Pierwsze sygnały nadchodzącej wojny Wiktor Kozłowski zauważył już wiosną 1939 roku. Pracował wtedy w Urzędzie Pocztowo-Telekomunikacyjnym w Słonimie, a w lipcu został przeniesiony do Turmont, niewielkiej miejscowości położonej w pobliżu ówczesnego styku granic Polski, Łotwy i Litwy.
Pod koniec sierpnia atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. 30 sierpnia około godziny 17.30 telegraf zamiast zwyczajnego sygnału wywoławczego nadał złowieszcze "PW" - "pilna wojskowa".
II wojna światowa przyszła telegrafem
"Natychmiast założyłem nową taśmę - tak wymagały przepisy. Dałem sygnał zgody na przyjęcie telegramu. Treść telegramu była następująca: «Ogłaszam powszechną mobilizację wojskową»" - zapisał po latach.
Po niespełna godzinie telegram został odwołany. Dwa dni później nie było już jednak wątpliwości. "Pierwszego września słowo «wojna» było powtarzane z ust do ust" - wspominał.
Z jego relacji uderza coś jeszcze. Początkowo wojna nie oznaczała dla ludzi paraliżującego strachu. Była wiara, że Polska się obroni. Nazwy Hel, Modlin, Westerplatte, Warszawa czy Kutno - jak pisał - były "dumą i nadzieją".
Czekano też na pomoc sojuszników. "Tak jednak nie stało się. Walczyliśmy osamotnieni" - zapisał. Sam chciał walczyć.
Połączył się telefonicznie z Rejonową Komendą Uzupełnień w Święcianach i zgłosił jako ochotnik. Usłyszał jednak, że w tym momencie nie ma potrzeby przyjmowania kolejnych ludzi.
Czytając jego wspomnienia, muszę sobie przypominać, że mój dziadek nie miał wtedy jeszcze 20 lat. W mojej pamięci był starszym człowiekiem, dla którego wojna i Armia Krajowa pozostawały najważniejszym doświadczeniem życia.
Na kartkach maszynopisu spotykam jednak najpierw bardzo młodego człowieka stojącego przy telegrafie, który jeszcze nie wie, że właśnie zaczyna się historia, której właściwie nigdy nie uda mu się zamknąć.
"Uświadomiłem sobie, że przestałem być wolnym Polakiem"
17 września 1939 roku obudził się około piątej rano, choć zwykle wstawał godzinę później. "Tego dnia jakiś niepokój wewnętrzny wyrwał wcześniej ze snu" - zapisał.
Po chwili ktoś zapukał do jego pokoju. Goniec przekazał, że naczelnik pilnie wzywa go do urzędu. Kiedy tam dotarł, zobaczył spakowane worki, otwartą i pustą skrytkę mobilizacyjną oraz płonące w piecu dokumenty. Wojska sowieckie wkroczyły do Polski.
Pojawiła się jeszcze możliwość wyjazdu. Polski konsul z Dyneburga zaproponował, że zabierze pracowników urzędu i włączy ich do ekipy dyplomatycznej. Wiktor Kozłowski był gotowy, ale plan się nie powiódł.
Śpiewali wszyscy jak jeden mąż, u wielu płynęły łzy - łzy smutku i łzy radości. Smutku po stracie Ojczyzny, radości, że tworzymy dziś wszyscy jedną rodzinę Jej córek i synów, którzy wierzą, że "Jeszcze nie zginęła"
Na granicy utworzył się korek uchodźców, a konsul pozostał po stronie łotewskiej. Wieczorem przyszła chwila, którą dziadek pamiętał także 46 lat później.
Codziennie o godzinie 20 sprawdzano połączenie telefoniczne między Turmontami a Dyneburgiem. Zwykle padała krótka formuła: "Prawierka swiazi" - sprawdzenie łączności.
Tego wieczoru usłyszał coś zupełnie innego: "Łączność z wami zerwana. Wszystkiego dobrego. Do widzenia".
Zaczął dzwonić ponownie. Chciał wiedzieć, co się stało, ale telefon milczał.
"Łzy w oczach, dziwne uczucie samotności, serce na chwilę jak gdyby stanęło, by zmienić swój rytm" - napisał. I chwilę później zdanie, które chyba najlepiej tłumaczy całe jego późniejsze życie: "Uświadomiłem sobie, że od tej chwili przestałem być wolnym Polakiem".
"Wynoś się, Polski już nie ma"
Miał 19 lat - ciągle nie daje mi to spokoju. Wspominał później, że czuł, jakby zamykała się jedna karta jego życia i otwierała kolejna - zupełnie inna, wymagająca poświęceń i wyrzeczeń.
"Wszystko, co w tym czasie los będzie przynosił, należy znosić godnie, nie tracąc dobrego imienia Polaka" - pisał.
Te słowa zapisywał już jako siwy człowiek, patrzący na siebie sprzed kilkudziesięciu lat. Ale utrata wolności musiała pozostać w nim bardzo głęboko. Polska, patriotyzm i wojna nigdy nie stały się dla niego jedynie pojęciami historycznymi.
Kilka tygodni później część Wileńszczyzny znalazła się pod administracją litewską.
11 listopada 1939 roku Wiktor Kozłowski pojechał do kościoła w Duksztach. Po mszy wierni zaśpiewali "Boże, coś Polskę".
"Śpiewali wszyscy jak jeden mąż, u wielu płynęły łzy - łzy smutku i łzy radości. Smutku po stracie Ojczyzny, radości, że tworzymy dziś wszyscy jedną rodzinę Jej córek i synów, którzy wierzą, że «Jeszcze nie zginęła»" - wspominał.
Dwa dni później poszedł do pracy. Litewski naczelnik urzędu kazał mu opuścić pomieszczenie. "Wynoś się z tego pokoju, nie ma dla ciebie tu miejsca, święto narodowe urządzasz, Polski już nie ma" - miał usłyszeć.

Odpowiedział, że pracował tam wcześniej niż nowy naczelnik i wyjdzie wtedy, kiedy sam uzna to za stosowne. Po chwili jednak wstał, pożegnał się z dotychczasowym przełożonym i wyszedł. Do tej pracy już nie wrócił.
Został drwalem. Piłował drewno w składzie opału. Zainstalował radio i wieczorami słuchał polskojęzycznych audycji nadawanych z zagranicy.
Zdobył też prenumeratę wydawanego we Francji "Narodowca". Gazeta wędrowała później z rąk do rąk, często już do niego nie wracając. Nie żałował. Jeżeli - jak pisał - komuś pomogła się nie załamać, spełniła swoje zadanie.
Tak narodził się "Dunin"
W grudniu 1941 roku Wiktor Kozłowski został przeniesiony na mijankę kolejową na linii Wilno-Dyneburg. Tam poznał człowieka, który miał odegrać jedną z najważniejszych ról w jego życiu - porucznika Franciszka Stala, pseudonim "Franek", "Chabina".
Pracowali razem jako dyżurni ruchu. Po pewnym czasie Stal zaproponował mu wstąpienie do Armii Krajowej. Kozłowski się zgodził.
W lutym 1942 roku złożył przysięgę. Po czterdziestu latach wciąż dokładnie pamiętał tę chwilę.
"Wzruszająca była to chwila - stanąłem na baczność, uniosłem dwa palce do góry" - pisał. Powtarzał słowa przysięgi, zobowiązując się walczyć "aż do ofiary z mego życia", zachować tajemnicę i wykonywać rozkazy.
Potem usłyszał od Stala: "Twoim obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą - zdrada będzie śmiercią".
Dziadek kończy ten fragment niezwykle prostym zdaniem: "Tak oto stałem się Żołnierzem Armii Krajowej, z której jestem i dzisiaj dumny". To "dzisiaj" jest ważne. Pisał je w 1985 roku. Czterdzieści lat po wojnie.
Wszystko, co się robiło, było niebezpieczne, ale bywało i tak, że się znalazło w sytuacji, z której nie było odwrotu ani ratunku, a jednak wychodziło się z opresji zdrowo i cało - wtedy czuje się rękę Bożą, która wyciągnęła z opresji
To było jego pierwsze zadanie jako żołnierza Armii Krajowej
Pierwszym zadaniem było zdobycie poufnego służbowego rozkładu jazdy pociągów na trasie Wilno-Dyneburg. Dla kolejarza był to dokument techniczny, dla ośrodka dywersji - źródło informacji o liczbie pociągów, ich ciężarze, prędkości, parowozach i ruchu na linii. Z czasem zadania stawały się coraz bardziej niebezpieczne.
W mieszkaniu Edwarda Szostaka "Bary" działało radio służące do nasłuchu BBC. Po audycjach trzeba było notować informacje i przekazywać je dowódcy.
Za samo posiadanie odbiornika i słuchanie polskich audycji groziły represje. Dziadek nie opisuje jednak przede wszystkim strachu dorosłych. Zapamiętał dziecko.
"Ilekroć tam byłem i widziałem małego Waldka, synka Szostaków, beztrosko drepczącego po pokoju, tyle razy pomyślałem: szczęśliwy jesteś, że nie rozumiesz tego, co grozi twoim rodzicom, a także i twojemu losowi w razie wykrycia tej maleńkiej skrzyneczki".
To jeden z fragmentów, które podczas lektury maszynopisu zatrzymały mnie na dłużej. Obok walki, broni i ryzyka jest tam troska o innych. Podobnie jest z jego wiarą, bez której chyba nie da się w pełni zrozumieć tych wspomnień.
Podczas jednej z akcji razem z Franciszkiem Stalem nieśli paczkę dla innego członka konspiracji. Weszli do lasu i nagle usłyszeli niemieckie "Halt".
Otoczyło ich pięciu żołnierzy w białych płaszczach maskujących. Nie było możliwości ucieczki. Okazało się jednak, że jeden z Niemców zna ich obu. Zapytał Stala, dokąd idą, zażartował nawet o piciu samogonu. Pozostali należeli do oddziału przeznaczonego do walki z partyzantką. Po chwili mogli odejść.
"Wszystko, co się robiło, było niebezpieczne, ale bywało i tak, że się znalazło w sytuacji, z której nie było odwrotu ani ratunku, a jednak wychodziło się z opresji zdrowo i cało - wtedy czuje się rękę Bożą, która wyciągnęła z opresji" - pisał.
Tak właśnie pamiętam jego wiarę wiele lat później. Dla mnie religia nigdy nie była tak centralnym punktem życia jak dla niego i może dlatego jeszcze wyraźniej widziałem, jak ogromną rolę odgrywała u dziadka.
Był przekonany, że codzienna modlitwa i różaniec prowadziły go przez najtrudniejsze chwile i pozwoliły mu przeżyć. Wiary nie oddzielał od własnego rozumienia patriotyzmu.
Nocą broń, rano zwykła praca
Konspiracja miała też swoją zaskakującą codzienność. W marcu 1944 roku Stal wezwał "Dunina" i oznajmił, że wieczorem wspólnie przetną pędnie semaforowe. Chodziło o unieruchomienie sygnalizacji wyjazdowej dla pociągów zmierzających w kierunku frontu.
Cel był konkretny: zatrzymać składy, zakłócić rozkład i umożliwić patrolom działania przy stojących pociągach.
O 20.30 wyszli. "Cięcie spowodowało niesamowity hałas, naprężacze poopadały, powodując unieruchomienie dźwigni semaforowych. Zadanie zostało wykonane" - zapisał. Potem pod osłoną nocy wrócili do domów.
Wspomnienia dziadka są pełne takich sytuacji: pistolet ukryty pod ubraniem, broń przenoszona przez stację, ludzie udający, że przyszli handlować z niemieckimi żołnierzami, choć naprawdę obserwowali transporty.
Jedna scena jest niemal absurdalnie zwyczajna. Było już dobrze po północy, kiedy do dyżurki przyszedł członek patrolu o pseudonimie "Śrut". Poprosił dziadka, żeby wyszedł z nim na peron. Miał cztery karabiny, które trzeba było przenieść do kryjówki.
"Wziąłem dwa, on również dwa" - wspominał "Dunin". Zanieśli broń do drwótni albo chlewu przy domu "Śruta". Kiedy wszystko schowali, mężczyzna pożegnał się z uśmiechem i poszedł spać, "bo rano musiał iść do pracy".
Może właśnie to jedno zdanie najlepiej pokazuje, czym była dla nich konspiracja. Nie osobnym światem, do którego wchodziło się na kilka godzin, lecz drugim życiem prowadzonym równolegle z pierwszym - między służbą na kolei, snem, rodziną i kolejnym zadaniem.
A potem wojna się skończyła, ale ta historia nie.
Wojna pozostała w naszym domu
Mój dziadek nigdy tak naprawdę nie zamknął wojny w przeszłości. Po wojnie doświadczenie Armii Krajowej nadal mu towarzyszyło, ale przez wiele lat o jego działalności wiedziało niewiele osób.
Pełną historię znała przede wszystkim moja babcia. Dopiero z czasem milczenie zaczęło ustępować, a w latach 80. dziadek coraz bardziej otwarcie wracał do swojej AK-owskiej przeszłości.
Ja byłem wtedy dzieckiem. Każdy przyjazd do dziadków był czymś szczególnym, a ich mieszkanie przypominało prywatne miejsce pamięci. Były tam mapy, szkice, rysunki, krzyże, rękodzieło wykonywane przez dawnych przyjaciół i pamiątki związane z wojną.
Dziadek próbował opowiadać, ja słuchałem, ale nie wszystko rozumiałem. Dzisiaj wiem, że próbował przekazać mi coś, czego sam przez dziesięciolecia nie mógł mówić głośno.
Kiedy przyszedł schyłek komunizmu i możliwość otwartego spotykania się dawnych żołnierzy AK, zaczął jeździć na ich spotkania, odnawiać kontakty i rozmawiać z ludźmi, z którymi łączyła go młodość. Ci ludzie do końca utrzymywali ze sobą więź. Pisali długie listy, spotykali się, wracali do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat.
Zapamiętałem też coś jeszcze. Ich patriotyzm nie oznaczał pogardy dla ludzi, którzy myśleli inaczej. Potrafili powiedzieć, że kogoś rozumieją, nawet jeśli całkowicie się z nim nie zgadzają. Przywiązanie do własnych przekonań nie wykluczało szacunku do drugiego człowieka.
Dlatego nie chcę dzisiaj budować dziadkowi pomnika ani przekonywać, że jego pokolenie było lepsze od wszystkich następnych. Wiem tylko, co widziałem. Dla niego Polska była wartością, za którą jako bardzo młody człowiek gotów był ryzykować życie.
Później przez dziesięciolecia nosił w sobie ból, że o tej części własnej historii nie zawsze mógł mówić tak, jak chciał.
"To jest mój ostatni rozkaz"
4 marca 1985 roku w Kętrzynie Wiktor Kozłowski kończył swój maszynopis. Nie był zawodowym pisarzem i sam zaznaczył to na końcu: "Maszyna do pisania nigdy nie była warsztatem pracy mojej - stąd tyle błędów i niedociągnięć - do tego pożyczona".
Kilka stron wcześniej zastrzegł, że nie chce swojej historii koloryzować ani "ubierać w barwne kwiatki". Chce opisać ludzi i wydarzenia tak, jak je widział i jak sam je odczuwał.
Na ostatniej stronie przywołał jeszcze swojego dowódcę. "Wracając myślami do tamtych lat twierdzę, że warto było żyć życiem, jakie obraliśmy. Cóż jest piękniejszego i cenniejszego niż życie dla Ojczyzny" - napisał.
Franciszek Stal wydał swoim dawnym żołnierzom jeszcze jeden rozkaz. Nie dotyczył już broni, pociągów ani dywersji.
"Niech każdy z Was napisze, czego jeszcze czas nie wydarł z Waszej pamięci tamtych dni. To jest mój ostatni rozkaz".
Dziadek dopisał: "Spełniając rozkaz dowódcy, spełniłem go rzetelnie, bez fantazji i przejaskrawiań".
Dziadek nie chciał, by te wspomnienia zniknęły razem z nim
O istnieniu maszynopisu dowiedziałem się znacznie później. Krótko przed śmiercią dziadek powiedział mi, że wspomnienia zostawi dla mnie, mojego brata i kuzynki. Miały leżeć w kredensie. Po jego śmierci próbowałem je znaleźć, ale ich nie było. Babcia również nie potrafiła mi powiedzieć, gdzie dokładnie zostały schowane.
Odnalazłem je dopiero po jej śmierci, kiedy przeglądaliśmy fotografie, dokumenty i rzeczy pozostałe w rodzinnym domu. Wtedy okazało się, że obok maszynopisu dziadka są również wspomnienia innych żołnierzy Armii Krajowej. Każdy napisał własną historię. Dopiero wtedy w pełni zrozumiałem sens słów o ostatnim rozkazie.
Nie chodziło o to, żeby zrobić z siebie bohaterów. Nie taki obraz tych ludzi zachowałem. Chodziło o coś znacznie prostszego: żeby wydarzenia, za które ryzykowali życie, nie zniknęły razem z nimi.
Oryginalne dokumenty przekazałem później do Muzeum Armii Krajowej w Krakowie. Pozostawione w domu za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat mogły się zniszczyć, zagubić albo trafić w ręce kogoś, dla kogo byłyby już tylko starymi kartkami papieru.
Zostały kopie i historia. Zostało też poczucie, że zabrakło nam czasu.
Kiedy dziadek chciał o tym wszystkim mówić, byłem dzieckiem. Słuchałem, ale nie potrafiłem jeszcze zadawać pytań, które zadałbym mu dzisiaj. Gdy do tych pytań dorosłem, jego już nie było.
Pozostał maszynopis. Na ostatniej stronie widnieje data: Kętrzyn, 4 marca 1985 roku. Pod nią podpis: Wiktor Kozłowski - "Dunin".
Jego dowódca kazał mu zapisać to, "czego jeszcze czas nie wydarł z pamięci". Dziadek swój ostatni rozkaz wykonał.
Teraz pozostaje nie pozwolić, żeby czas wydarł z pamięci to, co zdążył pozostawić.
Tomasz Lejman















