Reklama

Reklama

Sakrament nie jest usługą

Proboszcz parafii w Ropicy Polskiej ma prawo żądać od młodzieży odcięcia się od Strajku Kobiet. Ciekawe jednak, czy zrobił coś więcej, aby tę młodzież zatrzymać przy Kościele.

Reklama

Ogłoszenie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej otwiera kolejny etap wojny ideologicznej w Polsce. Rozważania, dlaczego akurat teraz, i co PiS chce przykryć tą awanturą, wydają mi się absurdalne.

Nowa odsłona koszmaru

Reklama

Można się zastanawiać, czy należało w dobie pandemii, kiedy szczególnie ważna jest narodowa jedność, wydawać samo orzeczenie. Ale jeśli już się ono pojawiło (ja to uważam za błąd), samo ogłoszenie wyroku w Dzienniku Ustaw jest po prostu obowiązkiem rządzących. Konstytucja nakazuje to zrobić "niezwłocznie".

To raczej zwłoka wynikała z zamiaru odłożenia starcia, dopóki nie znajdzie się jakieś rozwiązanie kompromisowe. Nie znaleziono go, nie okazał się nim zwłaszcza projekt prezydenta Dudy, który podzielił sam klub PiS. W tej sytuacji pytanie, czy dobry na ogłoszenie był akurat koniec stycznia, wydaje mi się jałowe.

Co nie znaczy, że nie wróci teraz koszmar ideologicznej agresji. Wulgarne transparenty i okrzyki pod siedzibą TK przypominają o tym z całą siłą. A gdzieś wokół tej historii mamy też lokalne konflikty ujawniające kryzys wspólnoty wiernych, jaką był do tej pory Kościół.

Taką naturę ma incydent w Ropicy Polskiej na  Podkarpaciu, gdzie proboszcz uzależnił przystąpienie grupy młodzieży do bierzmowania od odcięcia się od Strajku Kobiet. Ksiądz uzyskał poparcie rzeszowskiej kurii, ale wywołał co najmniej zdziwienie, a w wielu wypadkach oburzenie mediów.

Co ja na to? Przede wszystkim czekam na bardziej precyzyjne opisanie całej sytuacji. Chętnie bym poznał zarówno samego księdza, jak i owych "buntowników" - z oświadczenia Kurii wynika, że chodziło o trójkę nastolatków, która manifestowała poparcie dla Strajku Kobiet w mediach społecznościowych. Znamy masowe zjawisko obwieszania się tam znaczkiem błyskawicy.

Możliwe, że pojawią się na ten temat reportaże. Rzecz cała jest o tyle ciekawa, że po raz kolejny znajdujemy potwierdzenie zejścia konfliktu "w dół" - na prowincję, i to do najbardziej konserwatywnych regionów, bo takim jest Podkarpacie. Wiemy też, że w stosunkowo krótkim czasie zmieniło się dość fundamentalnie nastawienie młodzieży wobec kwestii aborcji. Większość była w kolejnych sondażach przeciw aborcji na życzenie. Teraz większość jest za. Mamy tu więc ilustrację szerokiego zjawiska.

Kiedy czytam treść patetycznego oświadczenia, które mieli podpisywać kandydaci do bierzmowania, łącznie z przeprosinami "za nierozsądne zachowania", coś się we mnie buntuje. Mam wątpliwość, czy ten proboszcz znalazł najwłaściwszą drogę dotarcia do tych młodych ludzi. Czy okaże się skuteczny w przekonywaniu ich do racji Kościoła, w zatrzymywaniu ich we wspólnocie. Księżom często to nie wychodzi.

Sakrament czyli usługa

Z drugiej jednak strony przedstawianie Kościoła jako czysto usługowej instytucji, która ma obowiązek przyjmować każdego, kto sobie tego życzy, to czysty absurd. Sakramenty nie są usługą, do której każdy ma automatyczne prawo. Księża mają za to wręcz obowiązek wymagać od swoich wiernych wierności nauczania papieża i biskupów - to chyba oczywiste. Nie ma zaś bardziej klarownie przedstawianej przez Kościół kwestii niż stosunek do aborcji. "Liberał" papież Franciszek ma tu akurat takie samo zdanie jak najbardziej konserwatywny ksiądz z zapadłej wioski na południu Polski.

W internecie krąży wpis wyrażający oburzenie z powodu odmówienia prawa do bycia chrzestnym osobie, która dokonała apostazji. Wydaje mi się on fejkiem. Ale świetnie oddaje kompletny brak logiki ludzi zgłaszających wobec Kościoła roszczenia. Zdecydujcie się: możecie przecież wyjść z tej wspólnoty bez żadnej konsekwencji. Po co chcecie się w niej dalej rozpychać? Podważając równocześnie jej wszelkie zasady.

Księża skądinąd często przymykają oczy na to, że ludzie oczekujący sakramentów nie dochowują wierności katolickiemu nauczaniu. Czasem taka tolerancja ma sens. Daje możliwość swoistego "uzgodnienia stanowisk" w przyszłości. Ale to ma, i musi mieć swoje granice. Granicą jest popadnięcie wspólnoty w śmieszność.

Kościół nie jest partią polityczną. Nie musi, i nie powinien naginać głoszonych przez siebie zasad po to, aby poszerzać "elektorat". Oczywiście zmiany w katolickim nauczaniu następują. Ale nie powinny być wymuszane. Nie da się ich przegłosować.

"Spal swój kościół"

Akurat w przypadku aborcji szczególnie trudno sobie wyobrazić pogodzenie akceptacji dla niej z jakkolwiek pojmowanym chrześcijaństwem. Można z nim pogodzić wyrozumiały stosunek do kobiet (czy rodzin), które się na nią decydują. Ale wielu manifestantów spod znaku Strajku Kobiet powtarza po prostu, że "aborcja jest OK". Taki jest pogląd liderek tego ruchu, które nie szukają dialogu z innymi poglądami niż własne, a etyką katolicką gardzą i mówią o tym otwarcie.

Kiedy widzę, jak znany, skądinąd utalentowany i sympatyczny pisarz, zachwala na Facebooku koszulki zachęcające do spalenia "swojego lokalnego kościoła", zastanawiam się, gdzie jest granica nowych mód, które trudno nazwać intelektualnymi. Ale gdyby ów pisarz zgłosił się potem do owej lokalnej świątyni żądając dla siebie katolickiego ślubu czy ochrzczenia dziecka, mój niesmak byłby jeszcze większy.

Proboszcza z Ropicy zachęcam jednak, aby wymyślił coś więcej ponad ową "lojalkę" towarzyszącą sakramentowi, która może albo przyśpieszyć wychodzenie młodych ludzi z Kościoła, albo skłonić ich do hipokryzji. Możliwe, że go tym krzywdzę. Może próbował coś więcej zrobić. Powtórzę: chętnie bym poznał tę parafię. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje