Reklama

Reklama

Ziobro wiecznym podejrzanym

Leczenie sądów przez ich większe uzależnienie od polityków nie sprawdziło się. I to jest ważniejsze niż wymawianie Ziobrze czy Morawieckiemu, że "reformy" nie dokończono.

Gąszcz domniemań dotyczących Zbigniewa Ziobry zajmuje coraz większą uwagę komentatorów. Kłopot z ustalaniem prawdy jest taki, że minister sprawiedliwości i lider Solidarności występuje w dwóch rolach. Jest liderem partii koalicyjnej, a od pewnego czasu poniekąd konkurentem samego Jarosława Kaczyńskiego. Przypisuje mu się zamiar budowania projektu konkurencyjnego wobec PiS. Kiedy głosuje przeciw Europejskiemu Funduszowi Odbudowy i pomstuje na Unię Europejską, to tak jakby się do tego przyznawał.

Zarazem Ziobro jest w ramach szerszego obozu: Zjednoczonej Prawicy konkurentem premiera Mateusza Morawieckiego. Mającym cichych sojuszników w samym PiS, także w jego mediach czy spółkach skarbu państwa. W tym drugim charakterze prowadzi różne gry, ale jest też często opisywany jako główna sprężyna zdarzeń. Nie zawsze chyba słusznie.

Reklama

Za czym stoi Ziobro?

Ot i najświeższy przykład. Ziobro jest piętnowany (przyznajmy niezbyt mocno) za zdradę interesów PiS w sprawie Europejskiego Funduszu Odbudowy. A równocześnie zapraszany na Nowogrodzką do konsultacji w sprawie Nowego  Ładu.

Nic też dziwnego, że gdy zapada decyzja o zdymisjonowaniu Zbigniewa Jagiełły, prezesa PKO BP, jednego z najbardziej zaufanych współpracowników i przyjaciół premiera, natychmiast pojawia się konkluzja: to zwycięstwo Ziobry. Choć przecież wiele wskazuje na to, że Jagiełło znudził czy zdenerwował samego Kaczyńskiego, a w zarządzie banku miał silnych oponentów niekoniecznie związanych z Ziobrą. Prezes PiS lubi korzystać z takich sytuacji aby dyscyplinować swoich ludzi, także premiera.

Dobrym przykładem takich trudnych do udowodnienia podejrzeń jest najświeższa historia z akcją prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Marian Banaś w oczywisty sposób bierze odwet na całym obozie rządzącym. Dopiero co nękał kontrolami i zarzutami resort sprawiedliwości, czyli Ziobrę. Wystarczy jednak aby uderzył - na razie pośrednio - w premiera za działania zmierzające do przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów 10 maja, aby pojawiła się spiskowa teoria, że jest w zmowie z Ziobrą. Który podobno tylko czeka na jego powiadomienia o przestępstwie.

Nie wątpię, że Ziobro powita z zadowoleniem kłopoty Morawieckiego. Choć powiedzmy sobie szczerze, dopóki pozostaje w koalicji, raczej nie postawi prawnych zarzutów premierowi i jego ministrom, a nawet szefom takich spółek jak Poczta Polska. Wyborcy doskonale pamiętają, że na wybory nalegał Kaczyński. A Solidarna Polska ich nie kwestionowała.

Czy Banaś spotyka się z Ziobrą? Wcale tego nie wykluczam. Ale faktu niekonsekwentnych czy miękkich działań prokuratury wobec klanu Banasiów nie traktowałbym jako dowodu przesądzającego na te konszachty. Prezes NIK, w żenujących zresztą okolicznościach, stał się trudnym orzechem do zgryzienia dla całego obozu. Jego celem nadrzędnym nie jest odstrzelenie Morawieckiego a wymuszenie gwarancji własnej trwałej bezkarności. Używa do tego aparatu i funkcji NIK.  Partnerem ostatecznym jest tu dla niego Kaczyński, nie minister sprawiedliwości.

Kto zawalił reformę?

Ciekawa jest za to spektakularna wymiana ciosów między wicemarszałkiem  Ryszardem Terleckim i ministrem Ziobrą.  "Reforma wymiaru sprawiedliwości nie powiodła się w takim zakresie, w jakim oczekiwaliśmy Jeżeli trafiały do Sejmu projekty, do których my sami musieliśmy wnosić potem dziesiątki poprawek, to świadczy o tym, że nie były dobrze przygotowane" - stwierdził Terlecki we wtorek w Radiu Plus.

To w zasadzie dowód na to, że jeśli Kaczyński kiedyś korzystał z Ziobry jako przeciwwagi dla Morawieckiego, to teraz traktuje go wrogo. Terlecki to jeden z największych "zakapiorów" PiS, ale też  zaufany człowiek Prezesa, polityk, który często wyraża pretensje i fobie samego lidera.

Tę wypowiedź można potraktować jako wyraz personalnej  niełaski i  element przepychanki między PiS i Solidarną Polską. Zarazem Kaczyński używa Ziobry jako swoistego odgromnika. Mówi przez Terleckiego: to przez niego się nie udało, a nie przez cały obóz czy rząd. Jest to tym istotniejsze, że dla twardych wyborów PiS "reforma sądów" to jeden z trwalszych mitów. Każdy kontrowersyjny wyrok czy zachowanie tego czy innego sędziego wywołuje natychmiast westchnienie: gdybyśmy wyczyścili tę stajnię Augiasza.

