Reklama

Reklama

Romaszewska niewpuszczona, czyli opowieść o osobnych bańkach

Pogrzeb Jana Lityńskiego był okazją do choćby wrażenia pojednania między środowiskami kiedyś sobie bliskimi. A wyszło jak zawsze.

We wspomnieniach o zmarłym Janie Lityńskim, bohaterze opozycji antypeerelowskiej, potem polityku Unii Demokratycznej i Unii Wolności, powracała jedna fraza: był ciekawy nie tylko swojego środowiska, otwarty, często łączył zamiast dzielić. To paradoks, że jego pogrzeb znowu przypomniał o bolesnym podziale na wrogie plemiona. Choć ciężko orzec, na ile to komedia omyłek, a na ile efekt czyjejś premedytacji.

Faktycznie rodzina i celebrujący uroczystości ksiądz Andrzej Luter uprzedzali, że wstęp do kościoła środowisk twórczych na Placu Teatralnym jest możliwy tylko za zaproszeniami, że liczba wiernych będzie bardzo ograniczona (podobno do 40 osób). Nie będąc osobą bliską zmarłemu, a tylko jednym z wielu dobrze go wspominających znajomych, ja od razu nastawiłem się na ceremonie pogrzebowe na Powązkach Wojskowych. Tam mógł przyjechać i stać stosunkowo blisko trumny każdy, kto chciał - na wolnym powietrzu.

Reklama

W teorii więc niewpuszczenie do kościoła Zofii Romaszewskiej, która przyniosła wieniec od prezydenta Dudy, daje się wytłumaczyć. Względami formalnymi. Uważam jednak, że uwzględnianie jedynie formalnej strony zdarzenia, to pójście na łatwiznę.

Czy rzeczywiście nie dało się potraktować 80-letniej doradczyni prezydenta jako wyjątku? Wymagało to spojrzenia przez palce na stworzone przez siebie reguły. Ale przecież nie chodzi tu nawet o respekt wobec urzędu, w imieniu którego tam przyszła. To poza wszystkim towarzyszka bojów z PRL-em i Lityńskiego, i wielu osób zgromadzonych w kościele. Tak samo odważna i zasłużona jak oni. Czy istotnie potraktowanie starszej pani jako 41. uczestniczki mszy żałobnej komuś by ubliżyło albo zagroziło? Nie sądzę.

Nie dało się uniknąć wrażenia, że chodziło o poczucie politycznej obcości. Że logika plemienna znowu wygrała. Może to wrażenie nie byłoby aż tak dojmujące, gdyby nie mocne polityczne akcenty w wystąpieniach pogrzebowych na cmentarzu: Adama Michnika czy Władysława Frasyniuka, ba nawet i członków rodziny.

Nie odmawiam żadnemu środowisku polityczno-towarzyskiemu prawa do podkreślania, także na pogrzebie, własnej tożsamości. Sam Lityński radykalizował się politycznie w ostatnich latach, szedł za logiką polaryzacji. Mam jednak wątpliwości, czy właśnie ta ceremonia to najlepsza okazja do personalnych ataków na kogokolwiek, a już zwłaszcza na dawnych kolegów z czasów opozycji. Na pewno mieliśmy do czynienia z bardzo ostentacyjnym wyrzeczeniem się klimatu wielkoduszności. Trudno było poważnie pomyśleć o wyciągnięciu ręki do swoich wrogów, a czasem tylko polemistów.

Nie dziwmy się więc, że takie incydenty jak ten z Zofią Romaszewską mogą być odbierane jako przejaw niechęci jednej bańki wobec baniek innych. Widziałem wśród uczestników pogrzebu ludzi, z którymi Janek Lityński rozstał się dawno temu, polemizował, nawet walczył. A jednak, pomimo ich milczącej obecności okazja do choćby zamarkowanego pojednania została zmarnowana. Można dopowiedzieć: jak zawsze w ostatnich latach. Ale co to zmienia?

Czy wrażenie sekciarstwa, które trzyma się poważnych, zasłużonych ludzi nawet w sytuacjach tak ostatecznych jak uczczenie cudzej śmierci, dotyczy tylko jednej strony? Niekoniecznie. Stali obok mnie na pogrzebie Lityńskiego ludzie prawicy, ale też chodziła mi po głowie lista postaci, które powinny się pojawić, przyjść na Wojskowe Powązki, ze względu na dawne czasy i wspólne kiedyś sprawy. A jednak ich nie było. Czas wielkoduszności jest definitywnie za nami? A może kogoś krzywdzę, bo nie zauważyłem. Wszyscy przecież nosili maseczki.

Nigdy nie zapomnę mojego zdziwienia, ale i podziwu, kiedy w pierwszych rzędach warszawskiej Katedry Świętego Jana podczas pogrzebowej mszy za Jana Olszewskiego zobaczyłem Ewę Milewicz. Dawna dziennikarka "Gazety Wyborczej" atakowała Olszewskiego jako premiera w roku 1992, zapewne także i później, a jednak pamiętała o czasach, kiedy ten polityk był ofiarnym adwokatem opozycji antypeerelowskiej, a ona tejże opozycji ofiarnym członkiem. Więc nie bacząc na większy w jej przypadku wysiłek (dziennikarka porusza się na wózku) uznała za słuszne oddać mu hołd po śmierci.

To wymagało od niej nie tylko fizycznego, ale zapewne i psychicznego  samozaparcia. Wokoło przeważali ludzie wrodzy jej środowisku (choć pojawił się były premier Jerzy Buzek i kilku przedstawicieli obecnej opozycji). Ona tam dotarła, ale też ktoś ją tam wpuścił. Do katedry wchodziło się także za zaproszeniami. Oczywiście było przed czasem pandemii, dopuszczalny tłum był większy. A jednak powtórzę, mam wrażenie, że to nie tylko kwestia pandemicznych rygorów.

Zofii Romaszewskiej zaproponowano podobno miejsce na krzesełku wystawionym na ulicę. Przy kilkustopniowej temperaturze, była to propozycja granicząca z żartem.

Wytrwał za to, stojąc na ulicy przed kościołem, premier Mateusz Morawiecki. Słyszałem, że zapamiętał swoje rozmowy z Lityńskim. Szefa rządu często uważa się za emocjonalnego cyborga, a jednak w tym przypadku wystąpił w innej roli.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy