Tajemnica wyszła na jaw po 50 latach. Niemiecki pilot ocalił Amerykanów
Jest 20 grudnia 1943 roku. Amerykańskie bombowce B-17 lecą na Bremę. Jeden z nich zostaje z tyłu. Nagle zbliża się niemiecki myśliwiec. Wrogi pilot bez trudu może zestrzelić Amerykanów. Jednak zamiast zabijać, postanawia ich ocalić. Szczegóły tej historii zostały utajnione i przez ponad 50 lat pozostawały tajemnicą.

Bombowce B-17 to tzw. "latające fortece", każdy z nich może zabrać ponad cztery tony bomb. Ich celem w niemieckiej Bremie jest fabryka myśliwców Focke-Wulf. Jednym z bombowców dowodzi 21-letni podporucznik Charlie Brown. Załoga nazwała samolot "Ye Olde Pub".
Temperatura na zewnątrz wynosi - 60 stopni Celsjusza. Samoloty lecą na wysokości 8300 metrów, kiedy rozpoczynają zadanie. Zrzucają bomby, ale jednocześnie próbują uniknąć ognia niemieckich dział przeciwlotniczych. Zanim Amerykanie wykonali misję, bombowiec Browna odniósł poważne uszkodzenia. Wrogie pociski roztrzaskały dziób B-17 z pleksiglasu, zniszczyły jeden i uszkodziły drugi z czterech silników. Do tego Brown miał problem ze sterami.
Pilot nie mógł utrzymać tempa innych bombowców w formacji. Osamotniony B-17 stał się łatwym celem dla niemieckich myśliwców. Właśnie podrywały się ku amerykańskim maszynom. Krótko później doszło do zdarzenia, które amerykańskie dowództwo przez dekady uznawało za "tajne". Szczegóły opinia publiczna poznała dopiero w latach 90.
Samotny B-17 nad Bremą
Dokładny opis zdarzenia w 1997 roku opisał amerykański magazyn "Air Force", wydawany przez niezależne Stowarzyszenie Sił Powietrznych i Kosmicznych. Historia krążyła jednak wcześniej wśród weteranów.
B-17 Browna był ostrzeliwany przez grupę niemieckich myśliwców. Pociski trafiły w kolejny silnik, który przez to mógł wytwarzać tylko połowę mocy. Uszkodzeniu uległy też systemy hydrauliczne, elektryczne i tlenowe. Ekstremalny mróz zaczął dostawać się do wnętrza samolotu, załoga walczyła o przetrwanie.
W czasie II wojny światowej bombowce broniły się przed myśliwcami umieszczonymi w kadłubie działkami pokładowymi. "Ye Olde Pub" miał ich 11, ale sprawne pozostały dwa. Co więcej, zginął strzelec karabinów w ogonie samolotu, więc maszyna nie mogła się bronić przed myśliwcami nadlatującymi z tyłu.

Podporucznik Brown dostał natomiast odłamkiem kuli w prawe ramię. Krwawił. Uznał, że jedyną szansą, by uciec znad Niemiec, jest manewrowanie w taki sposób, by korzystać z działających działek przeciwko zbliżającym się samolotom wroga. To wymagało wysiłku, a żyjący członkowie załogi, oprócz ran, zmagali się z niedotlenieniem.
Artykuł w "Air Force" relacjonuje to tak: w tamtej chwili ostatnią rzeczą, jaką Brown pamiętał, to spojrzenie w górę, po czym na krótko stracił przytomność. Kiedy się ocknął, jego maszyna była na wysokości 300 metrów. Jedyną szansą na przeżycie było dolecieć do Wielkiej Brytanii. Ale wtedy Brown zobaczył zbliżającego się Messerschmitta Bf 109.
Pilot Luftwaffe ratuje Amerykanów
Brown rozpoczął powolne wznoszenie samolotu. Tylko jeden silnik działał z pełną mocą. Niemiecki myśliwiec był coraz bliżej. Miał łatwy cel, który nie miał się jak bronić.
Ale kiedy Messerschmitt zajął pozycję do strzału, ku zdziwieniu Browna wrogi pilot nie zaatakował. Za to zbliżył się na tyle, by piloci mogli się zobaczyć. Niemiec zaczął sygnalizować ręką, by Amerykanie wylądowali w Niemczech. Brown odmówił. Pilot nie ustępował i pokazał, by lądowali w neutralnej Szwecji.

Podporucznik znów nie posłuchał. Zwiększył wysokość i skierował się w stronę Anglii. Wtedy wydarzyło się coś, w co Brownowi było trudno uwierzyć. Niemiecki pilot leciał nadal obok Amerykanów. W ten sposób ich ochraniał przed działami przeciwlotniczymi, bo załogi na ziemi nie mogły strzelać w obawie o zniszczenie własnego samolotu. Z dołu widzieli rozpadający się bombowiec i niemiecki myśliwiec z wymalowanymi na skrzydłach charakterystycznymi krzyżami. Nie atakowali.
Kiedy obie maszyny znalazły się nad Morzem Północnym, pilot Luftwaffe zasalutował, wykonał zwrot i odleciał. Amerykanie natomiast dotarli do Seething w Anglii, gdzie stacjonowała 448. Grupa Bombowa. Zdali raport ze zdarzenia nad Niemcami. Dowództwo sklasyfikowało go jako "tajny" i szczegóły zdarzenia pozostały tajemnicą przez ponad 50 lat.
Historia Franza Stiglera. By pomóc, ryzykował własnym życiem
Historia przez lata nie dawała Brownowi spokoju. Dalej służył w armii, ukończył studia. Po przejściu na emeryturę przeniósł się na Florydę. W 1986 roku postanowił, że spróbuje odnaleźć tajemniczego, niemieckiego pilota, dzięki któremu przeżył. Umieścił ogłoszenie w biuletynie dla pilotów.
W 1990 roku odpowiedział na nie Franz Stigler, który po wojnie zamieszkał w Kanadzie. Piloci spotkali się i w późniejszych latach zostali bliskimi przyjaciółmi. Historię ze swojej perspektywy Niemiec opowiedział na jednym ze zjazdów weteranów 379. Grupy Bombowej, do której należał samolot Browna.
Otóż 28-letniego wtedy Stiglera zdziwiło to, że kiedy zbliżał się do B-17, nie był ostrzeliwany przez strzelca w ogonie bombowca. Później zobaczył uszkodzenia, poszarpany pociskami kadłub i walczącą o życie załogę. Relacja ze spotkania weteranów została opisana przez znajdujące się w Anglii American Air Museum.
B-17 Browna był "najbardziej uszkodzonym samolotem, jaki kiedykolwiek widziałem, który wciąż latał" - opowiadał Stigler. Pomyślał, że nie może strzelać do rannych, bo dla pilota byłoby to jak "strzelanie do spadochronu". To z kolei nawiązanie do słów asa lotniczego i mentora Stiglera - Gustava Rödla. Ten powtarzał swoim podkomendnym, że "jeśli usłyszy, że ktoś z nich strzela do człowieka na spadochronie, sam ich zastrzeli".
Natomiast Stigler też ryzykował. Po pierwsze sam mógł zostać trafiony przez pomyłkę obrony przeciwlotniczej. Po drugie, gdyby sprawa wyszła na jaw, pilot mógł być osądzony przez sąd wojskowy i skazany na śmierć. Dodatkowo wcześniej tego dnia zestrzelił dwa bombowce. Gdyby zestrzelił kolejny, otrzymałby najwyższe wtedy odznaczenie wojskowe w Niemczech - Krzyż Rycerski.
Wrócił jednak do bazy i nie opowiedział, co wydarzyło się w powietrzu. Przeżył wojnę, po której zajął się biznesem i wyemigrował. Charlie Brown i Franz Stigler utrzymywali ze sobą kontakt do śmierci. Obaj zmarli w 2008 roku, kilka miesięcy po sobie.
Jakub Krzywiecki










