Reklama

Reklama

Wojna Kaczyńskiego na dwa fronty. Po odejściu Merkel, przed IV Rzeszą

Nowa niemiecka koalicja rządowa otwarcie przyznaje się do zamiaru budowy federalnej Europy. A zarazem to między innymi do niej wypadnie Kaczyńskiemu kołatać w razie zwiększenia zagrożeń ze strony Rosji.

- Ciężkie terminy przyszły na Europejczyków. Niemcy wyłożyły karty na stół i chcą budowy IV Rzeszy. My na to nie pozwolimy! - powiedział Jarosław Kaczyński na zebraniu parlamentarnego klubu PiS. Posłowie i senatorowie jego formacji zareagowali rytualnym entuzjazmem.

Z kolei opozycja i związane z nią media przyjęły tę wypowiedź z równie rytualną krytyką. Kaczyńskiego zarzucono antyniemieckie obsesje. "IV Rzesza" ma stanowić nieprzyzwoitą analogię do "III Rzeszy", czyli do czasów hitleryzmu.

Żal po Merkel

Polemiści często pomijali jednak kontekst, powód tych słów. Rzeczywiście partie tworzące nową niemiecką koalicję rządową: socjaldemokraci i Zieloni wpisali oficjalnie do swojej umowy koalicyjnej dążenie do federalnej Europy. Miałaby ona zostać przekształcona w jedno państwo, na wzór samych Niemiec, które są federacją. Zdaniem Kaczyńskiego taka bardziej zjednoczona niż dziś Europa byłaby Europą zdominowaną przez Niemcy - stąd metaforyczna wypowiedź o Rzeszy.

Reklama

Można się zastanawiać, czy lider partii rządzącej nie powinien być większym dyplomatą, a publicystykę polityczną zostawić innym. Można też pytać, czy nowemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi bardziej chodzi o dominację Niemiec czy o zrealizowanie ideologicznej utopii. Ale z punktu widzenia poglądu polskiej prawicy na to, jak powinna wyglądać Europa, powód do alarmu jest.

Ta wypowiedź jawi się jako nie do końca przekonująca z jednego powodu. Antyniemiecka nuta obecna jest w propagandzie PiS od początku jego rządów, czyli od roku 2015. Tymczasem poprzednia kanclerz chadeczka Angela Merkel tak naprawdę zawsze torpedowała pomysły Europy bardziej federalnej, nawet jeśli czasem używała retoryki większej integracji. Co więcej, w różnych dyplomatycznych zawirowaniach okazywała Polsce życzliwość. Tak było jeszcze podczas niedawnych sporów o powiązanie budżetu unijnego z mechanizmem badania praworządności. Wszyscy to wiedzieli.

I znów: można się do woli zastanawiać, ile w tym było resztek skrupułów polityczki pamiętającej czasy komunizmu, a ile pragmatyzmu przywódcy państwowego: Polska, także ta rządzona przez PiS, to ważny partner ekonomiczny Niemiec. W każdym razem dziś jest powód, aby żałować odejścia Merkel i CDU od władzy. Nawet jeśli można jej też przypisać inicjatywy niekorzystne dla polskiego interesu, choćby Nord Stream2. Tymczasem z perspektywy języka PiS nic się właściwie nie zmienia. Merkel była zła, nowi liderzy Niemiec są tylko odrobinę gorsi.

Nie chodzi o to, że Kaczyński powinien Merkel chwalić: zawsze wolała, aby Polską rządził Tusk z Platformą. Ale niewątpliwie antyniemiecka retoryka, obecna w wystąpieniach prezesa PiS, może bardziej nawet w codziennych audycjach TVP, jest odrobinę zdewaluowana. Brakuje słów dla odmalowania realnego niebezpieczeństwa, kiedy ono nadchodzi.

W obliczu Putina

Inną sprawą jeszcze jest to, że umowa koalicyjna socjaldemokratów i Zielonych przychodzi w szczególnym momencie. Jeśli słuszne są diagnozy między innymi polskiego premiera Mateusza Morawieckiego, zagrożenie ze wschodu, nie tylko awanturnictwem Łukaszenki, ale imperialnymi planami Putina, nigdy nie było bardziej realne. A to oznacza, że szczególnie potrzebne nam jest partnerstwo mainstreamowych zachodnich przywódców. Nie liderów zachodniej eurosceptycznej prawicy zapraszanych na sobotę do Warszawy. Oni są niestety do bólu prorosyjscy.

Zarazem są być może przydatni w grze PiS o zatrzymanie federalizacji Europy. Z tego powodu rozumiem szukanie kontaktów z nimi. Ale to oznacza, że polska prawica skazana jest na szarpanie się. Na walkę na dwóch frontach. Ciężko jest sobie wyobrazić sytuację, w której odpieramy rosyjskie zagrożenie prowadząc równoległą wojnę na śmierć i życie z unijnymi eurokratami, ale i unijnymi rządami. Przeciw Putinowi naturalnym sojusznikiem są niemieccy Zieloni, a nie Włoch Salvini czy Marine Le Pen, którzy przyjmowali od Rosji pieniądze.

Nie mam dla Kaczyńskiego żadnej sensownej rady, jeśli oba fronty uważa za jednakowo ważne. Mam tylko uwagę, że nigdy jeszcze nie miał tak trudno jak teraz. W obliczu niebezpieczeństw, a i ewentualnej straty pieniędzy unijnych na Krajowy Plan Odbudowy, powinien zrobić przynajmniej jedno: zachować zimną krew. A to oznacza co najmniej bardziej dyplomatyczny język. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy