Reklama

Reklama

Rozmawiałem z Urbanem, kiedy jego własna rola przestawała go bawić. A może to tylko złudzenie?

Zrobiłem kilka rozmów z Jerzym Urbanem. Nie wstydzę się tego, bo poszerzyło to moją wiedzę o jego świecie. Peany na jego cześć mnie brzydzą. Ale próbuję coś zrozumieć, broń Boże nie usprawiedliwiać.

"Odszedł Jerzy Urban, ikona dziennikarstwa i satyry" - powiadomiła mnie i całą Polskę Młoda Lewica. Czytam w tym samym wspomnieniu, że był autorem "niezwykle trafnych i ciętych żartów". Ciekawe, czy młodzi lewicowcy umieliby choć jeden taki cięty żart przytoczyć.

Tomasz Lis powiadomił nas z kolei, że odeszło "najprzedniejsze dziennikarskie pióro". Poproszę jednak o tytuły, o przykłady artykułów przełomowych dla dziejów polskiej debaty publicznej. I pewnie by się takie nawet znalazły, na przykład z "Po prostu", a więc z lat 50., kiedy Urban walczył o naprawę socjalistycznej Polski, u boku między innymi Jana Olszewskiego.

Reklama

 

Prawda, był człowiekiem dowcipnym, złośliwym. Ale co trwałego pozostało z jego publicystyki, także z tych czasów, kiedy nie stał się jeszcze urzędnikiem PRL, a zadowalał się rolą publicysty tygodnika "Polityka". Które to pismo po latach wychwalał za "pragmatyzm", przeciwstawiając bezsensownej kontestacji "Po prostu".

Z kolei jako rzecznik prasowy rządu w latach 1981-1989 specjalizował w naśmiewaniu się z pokonanego i pognębionego przeciwnika. Napawał się przewagami. Czy jest sens o tym pisać? Zrobiono to już przecież tak wiele razy.

Choć może i należałoby, choćby z powodów pokoleniowych. Niektórzy starsi kupili Urbana wraz z całą polityczną polaryzacją. Jest wrogiem prawicy i Kościoła, więc jeśli nawet nie całkiem nasz, zasługuje na komplementy. Padały one i padają teraz, także ze strony tych, którzy w latach 80. reagowali na jego nieubłaganą logikę reprezentanta władzy autorytarnej zaciśniętymi pięściami.

Za to młodsi nie wiedzą, w każdym razie nie wszyscy. Znali tylko pociesznego człowieka z wielkimi uszami, który przebierał się za biskupa i rzucał mięsem. Choć dowiedzieć się, kim był naprawdę, nie jest w dobie społeczeństwa otwartego tak trudno.

Cezary Łazarewicz, człowiek innych poglądów politycznych niż moje, przypomniał gdzieś w necie, że ledwie dwa dni temu była rocznica śmierci poetki Barbary Sadowskiej. To matka zamordowanego maturzysty Grzesia Przemyka. Zmarła dwa lata po synu. Miałaby dziś 86 lat, ale doczekanie sędziwego wieku nie było jej dane. Jemu - tak.

Urban szydził z niej jako z kiepskiej poetki wkrótce po tym, kiedy doszło do tej zbrodni. Był to element propagandowej kampanii zmierzającej do zamazania policyjnego mordu. Czy takie historie robią dziś na kimś wrażenie?

Przecież dopiero co ekscytowano się filmem fabularnym "Żeby nie było śladów". To właśnie o śmierci Przemyka i cierpieniu Sadowskiej, choć wiecznie obecnego wówczas na ekranach polskich telewizorów rzecznika rządu w tej historii kręconej według książki Łazarewicza nie pokazano.

Bezkarność i panświnizm

W III RP Urban stał się symbolem pełnej bezkarności i paradoksalnego sukcesu peerelowskiej elity, w każdym razie jej najzręczniejszej części. Jak twórca tygodnika "Nie" z pewnością okazał się sprawnym biznesmenem, ale też znawcą polskich dusz, przynajmniej niektórych.

Można w tym dopatrywać się sukcesu czysto politycznej rehabilitacji systemu PRL. Który zdołano niespodziewanie, po tak niewielu latach, przedstawić jako coś wręcz lepszego niż transformująca się nowa Polska. Urban wyczuł, jak szybko modne stanie się ośmieszanie Kościoła, epatowanie wulgarnością etc. Istotnie czynnikiem sprzyjającym sukcesowi był język satyry, karykatury, brutalnej drwiny.

Ale w sukcesie "Nie" było jeszcze coś więcej. Pamiętam, jak pisano o przesycającym strony kolorowego pisma Urbana "panświniźmie", wizji, z której wynikało niezłomne przekonanie, że  każdy jest utytłany, każdy do kupienia, każdy ma swoją cenę. To oczywiście była droga do szybkiego oczyszczenia pamięci PRL, bo skoro każdy jest świnią, to nie ma sensu osądzać kogokolwiek za cokolwiek.

O zarzynaniu prosiaczka

Tylko że ja w tym widziałem coś jeszcze bardziej pierwotnego i definitywnego niż polityka. Pamiętam publikację w "Nie" jeszcze z głębokich lat 90., która opowiadała o uroczym prosiaczku, bodajże Kubusiu, który był ulubieńcem dzieci, ale i tak trafił do rzeźni. Mocno to było niezgodne z ekologicznymi poprawnościami, ale przecież "Nie" było pismem starych komuchów obżerających się kiełbachą. Nowa lewicowość, ascetyczna i zgodna z uduchowionymi modami, witała tam rzadko.

Niemniej opowieść o Kubusiu to był cały Urban. Człowiek, który napisał kiedyś, że holokaust to dla niego moment, w którym zginęły jego niecierpiane ciotki. Który w jednym z tekstów naśmiewał się z wyglądu własnej córki. W pokrajaniu na plasterki Kubusia była niezłomna intencja, aby człowiek w przyśpieszonym trybie zaakceptował okrucieństwo i obrzydliwość świata. Czym szybciej zrobi to ktoś młody, a może i dziecko, tym lepiej.

Trzeba było pokroić na plasterki jego wrażliwość. Miał się narodzić nowy człowiek. Niezdolny do wspólnotowości, co z etosem tradycyjnej lewicy miało niewiele wspólnego, nawet jeśli "Nie" pomstowało czasem na upadek dawnej peerelowskiej, niby wspólnej infrastruktury.

Ale była w tym też prywatna wojna Urbana ze światem. Ja pamiętam jeszcze dawne felietony Jerzego Kibica z zapomnianych dziś "Kulis". Czytywałem je w latach 70. Istotnie sprawnie napisane, językiem bardziej pisarza niż dziennikarza. Nie wiem, na ile zmyślone, bo aż tyle kryminalnych historii w PRL się chyba nie zdarzało.

Ale z uderzającym wątkiem zabawy okrucieństwem. W tym była delikatna, umiejętnie sączona, radość z ludzkiego upodlenia - niezależnie czy Kibic opowiadał o kobiecie, którą ugryzł w pośladek szczur w biurowej toalecie czy o mężu, który zamordował i pochował swoją ciężarną żonę (pamiętam obie te przypowiastki).

Myślę, że to był taki mały odwet Urbana wymierzany ludziom. Bawił się bliźnimi i wyszydzając ich, zbierał pochwały. Niby tak jest z każdym satyrykiem. Wielu z nich okazuje jednak na koniec ośmieszonemu światu sympatię. Ale nie on.

Powody, dla których mógł szukać odwetu, były rozmaite: pochodzenie, wygląd, kompleksy. Potem przy generale Jaruzelskim narzędziem odwetu stała się funkcja rządowa tak bardzo nacechowana przemocą. Prześmiewca zmienił się w kacyka. Potem, w epoce "Nie", nastąpił czas afirmacji hedonizmu, ale przecież do samego końca musiał mieć sporo uciechy, wodząc za nos swoich współobywateli, którymi niemal otwarcie gardził. 

Po jego śmierci internet zaroił się od absurdalnych pochwalnych tyrad. Ale i od obelg. Ja staram się po prostu opisać ten fenomen. Czas na moje własne doświadczenia z Urbanem.

Urban reformatorem

W latach 90. jak wielu dziennikarzy antykomunistów obserwowałem zjawisko pęcznienia imperium "Nie" z daleka, uważając za dopust boży. To był czas wielosettysięcznych nakładów tygodnika i mnożenia fortuny. Potwierdzeniem skuteczności Urbana były kolejne zwycięstwa wyborcze postkomunistów. Nie musieli się kierować tak całkiem nihilizmem społecznych i obyczajowych przekazów. Wystarczyło, że otwarty cynizm pociągał jakąś grupę ich wyborców.

Mnie redaktor Urban zainteresował po raz pierwszy w latach 2004-2005, kiedy na chwilę stał się on swoistym reformatorem własnego środowiska politycznego. Najpierw z satysfakcją pogrążał SLD przed komisją śledczą badającą sprawę Rywina. Nie oszczędził także Adama Michnika, zdradzając przed kamerami jego rozmaite tajemnice. Potem patronował spiskom przeciw Leszkowi Millerowi, które zaowocowały powstaniem Socjaldemokracji Polskiej Marka Borowskiego.

Nie byłem pierwszym dziennikarzem z umownie mówiąc "mojej strony", który z nim rozmawiał. Rola pioniera przypadła chyba Wiesławowi Walendziakowi, który dostał na chwilę program w telewizji swojego następcy, Ryszarda Miazka i przeprowadził z nim wywiad w roku 1997. Ja pisałem teksty o roli Urbana dużo później - w "Newsweeku" w apogeum kryzysu SLD po aferze Rywina. Odwiedziłem wtedy ze dwa razy redakcję "Nie" na Słonecznej.

Było to przedziwne doświadczenie. Bo to był już paradoksalnie czas schyłku imperium. "Nie" źle się sprzedawało. Urban dostarczył trochę paliwa mediom szczypiącym Millera, ale jego własne niusy nie były już w cenie. Ta redakcja w eleganckiej willi robiła wrażenie graciarni, muzeum dawnej świetności, pełnego obrazów wyszydzających papieża Jana Pawła II i religię, ale pustego. Urban królował tam sam, pomijając kręcącego się Piotra Gadzinowskiego i sekretarkę.

I sprawiał wrażenie wypalonego. Owszem, chwilami bawiło go podrzucanie kąsków na własnych przyjaciół dziennikarzom, których kojarzył jako wrogich sobie i swojemu światu, ale robił to mechanicznie. Był bardzo inteligentny, więc chyba czuł, jak bardzo te jego zwody są nie tylko paradoksalne, ale i jałowe.

Podgryzał własny świat. A zarazem o żadnej kuracji odświeżającej postkomunistów nie mogło być mowy. Filozofia panświnizmu, którą sam swojemu obozowi zaszczepił, była zbyt wszechorgarniająca. Z jednej strony Borowski i jego koledzy z nowej efemerycznej partii trochę się go wstydzili. Z drugiej, on nie bardzo mógł im coś dać. Czy miał wykrzesać jakieś ideały? Ale jakie? Zaszczepić wiarę? Ale w co?

O Jaruzelskim i Tusku

Ostatni nasz kontakt był jeszcze ciekawszy. Wiosną roku 2009 Urban zgodził się bez wahania udzielić przy okazji okrągłej rocznicy końca PRL wywiadu "Dziennikowi". Znowu poszedłem na Słoneczną, z Michałem Karnowskim.

Byliśmy za tę rozmowę atakowani: przez kolegów z prawicy i przez tak zwana drugą stronę. Andrzej Krauze poświęcił temu zdarzeniu karykaturę w "Rzeczpospolitej", czyniąc z nas apostołów pojednania z nazistami. Przez lata czyniono nam najbardziej absurdalne wyrzuty.

Kiedy Urban zaczął w tej rozmowie wychwalać Donalda Tuska, powiedziałem, że szuka dziś w PO, po porażkach SLD, takiej samej ochrony przed "nacjonalistyczno-klerykalną dziczą", jakiej kiedyś szukał w reżimie Jaruzelskiego. Przypisano nam potem takie widzenie prawicy. Tymczasem ja oddawałem tylko jego, a nie swój, sposób rozumowania.

Byłem pierwszym dziennikarzem, który spytał go o udział, pod pseudonimem Jana Rema, w kampanii przeciw księdzu Jerzemu Popiełuszce zakończonej w roku 1984 jego zabiciem. Pojawił się też wątek jego roli w tuszowaniu sprawy zamordowania Przemyka. Przedtem nikt tego nie zrobił. Jedni wygrażali mu z daleka, inni nie chcieli mącić dobrego samopoczucia Urbana.

Odpowiedź była banalna. Przedstawił się jako ofiara dezinformacji SB. Uznaliśmy to za absurd.

Nie żałuję tej rozmowy choćby z jednego powodu. Widziałem wcześniej wypowiedzi Urbana wychwalające pod niebiosy generała Jaruzelskiego. W jednej z nich przedstawiał go jako człowieka o nadludzkich wręcz możliwościach. W rozmowie z nami pozwolił sobie jednak na lekką ironię wobec dawnego, żyjącego wtedy jeszcze szefa WRON.

Opowiedział historię zebrania Biura Politycznego, na którym narzekano, że w pewnej fabryce nie pracuje supernowoczesne, sprowadzone z zagranicy urządzenie. Bo jedyna osoba, kobieta, która umiała je obsługiwać, odeszła do pracy w kwiaciarni. Już sam fakt, że zajmowało się tym najwyższe polityczne kierownictwo państwa (Biuro rządziło, nie rząd, Sejm czy Rada Państwa), był świetnym przyczynkiem do zrozumienia istoty tamtego systemu.

Ale Urban dodał coś jeszcze. - Zmusić ją, żeby wróciła - upierał się Jaruzelski. Tłumaczyli mu, ależ generale drogi, tak się nie da, prawo nie pozwala. A my zobaczyliśmy istotę osobowości ciasnego trepa. Urban powiedział, że po tym zdarzeniu ostatecznie zwątpił w żywotność systemu.

Sądzę, że możliwość podsrania swego dawnego szefa sprawiła mu jakąś przewrotną przyjemność. Za którą byłem wdzięczny - jako dziennikarz, nie człowiek, bo poszerzało wiedzę.  Zresztą nawet kadząc Tuskowi, Urban zdawał sobie moim zdaniem doskonale sprawę, że niekoniecznie robi liderowi PO prezent, bo jego gorące poparcie nie buduje autorytetu polityka o solidarnościowym rodowodzie. To go jeszcze odrobinę kręciło.

Ale chyba tylko to. Siedział w swoim gabinecie, gdzie na ścianie wisiał frywolny obraz nagiej kobiety. W pewnym momencie nasz wzrok spotkał się, obaj patrzyliśmy na to samo. - No wie pan, w tym miejscu coś takiego być musi - powiedział prawie smutno. Niczym więzień rytuałów, które przestały go bawić.

Odesłał nam autoryzowany tekst przez kierowcę. Nigdy więcej go nie spotkałem. Jego nihilizm wygrywał w życiu społecznym, ale już w dużej mierze bez niego, nawet jeśli kilka razy gdzieś tam jeszcze wystąpił, pokazał język czy zabździł. Z przyczyn biologicznych? Zapewne także, choć żył potem wiele lat. Mam jednak w żaden sposób nieudowadnialne wrażenie, że właśnie przestało go to bawić. Choć może to iluzja. I tyle.

Reklama

Reklama

Reklama