiąc o polskim napadzie. Niemiecka "Völkischer Beobachter" opublikowała duży artykuł pt. "Niesłychany bandycki atak na radiostację w Gliwicach". Podobnie zrobiły poczytne na Śląsku gazety "Der Oberschlesische Wanderer" czy "Oberschlesische Volksstimme". Wiadomości poszły w świat. O to właśnie chodziło. Na drugi dzień wybuchła II wojna światowa. Podczas swojego przemówienia informującego Niemców o ataku na Polskę, Hitler jedynie wspomniał o wydarzeniach w Gliwicach. Według jego słów, wypowiedzianych w Reichstagu 1 IX 1939 r., Polacy mieli gwałtem wedrzeć się do budynku gliwickiej radiostacji i w języku polskim oraz niemieckim nadać obelżywe dla Niemców komunikaty. "Dziś w nocy Polska po raz pierwszy na naszym terytorium kazała strzelać do nas swym regularnym żołnierzom. Od godziny 5:45 odpowiada się im strzałami, a od tej chwili na bombę odpowie się bombą". I to wszystko. Naujocks wykonał robotę i był szczęśliwy. Himmler, Heydrich i Müller zacierali ręce, a Hitler miał swój pretekst. O nic więcej przecież nie chodziło.

Tak naprawdę "prowokacja gliwicka" nie była przyczyną rozpoczęcia wojny z Polską. Konflikt był postanowiony i nic nie było już w stanie go odwołać. Führerowi chodziło raczej o to, aby rzekoma akcja zrodziła w głowach brytyjskich i francuskich polityków pytanie, czy warto wypełniać wobec Polski sojusznicze zobowiązania. Jak pokazał czas, nie trzeba było do tego "prowokacji gliwickiej". Nasi sojusznicy i tak nie mieli zamiaru umierać za Polaków. Chodziło więc o polityczną izolację Polski na arenie międzynarodowej. Nie można więc mówić, że "prowokacja gliwicka" była pretekstem, czy tym bardziej powodem wybuchu II wojny światowej.

"Operacja Himmler"

Na napastnikach nie było żadnych polskich mundurów. Pamiętajmy, że radiostacja gliwicka leżała w odległości kilku kilometrów od polskiej granicy. Kto by uwierzył, że w tym czasie, przez teren naszpikowany szykującymi się do uderzenia na Polskę jednostkami regularnej niemieckiej armii, spokojnie przechodzi granicę grupa ludzi w polskich mundurach? To po prostu niemożliwe. Wszyscy, czyli napastnicy i Honiok, byli ubrani po cywilnemu. Wydaje się jednak, że ludzkie "konserwy" odziano w polskie mundury, aby pokazać zagranicznym obserwatorom zdjęcia, co zrobiono 1 IX 1939 r., gdy trwała już wojna. Korespondenci, nieobeznani z dokładnym przebiegiem granicy, nie bardzo interesowali się skąd nagle w Gliwicach wzięli się polscy żołnierze. Widzieli dwa lub trzy ciała w polskich mundurach i uwierzyli, że to żołnierze, którzy polegli podczas tej akcji. O "prowokacji gliwickiej" nakręcono dwa filmy: "Der Fall Gleiwitz" (produkcja NDR z 1961 r.) wyświetlany w Polsce pt. "Tu Radio Gliwice" oraz "Operacja Himmler" (produkcja polska z 1979).

Ten drugi film przyczynił się do kolejnego zniekształcenia, gdyż powszechnie przyjęto, że operacji nadano kryptonim "Himmler", którego ona nigdy nie nosiła. Nie wiem skąd wzięli informację o jej nazwie ci, którzy ją w ten sposób nazywają. Spotkałem się już nawet z określeniem nazwy akcji jako "Konserwa". Co więcej, w 1990 r. ukazała się w Polsce książka Alfreda Spiessa "Akcja »Tannenberg«. Pretekst do rozpętania II wojny światowej", która wprowadziła kolejne mylne informacje, często powielane do dzisiaj. Teoretycznie właśnie tu zaczęła się II wojna światowa, choć niemieckie prowokacje nadgraniczne trwały już na Górnym Śląsku od tygodnia. Obecnie na jednym z budynków gliwickiej radiostacji znajduje się tablica upamiętniająca wydarzenia z roku 1939, a zabudowania radiostacji są częścią Muzeum Gliwic. Radiostacja jest wpisana do rejestru zabytków pod numerem 694/64. Obecnie w kategorii wysokości budowli drewnianych wieża gliwickiej radiostacji zajmuje pierwsze miejsce na świecie i jest obiektem kandydującym do zaszczytnego miana nowego cudu Polski w rankingu National Geographic Traveller. I taka to dziwna historia, o której należy mówić i mówić...

Dowiedz się więcej na temat: radiostacja | historia | odkrywca | Gliwice

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje