Reklama

Reklama

Zdjęcia Ewy Kopacz, czyli o plemiennej wojnie

Czy polska minister powinna sobie robić "słitfocie" w prosektorium? Sądzę, że nie. Ale burza wokół tego odwraca tylko uwagę Polaków od pytania, co stało się w Smoleńsku.

Sam sobie wybrałem ten temat - fotki ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz z rosyjskiego prosektorium jako pokłosie filmu Ewy Stankiewicz o smoleńskiej katastrofie, bo je tam pokazano. I jednak przystępuję do pisania o tym z poczuciem zażenowania.

Obrońcy zwierają szeregi

Skąd zażenowanie? Bo chcę napisać oczywistość: od polityka powinno się oczekiwać zachowania poważnego, odpowiedzialnego, na miarę własnego urzędu i własnej misji. Kiedy reprezentuje Polskę, zagranicą w szczególności.

Czy jest poważnym zachowaniem robienie sobie w prosektorium "słitfoci" z kimkolwiek? W takiej chwili? Przyznam szczerze, nie rozumiem tego. To wynika z trudnych do zadekretowania, a przecież wyczuwalnych norm czy nawyków kulturowych. Najwyraźniej są one inne dla mnie, inne - dla byłej premier.

Reklama

I zarazem wiem, że nie mam co startować z takimi uwagami do - przyjmijmy umownie - co najmniej połowy Polaków, dla których obrona takiego zachowania jest dziś uwarunkowana ich miejscem po tej a nie innej stronie politycznej czy ideowej barykady. Trudno sobie wręcz wyobrazić pomysłowość znaczących publicznych postaci i zwykłych Polaków w szukaniu rozmaitych uzasadnień, tłumaczeń, usprawiedliwień czy kontrpodejrzeń. Od  tez, że zdjęcia są podrzucono przez rosyjskie służby po wysiłki pewnego znanego profesora, aby uśmiech na twarzy Ewy Kopacz (skądinąd niezbyt ostentacyjny, właściwie śladowy) objaśniać trudnym do wytrzymania stresem.

W tym ostatnim przypadku nie ten widoczny czy niewidoczny uśmiech jest najważniejszy dla mnie, a sama czynność robienia sobie pamiątkowych zdjęć. Jeśli przywołuję profesorską mowę obrończą to dlatego, że ta pomysłowość różnobarwnego chóru jest dla mnie czymś bardziej chorym niż sytuacja wyjściowa.

No i owa zbiorowa, wręcz instynktowna zdolność zwierania szeregów. Oto była rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska pośród rytualnych krytyk samego filmu zrobiła na Twitterze uwagę, że zachowanie ówczesnej minister Kopacz było mało profesjonalne. Skalę hejtu antypisowców (to tożsamość znacznie bardziej wyrazista niż etykietki partyjne czy nawet ideologiczne) wobec niej trudno opisać. Wraz z pomysłowością interpretacji: oto Lewica już zdradziła i łasi się do Kaczyńskiego. To że pani poseł może mieć w tej jednej sprawie nieco odrębne zdanie brzmi dziś jak jakaś egzotyczna herezja. Czasy własnych zdań minęły.

Co jest grzechem głównym?

A zarazem zażenowanie budzi też coś innego. Bo oczywiście te fotki nie są wobec dramatyzmu tamtej historii niczym szczególnie istotnym. Oczywiście rację mają ci komentatorzy, którzy większy problem upatrują w czymś innym: pani minister okazała się wobec Rosjan bezsilna. Nie była w stanie zrobić niczego z faktem, że wszystkie czynności od sekcji po umieszczanie zwłok w trumnach zostały dokonane bez Polaków. I na dokładkę kłamała o tym potem, aby tę swoją bezsilność ukryć. Wiemy to od dawna. Nie przeszkodziło jej to potem zostać polskim premierem.

Dla obrońców tego, co zdarzyło się w roku 2010 i w latach następnych dyskusja o zaszczuwanej dziś podobno polityczce jest wygodniejsza niż debata o nieporadności ekipy Donalda Tuska. Że przypomnę jego mechaniczną zgodę na Konwencję Chicagowską jako podstawę dochodzenia, co ułatwiło rosyjskiej agencji MAK ogłoszenie ośmieszającego pamięć ofiar sprawozdania.

Ale ponieważ nie śpiewam w żadnym chórze, powiem, że i dla drugiej strony skupienie się na minach Kopacz jest łatwiejsze od odpowiedzi na pytanie, dlaczego 11 lat temu obóz prawicy uczynił twarzą własnego dochodzenia postać tak mało poważną jak Antoni Macierewicz. I dlaczego po pięciu i pół roku rządów PiS nie dostaliśmy spójnej próby odpowiedzi na pytanie, co tam się wówczas stało.

Nie przyniósł jej także ten film. Ale przecież ja nie wiem rzeczy znacznie ważniejszych niż pogląd Ewy Stankiewicz na tamtą historię. Nie wiem - przykładowo - dlaczego po tylu latach informacje o śladach trotylu w samolocie są przedmiotem wyłącznie doniesień mediów, a nie komunikatu prokuratury. Wraz z objaśnieniem, co takie ślady naprawdę oznaczają. Polacy mają prawo nie być specjalistami od lotniczych katastrof.

Dlatego pisząc o braku powagi Ewy Kopacz, myślę natychmiast, czy nie wpisuję się w czyjąś inną kampanię. Można do woli wspominać ówczesny fatalny klimat niepowagi rządu PO, a czasem organizowanego z premedytacją braku szacunku wobec żałoby (kampania Janusza Palikota). Ale powracanie do wrzawy dotyczącej atmosfery nie powinno przesłaniać pytania zasadniczego: Czy jesteśmy w stanie dociec prawdy o tamtych zdarzeniach? Jeżeli nie jesteśmy, to te kolejne paroksyzmy oburzenia stają się absurdalnym zaciemnianiem rzeczywistości. Plemiennym biciem w tam tamy, po raz kolejny podsycającym nienawiść. Ale nie prowadzącym donikąd.

Odpryski układanki jak w "Zodiaku"

W samym filmie Ewy Stankiewicz pojawiło się kilka hipotez dotyczących tamtych zdarzeń. Przykro mi, wszystkie pozostały jednak właśnie tylko hipotezami. Jak w scenariuszu kryminalnego filmu "Zodiak" Davida Finchera, gdzie pokazuje nam się kawałki układanki na temat domniemanego seryjnego mordercy z Kaliforni, ale nie tworzą one definitywnej całości. Czasem wieloletnie śledztwa tak się kończą. Ale jeśli tak jest w tym przypadku, to ten kto twierdzi, że zna odpowiedź, po prostu nie mówi prawdy. Nie wystarczy bardzo chcieć, aby winni okazali się Rosjanie (moim zdaniem, zdolni do takiej operacji), czy tym bardziej ekipa Tuska.

Ja bym oczywiście był ciekaw pójścia za różnymi tropami. Na przykład Stankiewicz wróciła do domniemań jakoby dwie, trzy ofiary katastrofy zostały jeszcze żywe wywiezione przez rosyjskie karetki z lotniska. Wyśmiano ją z tego powodu natychmiast, ale nikt z szyderców nie odniósł się do tego, że w filmie przywoływane są zeznania polskich dyplomatów na ten temat. Oni mieli to słyszeć od samych Rosjan. Chciałbym wiedzieć, czy to prawda? Oczywiście to nie jest jeszcze dowód na nic. W chaosie takich katastrof może powstać szum informacyjny produkujący pogłoski. Ale w atmosferze wytworzonej wokół katastrofy smoleńskiej ciężko jest o tym nawet dyskutować czy pytać.

Jedni programowo odrzucają jakiekolwiek poszlaki nie pasujące do oficjalnej wersji wypracowanej przez podwładnych rządu Tuska. Inni - za łatwo kupują wizje spisku, którego wciąż nie dowiedziono. A ludzie tacy jak ja czekają na konkret. Z coraz mniejszą wiarą, że kiedykolwiek się pojawi. 


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy