Samolot runął na centrum Poznania. Pilot chciał uratować dzieci
Komuniści robili wszystko, by o katastrofie nikt nie pamiętał. Była zapomniana przez ponad 50 lat. Nie da się jednak ukryć, że na centrum Poznania spadł samolot. Zginęli ludzie. Prawdopodobnie ofiar mogło być więcej. Według jednej z relacji pilot w ostatniej chwili chciał uratować grupę dzieci.

W skrócie
- Samolot bombowy Pe-2 rozbił się w centrum Poznania 10 czerwca 1952 roku podczas lotu treningowego po awarii obu silników.
- Katastrofa została utajniona przez władze komunistyczne, a świadków oraz rodziny ofiar zastraszano, by nie rozmawiali o wypadku.
- Według relacji pilot podjął próbę uniknięcia grupy dzieci i awaryjnego lądowania, lecz maszyna rozbiła się o przyczółek budowanego mostu, co spowodowało eksplozję i śmierć kilku osób.
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Poranek 10 czerwca 1952 roku. Samolot bombowy Pe-2 z 21. Pułku Lotnictwa Zwiadowczego wykonuje lot treningowy. Właściwie kończy zadanie, leci nad dzielnicą Starołęka. Kieruje się na macierzyste lotnisko na Ławicy, więc musi jeszcze przelecieć nad Wartą, nad miastem i bezpiecznie wylądować.
Pe-2 to niewielki bombowiec nurkujący konstrukcji radzieckiej. Wyposażony jest w dwa silniki. Kiedy maszyna jest nad Starołęką, awarii ulega prawy silnik. Chwilę później pilot zgłasza kłopoty z drugim. Bombowiec szybuje.
Katastrofa w Poznaniu. Ścisła tajemnica
Krótko później samolot uderza w przyczółek budowanego wtedy mostu Królowej Jadwigi, na lewym brzegu Warty, czyli po stronie centrum. Rozbija się w okolicy skrzyżowania obecnych ulic Królowej Jadwigi i Droga Dębińska. Współcześnie znajduje się tam pomnik upamiętniający katastrofę, ale postawiono go dopiero w 2008 roku, 56 lat po katastrofie.
Kiedy samolot się rozbił, na miejscu błyskawicznie pojawia się kordon milicji. Do miejsca tragedii nie można się zbliżać ani go fotografować. To czasy stalinizmu, cenzura nie pozwala na ani jedną wzmiankę o wypadku w prasie. Krótka notatka pojawia się jedynie w poufnym biuletynie poznańskiego PZPR, do którego dostęp ma jedynie lokalne kierownictwo partii.

Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa zastraszali świadków i członków rodzin ofiar katastrofy. O wypadku nie można było rozmawiać. Władze chciały, by ludzie zapomnieli. Szczególnie, że rozbił się samolot konstrukcji "bratniego" wówczas Związku Radzieckiego.
Opinia publiczna poznała szczegóły wypadku dzięki pracy archiwistów i dziennikarzy, w szczególności Krzysztofa M. Kaźmierczaka, poznańskiego poety, wydawcy i autora książek. Pierwszy opublikował artykuł o katastrofie w 2007 roku w "Głosie Wielkopolskim". Dwa lata później opisał szczegóły zdarzenia w książce "Ściśle tajne - nieznane fakty z historii Wielkopolski 1945-1989".
Poznań. Sprzeczne wersje o liczbie ofiar
Ze względy na niemal całkowite utajnienie sprawy przez władze komunistyczne, do dziś nie jest do końca jasne ile osób zginęło. Wspomniany biuletyn wewnętrzny PZPR wskazuje na dwóch wojskowych, pięciu cywilów i 15 rannych. Już w wolnej Polsce ukazała się książka "Pamięci lotników wojskowych 1945-2003", w której jest mowa o ośmiu ofiarach.
Z kolei według ustaleń Kaźmierczaka zginęło trzech członków załogi samolotu, trzech pracowników Poznańskiego Przedsiębiorstwa Robót Telekomunikacyjnych, którzy pracowali przy układaniu linii telefonicznej oraz trzech przypadkowych przechodniów. Dokładnej liczby rannych nie sposób ustalić ze względu na brak dokumentacji, ale prawdopodobnie było to kilkanaście osób.
Nie jest też do końca wyjaśniony przebieg katastrofy. Szczególnie wątek ostatnich sekund przed tragedią.
Zwrot w ostatniej chwili. Pilot zauważył dzieci
Według jednej z relacji, zebranych przez Kaźmierczaka, wynika, że kiedy samolot stracił oba silniki, pilot próbował awaryjnie wylądować na Łęgach Dębińskich nad Wartą. Zrezygnował jednak w ostatniej chwili, bo zobaczył, że nad rzeką bawi się grupa dzieci, które grają w piłkę.
Drugim planem prawdopodobnie było wylądowanie na niezabudowanym wtedy terenie przy kościele Bożego Ciała przy ulicy Krakowskiej. Było jednak za późno i pilot nie był w stanie opanować maszyny, która runęła na ziemię wcześniej, niż planował.
Pe-2 najpierw uderzył o budynek Robotniczej Spółdzielni Pracy przy skrzyżowaniu i następnie rozbił się o skarpę przyczółku mostu. Siła uderzenia była tak duża, że wyrzuciła wrak ponownie w górę. Maszyna wpadła w słup trakcji tramwajowej i zatrzymała się na ulicy. Doszło do eksplozji, która uszkodziła okoliczne budynki.
Katastrofa w Poznaniu. Radziecka komisja i "błąd pilota"
Nawet w czasach stalinowskich konieczne było powołanie komisji, która miała zbadać przyczyny katastrofy w Poznaniu. Jakość jej pracy pozostawia jednak wiele wątpliwości.
Na czele pięcioosobowej komisji stanął ówczesny dowódca wojsk lotniczych w Polsce, Rosjanin, Iwan Turkiel. W organie zasiadał tylko jeden Polak, resztę składu uzupełnili radzieccy oficerowie. Wypadki lotnicze zazwyczaj bada się tygodniami, jeśli nie miesiącami i pracuje nad tym sztab ludzi. W tym przypadku komisja zakończyła prace po trzech dniach.
Raport z prac przyznaje, że doszło do usterki technicznej silnika, ale komisja w takim składzie nie mogła przyznać, że zawiódł radziecki samolot. Dlatego winą obarczono pilota, który zdaniem radzieckich towarzyszy wpadł w panikę i nieprawidłowo wykonywał awaryjne lądowanie.
Jednak zdaniem redaktora Kaźmierczaka prawdziwą przyczyną tragedii nie był błąd pilota, tylko stan techniczny maszyny. Podkreśla, że zgodnie z relacją świadków samolot leciał bezgłośnie, co oznacza, że nie działały oba silniki. Co więcej, rok wcześniej doszło do podobnej katastrofy samolotu tego samego typu, a po czerwcowej tragedii nakazano sprawdzenie silników w samolotach Pe-2, co skutkowało wymianą części z nich. Kaźmierczak zaznacza, że Pe-2 w polskim lotnictwie latały przeciążone, bo na spodzie kadłuba montowano dodatkowe opancerzenie, co dodatkowo eksploatowało silniki.
Jakub Krzywiecki