Zarazem część miękkich wyborców PiS skłonna jest zwalać winę za awantury z sędziami na Ziobrę - to pojawia się non stop w mediach społecznościowych. Mamy przecież korowód spraw dyscyplinarnych sędziów skłóconych z rządem. I mamy sytuację, kiedy niektóre izby Sądu Najwyższego, z dyscyplinarną na czele, są nieuznawane przez inne sądy i przez instytucje zagraniczne.

To sytuacja nie tylko kompromitująca, ale też grożąca permanentnym chaosem polskiego wymiaru sprawiedliwości. W takiej sytuacji łatwo jest szukać winnego, a kiedy rzecz dotyka polityka skłóconego z kierownictwem PiS w innych sferach, to się nasuwa.

Trzeba jednak powtórzyć bardzo mocno: to Kaczyński był mózgiem tak zwanej reformy sądów. To on uważał, że sytuacja choć częściowego uzależnienia karier sędziowskich od woli politycznej prawicy pomoże w rządzeniu.  Wręcz wymuszał na Ziobrze zaostrzanie przepisów. Zauważmy, że Terlecki nie kwestionuje w swojej wypowiedzi tego celu. Zarzuca tylko Ziobrze, że nie umiał znaleźć właściwych formułek prawnych.

Ziobro szybko się odwinął. Przypomniał, że różne elementy poszczególnych projektów związanych z nowym modelem Krajowej Rady Sądownictwa były wstrzymywane lub korygowane, bo Morawiecki negocjował z Komisją Europejską. Znów więc pojawia się mit miękkiego premiera. W praktyce jest to jednak zarzut stawiany Kaczyńskiemu, bo to on zachęcał premiera do szukania kompromisów.

Tak naprawdę mamy w tej kwestii pat. Kaczyński jeszcze teraz nalegał aby nowy projekt dotyczący tak zwanej reformy sądów został wpisany do pakietu Nowego Ładu. A Ziobro ma w zanadrzu projekt ostateczny: spłaszczenia struktury sądów, co pozwoliłoby na czystkę.

Równocześnie zaś prezes PiS nie jest pewien, w którym momencie uruchomić to ostateczne uderzenie, swoistą wojnę totalną. Wszak chwali się pieniędzmi od Unii Europejskiej, a  ich napływ jest jednak uzależniony od zapisów praworządnościowych. One nie pozwalają wprawdzie na zablokowanie funduszów z powodu samej "reformy". Ale przy okazji jakiejś kontrowersyjnej sprawy przed polskim sądem, ten temat może stanąć.

Do tego trzeba dodać brak pewności, czy taka "reforma" miałaby za sobą większość głosów w Sejmie. Jarosław Gowin zrezygnował z rozbijania koalicji, ale to nie znaczy że by za czymś takim głosował ze swoim Porozumieniem. Możliwe więc, że oczyszczenie sądów stanie się wiecznym króliczkiem, którego trzeba gonić. Celem, którego nie można osiągnąć. Powodem do wiecznego narzekania na kastę, elity, zagranicę.

Skądinąd te elementy "reformy", które już zrealizowano, nie odebrały PiS społecznego poparcia. Choć oczywiście cały czas grożą zablokowaniem wymiaru sprawiedliwości. Przypomnijmy, że większość Sądu Najwyższego dopuściła możliwość kwestionowania prawa do sądzenia każdego sędziego powołanego z udziałem nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Co z kolei zawsze może prowadzić do podważenia każdego wyroku.

Nie wiemy, czy Kaczyński spróbuje nowej wojny z sędziami, czy też zrezygnuje z niej, zadowalając się obecnymi potyczkami. I wskazując na Ziobrę jako na winowajcę.

Sądy nadal niewydolne

Na koniec trzeba powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, jak by się poszczególni sędziowie kompromitowali wyrokami, nie da się stworzyć systemu gwarantującego taką a nie inną, "słuszniejszą" linię orzeczniczą. Można natomiast stworzyć system, w którym sędzia będzie czuł presję aktualnej władzy. W takim przypadku lekarstwo wydaje mi się gorsze od choroby.

A po drugie,  nie uleczono innych patologii. Postępowanie sądowe jest wciąż przewlekłe, zbiurokratyzowane i nieprzyjazne obywatelom. Z tym nic nie zrobione, czas spraw przed sądami nawet się za obecnej władzy wydłużył. 

"Sędziowie od Ziobry" potrafią mieć na swoim koncie równie kontrowersyjne decyzje jak sędziowie sympatyzujący z opozycją. Sam ten polityczny podział sądownictwa jest skandalem i nie tylko Ziobro z prawicą za niego odpowiadają. Bez wątpienia jednak leczenie sądów przez ich większe uzależnienie od polityków nie sprawdziło się. I to jest ważniejsze niż wymawianie Ziobrze czy Morawieckiemu, że "reformy" nie dokończono.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje