Dramatyczna misja polarna Polaków sprzed lat. "Pilot powiedział, że nie wsiądzie"
Turystów przejeżdżających przez Puławy może zaskoczyć niecodzienny widok pomarańczowego śmigłowca, ustawionego w ogrodzie przy ulicy 4 Pułku Piechoty Wojska Polskiego. To pamiątka po polarnej misji Polaków sprzed prawie 50 lat. Opowiadamy o wypadku, który uziemił jedną z maszyn, wysłanych przez Polskę na Antarktydę.

Pomarańczowy śmigłowiec stoi w ogrodzie Muzeum Badań Polarnych w Puławach i dumnie prezentuje logo stacji im. Antoniego Bolesława Dobrowolskiego. W kontekście polskiej obecności na Antarktyce najczęściej wspomina się stację im. Henryka Arctowskiego, ale ta powstała dopiero 20 lat po naszej najstarszej placówce badawczej w tym rejonie świata.
Stacja Dobrowolskiego do dziś jest używana sporadycznie, przede wszystkim ze względu na trudny dostęp do bazy i panujące tam warunki. Był jednak czas, gdy Polska eksplorowała Antarktydę na tyle ambitnie, że wysłaliśmy tam śmigłowce.
Początki stacji im. Dobrowolskiego
Historia stacji zaczyna się w 1956 roku, wówczas pod nazwą Oazis. Bazę założyli badacze ze Związku Radzieckiego, ale spędzili na niej tylko dwa lata. Następnie na mocy porozumienia między akademiami naukowymi obu państw stacja trafiła w ręce Polaków.
W 1958 roku ruszyła pierwsza polska, samodzielna wyprawa antarktyczna, która w styczniu następnego roku przejęła bazę i nazwała ją imieniem Antoniego Dobrowolskiego - polskiego badacza i podróżnika, który pod koniec XIX wieku spędził 13 miesięcy na statku Belgica, uwięzionego w lodach Oceanu Południowego.

Efektem naszej pierwszej misji były prace naukowe o Antarktydzie, jednak w Polsce spadało zainteresowanie badaniami polarnymi. Brakowało też na nie pieniędzy. Jedynie Uniwersytet Wrocławski organizował niewielkie wyprawy na Spitsbergen. Tak sytuacja wyglądała przez kilkanaście lat.
Wszystko zmieniło się w połowie lat 70. Relacje z tamtych lat znamy dzięki zapiskom zmarłego w 2020 roku geodety i astronoma Jana Cisaka, który swoje wspomnienia opisał w publikacji wydanej przez Instytut Geodezji i Kartografii pt. "Polskie wyprawy polarne w minionym 70-leciu IGiK z perspektywy wspomnień pracowników".
Nowe wyprawy na Antarktydę
Cisak twierdzi, że świadomy znaczenia badań Antarktyki był ówczesny przewodniczący Rady Państwa PRL Henryk Jabłoński. Natomiast propaganda opowiadała wówczas o brakach mięsa na rynku i możliwości zdobycia białka zwierzęcego ze skorupiaków z gatunku kryla antarktycznego.
Niezależnie od powodów, rzeczywiście w połowie lat 70. Polska śmiało działała w kierunku rozwoju badań polarnych. Stację na Spitsbergenie reaktywowano i wyremontowano. Wtedy również ruszyła budowa stacji Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego. Natomiast w 1978 wyruszyła nowa wyprawa na stację Dobrowolskiego.
Jej zadaniem były badania geodezyjne. Jeszcze przed rozpoczęciem cieszyła się w kraju dużym zainteresowaniem. Nasi polarnicy byli zapraszani na spotkania z uczniami szkół. W jednej z nich, na warszawskim Żoliborzu, dzieci poprosiły Jana Cisaka o prowadzenie dziennika wyprawy. Dzięki temu badacz zachował dokładne notatki o przebiegu zdarzeń na Antarktydzie.
Uszkodzenie polskiego śmigłowca Mi-2
15-osobowa ekspedycja dotarła do Antarktydy na pokładzie statku Zawichost. Najpierw w rejon oddalonej od celu o 370 kilometrów, radzieckiej stacji Mirnyj, gdzie znaleziono przylepę lodową.
Coś w rodzaju lodowej rampy, lodowego nabrzeża tworzącego się w czasie długiej zimy nawet kilkaset metrów od właściwego brzegu. Niestety, wcześniej przyszły ciepłe i wietrzne dni, które spowodowały oderwanie się przylepy i rozbicie jej na mniejsze bryły lodowe. Sytuacja stała się bardzo skomplikowana
Bez portu i dźwigów nie było jak wyładować sprzętu misji, przede wszystkim dwóch wyprodukowanych w Polsce śmigłowców Mi-2, zakupionych przez Polską Akademię Nauk. Maszyny były zapakowane w olbrzymie skrzynie, które trzeba było przenieść ze statku na brzeg.

Dlatego polarnicy wspólnie z radzieckimi kolegami zbudowali specjalne sanie, ciągnięte przez pojazdy gąsienicowe. Tak udało się wydostać pierwszy ze śmigłowców.
Z drugim nie poszło już tak łatwo. Jedna z beczek, na której toczyła się skrzynia ze śmigłowcem, przekręciła się i stanęła pionowo, przebijając podłogę skrzyni i podłogę śmigłowca. Rosjanie proponowali naprawę, uważając, że uszkodzenie jest niegroźne. Nasz pilot stwierdził jednak, że nie wsiądzie za stery takiego śmigłowca. Uznał to za przestrogę i postanowił tym samym statkiem wrócić do kraju
Rozładunek nadal przebiegał w trudnych warunkach.
"Sam przeżyłem chwile grozy. Pomagając ładować skrzynie i paczki z naszym sprzętem i żywnością na sanie, w pewnym momencie poślizgnąłem się na lodowym torze sań i zacząłem zjeżdżać prosto do wody między brzegiem a stojącym przy nim statkiem. Gdybym wpadł do wody, nie byłoby ratunku. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że przed samym brzegiem udało mi się zatrzymać" - opisywał dalej nasz polarnik.
Przerwana misja polarna
Misja przebiegała nadal w trudnych warunkach, również ze względu na stan psychiczny uczestników, którzy musieli poradzić sobie na antarktycznym końcu świata. Jeszcze w radzieckiej bazie z takimi problemami zmierzył się lekarz polskiej wyprawy.
Kiedy spotkał swojego radzieckiego odpowiednika, zobaczył, że ten ma bardzo spracowane ręce. Rosjanin nie miał za wiele roboty, więc w bazie wykorzystywano go jako kierowcę i mechanika. Polski doktor przestraszył się, co będzie, gdy sam zachoruje.
W efekcie zaczął odczuwać urojone bóle brzucha i przygotowywać się do zrobienia samemu sobie operacji. Kierownik zastanawiał się, czy nie trzeba go odesłać do kraju. Na szczęście udało się go przekonać, że jest zdrowy i w końcu pozostał z nami. Jednakże przez cały czas widać było, jak boi się o nas przy każdym locie lub wyjściu poza stację. Humor i pewność siebie odzyskał dopiero wtedy, gdy wsiedliśmy na statek powrotny
Polska misja w stacji Dobrowolskiego trwała krócej, niż planowano. Polacy spędzili w swojej bazie czas od od 18 stycznia do 21 lutego 1979 roku. Wtedy nastąpiło załamanie pogody i konieczna była szybka ewakuacja do radzieckiej bazy, a następnie powrót do Polski.
Naszego polarnego Mi-2 nazwano "Jan" od imienia polskiego lotnika Jana Nagórskiego. Jedyny sprawny śmigłowiec misji służył do transportu badaczy i prac naukowych. Pomagał również podczas ewakuacji podczas zmiany warunków pogodowych.
Połowę drogi między stacją Dobrowolskiego i Mirnyj członkowie misji przebyli właśnie "Janem". Maszyna pokonywała trasę kilka razy, w bardzo trudnych warunkach.
"Dalej czekał na nas, na lądolodzie, samolot Ił-14, który dowiózł nas jednym kursem do radzieckiej stacji. Pilot z mechanikiem naszym śmigłowcem dotarli również do stacji Mirnyj, gdzie śmigłowiec został zapakowany do skrzyni i złożony na wiele lat" - podsumował Cisak w swojej relacji.
Śmigłowiec w ostatnich latach został wyremontowany i od 2023 roku można oglądać go w ogrodzie Muzeum Badań Polarnych w Puławach.
Jakub Krzywiecki









