Reklama

Reklama

Wobec pandemii: nie zamykajcie kraju, ale coś jednak zróbcie

W sprawie covidowych zagrożeń można iść środkiem drogi - pomiędzy skrajnościami postaw histeryków i egoistów. Ale żeby to było możliwe, rząd musi się okazać się bardziej odważny.

Codziennie media ogłaszają kolejne rekordy zakażeń covidem. Mamy równie liczne zgony, co przy poprzednich  falach, ale wciąż mniejsze obłożenie szpitalnych łóżek. Stało się jasne, że rząd Mateusza Morawieckiego nie chce po raz kolejny zamykać gospodarki i życia społecznego. Że będzie próbował z tym zwlekać tak długo, jak tylko się da. Skądinąd wieści o korkowaniu się szpitali w niektórych regionach stają się coraz bardziej niepokojące.

Opozycja też niekonsekwentna

Ze strony komentatorów o liberalnym i lewicowym zabarwieniu padają od czasu do czasu zgryźliwe komentarze, z których wynika, że rząd nie reaguje na narastające zagrożenie, a powinien. I że robi to ze strachu przed swoim konserwatywnym elektoratem, który był najbardziej oporny wobec restrykcji, a dziś nie garnie się do szczepień.  Znamienna tu była jedna z czołówek "Gazety Wyborczej", którą można było zrozumieć jako wezwanie do lockdownu.

Reklama

Tyle że gdy zaczynamy się przypatrywać politykom, przełożenie podziałów w sprawie pandemii na politykę nie jest już tak przejrzyste. Ani Koalicja Obywatelska ani Lewica ani PSL nie podnoszą twardo tej kwestii.

W ostateczności Kaczyński z Morawieckim mają prawo pamiętać, że opozycja (pomijając całkiem osobną w tej sprawie Konfederację) była za twardym kursem pandemijnym jesienią 2020 roku - to ona wymusiła na przykład przedwczesne zamykanie szkół. Większość państw zachodniej Europy, a to do nich bym jednak w sprawach zdrowotności równał, opierała się temu dłużej, wychodząc z założenia, że edukacyjna normalność to priorytet. Z kolei na początku roku 2021 ta sama opozycja wzięła na siebie rolę rzecznika zaniepokojonego kolejnym lockdownem biznesu. I w jednym i w drugim przypadku opozycyjne diagnozy i rekomendacje były mocno przypadkowe. Ich jedynym motywem zdawało się być posiadanie odmiennego zdania niż rządzący. Zrobienie im możliwie jak największego kłopotu.

Odrobina ryzyka jednak konieczna

Ktoś, kto dziś wierzy w konieczność kolejnego lockdownu dla wszystkich, jest dla mnie głosicielem szaleństwa. Zadam takim ludziom pytanie, które formułował w Polsacie lekarz profesor Piotr Kuna: A co jeśli wirus zostanie z nami na zawsze? Mamy cyklicznie, co roku, przerywać życie społeczne, a przy okazji społeczną tkankę. W szczególności te moje uwagi dotyczą edukacji.

Nie jestem entuzjastą wielu poczynań ministra Przemysława Czarnka, a już zwłaszcza jego języka politycznego. Ale spodobało mi się, kiedy dość nonszalancko zdystansował się od decyzji Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który na dwa tygodnie zawiesił zajęcia - w kilka tygodni po rozpoczęciu nowego roku akademickiego.

Mało rzeczy tak mnie drażniło jak łatwość, z jaką wykładowcy akademiccy przystali korzystając ze swojej autonomii na kompletną abdykację z choćby prób prowadzenia normalnych zajęć. Uczelnie przestały być tym, czym być muszą: społecznościami. Gotowość, aby do tej abdykacji wrócić, jest nadal ogromna. Każdego dnia czytam w mediach społecznościowych utyskiwania profesorów i młodszych pracowników naukowych, że się narażają, padają rady, aby pozywać państwo za zmuszanie ich do ryzyka.

Radość, z jaką jedna z pań profesor informowała o tym, że jej zajęcia "znowu wchodzą w tryb zdalny", to radość karpia, że nadciąga Boże Narodzenie. Ten szał samolikwidacji własnych funkcji i własnych misji pobrzmiewał nihilizmem, zwłaszcza gdy przypomni się jak ochocza ta grupa stawiła się w pierwszej niemal kolejności na szczepienia. Chyba tylko ci lekarze, którzy odmawiali spotykania się z pacjentami budzą we mnie jeszcze większy niesmak - jako przykład środowiska, które nie zdało egzaminu. Życie to również ryzyko. Prawda, trzeba je minimalizować, ale wiara, że da się bez niego całkiem obejść, prowadzi do czystego egoizmu.

O szczepieniach bardziej stanowczo

Takie opinie sytuują mnie w teorii bliżej tak zwanych wolnościowców. A jednak tam także nie składam akcesu. Rozumiem ostrożność rządu w unikaniu szczepiennego przymusu. Ale możliwe, że ona będzie musiała mieć jakieś granice.

Od czegoś trzeba zacząć. Choćby ten skromny projekt dający pracodawcy możliwość ustalenia, kto z pracowników jest szczepiony, był szansą na jakieś przełamanie. Choć skądinąd grupa posłów PiS, która go złożyła, nie odważyła się na wyposażenie tychże pracodawców w prawo do bardziej zdecydowanego stosowania wobec tychże pracowników przymusu. No tak, ale ja tu ich wzywam do większej odwagi, tymczasem kilku z nich już się wycofało z popierania tej inicjatywy. Widać też niechęć pisowskich oficjeli do podnoszenia tej kwestii.

Demokracja to system, gdzie owszem słucha się ludzi, wyborców. Ale czasem ich się jednak edukuje i próbuje im przewodzić. Większość państw zachodnich umiała chuchać i dmuchać na własne szkoły z uczniami w ławkach zamiast przed komputerami w domach. Ale te same państwa umieją powiedzieć swoim obywatelom: nie wejdziecie tam czy ówdzie, nie skorzystacie z ulubionej rozrywki lub usługi, jeśli nie zadbacie o większe bezpieczeństwo wspólnoty.

Jeśli już coś zamykać, to nie życie społeczne dla wszystkich, a przed tymi, którzy wybierają egoizm, względnie ignorancję. Skądinąd to paradoks, że takie południowe kraje jak Hiszpania, Portugalia czy Włochy umieją się wykazać większą społeczną dyscypliną niż my, choć zawsze wskazywano na nie jako na nie całkiem ogarnięte, chaotyczne. Nie demonizuję Polski. Wiosną ubiegłego roku Polacy umieli karnie rozejść się do domów, większość na długie miesiące zgodziła się na ograniczenia. Ale paradoksalnie dziś, kiedy żąda się mniejszych poświęceń, wyłazi z nas nie całkiem wspólnotowa natura.

Rząd na torze przeszkód

I znowu, opozycja jest niby bardziej za szczepiennym przymusem, możliwość powoływania się na Austrię czy Francję to właściwie dla niej rodzaj komfortu. Ale tak naprawdę po tamtej stronie też niczego nie stawia się na ostrzu noża. - Musisz zrozumieć, my też mamy swoich antyszczepionkowców - objaśniał mi to sympatyczny poseł KO. I rzeczywiście znowu poglądowy jest tu krótki rajd po internecie. A tam spotykamy takich ludzi liberalnej i nieliberalnej lewicy, którzy niechęć do szczepień przypisują katolickiemu ciemnogrodowi. I zaraz obok znajdujemy wpisy takich, którzy lockdowny opisywali jako widzimisię autorytarnej pisowskiej władzy.

Prawda, to dla rządzących swoisty tor przeszkód. Nie pamiętamy już jak liberalni sędziowie masowo odrzucali oskarżenia o łamanie pandemicznych rygorów? Weźmy przykład niemal z ostatniej chwili. Kiedy zaczęto bardzo nieśmiało rozważać szczepienne nakazy wobec konkretnych grup zawodowych, tak oczywistych jak lekarze czy nauczyciele, nowy rzecznik praw obywatelskich prof. Marcin Wiącek natychmiast zaczął przestrzegać przed takimi pomysłami, bo przecież rygory można stosować tylko wobec wszystkich - inaczej to naruszenie zasady równości wobec prawa. Gdyby stan prawny skręcił w tym kierunku, czy świat prawników nie zafundowałby rządowi kolejnych tego typu pułapek?

Trudności jest bez liku, ale nie wystarczy się nimi tłumaczyć. W sprawie covidowych zagrożeń można iść środkiem drogi - pomiędzy skrajnościami postaw histeryków i egoistów. Ale żeby to było możliwe, rząd musi się okazać się bagatela, bardziej odważny. W obliczu niszczącej polaryzacji i permanentnej kampanii wyborczej nie jest to łatwe. Wypada mu tego jednak życzyć.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje