Reklama

Reklama

Resort edukacji woli szokować niż przekonywać

Słowa doradcy ministra Czarnka o wychowaniu dziewcząt do "cnót niewieścich" wywołały burzę. Dostajemy kolejną Gombrowiczowską wojnę na miny. Mam wrażenie, że sam resort edukacji woli szokować niż przekonywać.

W wywiadzie dla "Naszego Dziennika" z 8 lipca doktor habilitowany Paweł Skrzydlewski, profesor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie i doradca ministra edukacji Przemysława Czarnka mówił m.in., że kluczowe jest "właściwe wychowanie kobiet, a mianowicie ugruntowanie dziewcząt do cnót niewieścich".

I przekonywał: "Dziś obserwujemy w kulturze bardzo niebezpieczne zjawisko moralne, także religijne, pewnego zepsucia duchowego kobiety polegającego na rozbudzeniu w kobiecie pychy, która się przejawia próżnością, zainteresowaniem wyłącznie sobą, egotyzmem, zwalczaniem obiektywnego porządku na rzecz widzenia siebie".

Reklama

Wojna kulturowa na Facebooku

Te wypowiedzi wywołały burzę trwającą do dziś. Politycy opozycji natychmiast zagrzmieli. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Lewicy napisała na przykład: "Najpierw minister Czarnek chce je odchudzać, teraz jego doradca dyscyplinować i "wychowywać do niewieścich cnót". Czy panowie z MEiN mogliby jednak poskromić swoje obsesje na punkcie małych dziewczynek?". Do odchudzania dziewcząt w szkołach zachęcał niedawno sam minister Czarnek.

Pojawiło się wiele polemik prasowych, ale może najzabawniejsza była eksplozja nawiązań ze strony celebrytów i zwykłych Polaków. Tysiące z nich, także mężczyzn, opatrzyły swoje zdjęcia profilowe na Facebooku deklaracjami: "Mam ugruntowane cnoty niewieście".

Trudno było się oprzeć wrażeniu, że swoista wojna o język jest kolejną odsłoną wojny kulturowej. Tak absorbującej, że ktoś napisał na tymże Facebooku przestrogę, aby mniej przejmować się tymi słowami, a bardziej usiłowaniami PiS do wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. 

Co ja o tym sądzę? Mam wrażenie, że zarówno sam minister jak i jego współpracownicy lubią czasem zaszokować archaicznym językiem. Czy robią to z premedytacja, czy tak po prostu mówią z nawyku, ciężko ocenić.

Pytanie o język

W polemikach podkreślano, że już pod koniec XIX wieku takie pojęcie jak "cnoty niewieście" pokrywało konserwatywną koncepcję roli kobiety podporządkowującej swoje ambicje mężczyźnie, uznającej swoją podległość w rodzinie. Na ile Czarnek i PiS są wierni dawnym koncepcjom i postawom?

Lubiący się wdawać w teoretyczne rozważania jeszcze przed objęciem urzędu ministra, Czarnek powiedział jesienią 2019 roku: "Kariera w pierwszej kolejności, a później może dziecko. Prowadzi to do tragicznych konsekwencji. Jak się pierwsze dziecko rodzi w wieku 30 lat, to ile tych dzieci można urodzić? To są konsekwencje tłumaczenia kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez pana Boga powołana".

Czasem w szeregach PiS zdarzały się wypowiedzi jeszcze mocniejsze. Zmarły już minister Jan Szyszko kwestionował sens rozwoju sieci przedszkoli, bo przecież kobieta powinna się poświęcić w pierwszym rządzie wychowaniu dzieci.

Były to jednak w PiS głosy rzadkie, w Polskim Ładzie przedszkola znalazły swoje miejsce, a w uwagach Czarnka, choć topornie staroświeckich co do języka, trudno kwestionować jedno: obawy o demograficzny rozwój naszego społeczeństwa. Przyrost naturalny i przyszłość rodzin zależą od decyzji kobiet (choć mężczyzn także). Tymczasem zarówno sama wypowiedź doradcy ministra jak i reakcje na nią sprowadziły rzecz całą do Gombrowiczowskiej wojny na miny.

Tematem stało się samo pytanie, czy w ogóle da się wyodrębnić coś takiego jak "cnoty kobiece" (zostawmy już problem "niewiast"). Mnóstwo ludzi zaprzecza. Liberalny jezuita ojciec Grzegorz Kramer zażądał, aby uczyć tych samych cnót dziewczęta i chłopców. I wymienił cały ich katalog z "tolerancją dla różnorodności" ma czele.

I wypada się zgodzić, że katalog tematów będzie pewnie podobny dla obu płci. Czy jednak kobiecych cnót w ogóle nie ma? Przecież całkiem niedawno feministki przekonywały, że warto zwiększyć udział kobiet w polityce, bo wnoszą one wartości inne niż mężczyźni. Łagodzą obyczaje, mają inne priorytety.

Mam wątpliwości, czy kobiety naprawdę łagodzą obyczaje w życiu społecznym, niemniej takie głosy padały. Teraz zaś nawet możliwość używania nieco innego języka w stosunku do chłopców i dziewcząt jest negowana w imię abstrakcyjnej bezwzględnej równości płci. Wylewa się w ten sposób dziecko z kąpielą.

Choć resort edukacji nie podjął się spisania tych cnót, ślady tego, o co chodzi, znajdziemy w wypowiedzi samego Skrzydelskiego. Doradca ministra edukacji tłumaczył, że "trzeba mieć zdrową rodzinę, opartą na monogamicznym nierozerwalnym związku mężczyzny i kobiety".

I znowu, postulat wierności małżeńskiej czy stawianie na pierwszym miejscu trwałości i interesu rodziny są przedstawiane jako straszny triumf obskuranckiej ideologii. Tymczasem formacja konserwatywna ma prawo przedstawiać swoje społeczne priorytety. Najwyżej ludzie je odrzucą.

Terapia szoku kontra dokumenty

Przyjmowanie ich ze zgrozą czy z rechotem uniemożliwia jednak jakąkolwiek dyskusję. Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że i samemu Czarnkowi na dyskusji zależy mniej niż na szokowaniu, robieniu wrażenia na "drugiej stronie". To terapia szokowa ma być kluczem do przełomu w wychowaniu.

Mam co najmniej wątpliwości, czy to skuteczna strategia. Na jej końcu jest właśnie przywołana już wojna na miny. Lepiej tłumaczyć ostrożniej i z poszanowaniem językowej wrażliwości drugiej strony. Do pewnych granic naturalnie, bo przy tempie radykalizacji "obozu postępu", niedługo same słowa "kobieta" i "mężczyzna" mogą się znaleźć na cenzurowanym. Podobnie jak pojęcia "małżeństwa" i "rodziny".

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Doradca ministra wypowiedział się  w "Naszym dzienniku"przy okazji ogłaszania priorytetów edukacyjnych na nowy rok szkolny. Ważne mają być w nich między innymi wychowanie do życia w rodzinie i edukacja ekologiczna.

Są tam "wychowanie do wrażliwości naprawdę i dobro" oraz "działanie na rzecz szerszego udostępnienia kanonu edukacji klasycznej, wprowadzenia w dziedzictwo cywilizacyjne Europy, edukacji patriotycznej, nauczania historii oraz poznawania polskiej kultury, w tym osiągnięć duchowych i materialnych". Każdy z tych punktów wart jest odrębnej dyskusji. Jednak uwaga środowisk oświatowych skupiła się na "cnotach niewieścich", których tam nie ma.

Media wolą reagować na oderwane od kontekstu słowa niż na treści, bo to jest po prostu łatwiejsze. Oczywiście dyskusja o treściach też niczego nie gwarantuje, bo przy obecnym plemiennym podziale możliwe jest tylko pakietowe popieranie lub odrzucanie takich propozycji.

Przykładowo punkt o  edukacji patriotycznej przewiduje dofinansowanie wycieczek dla uczniów szkół ponadpodstawowych na Kresy Wschodnie i do innych miejsc dziedzictwa pierwszej Rzeczypospolitej: Wpisano to też do Polskiego Ładu. Dobrze to czy źle? Czekam na rzeczową dyskusję.

To samo pytanie można by zadać przy tak niekontrowersyjnych punktach programu ministra edukacji jak zapowiedź objęcia dzieci i młodzieży ściślejszą opieką psychologiczną w związku z covidem. Z tego warto by zresztą ministra Czarnka rozliczać, ale takie tematy giną w ideologicznej wrzawie. 

Warto by dopilnować, aby we wrześniu był w stanie w ogóle otworzyć szkoły. I na koniec jeszcze jedno przypomnienie: o ideowym obliczu polskiej szkoły będą decydowali nauczyciele. Znacznie mocniej niż ministerialne dokumenty i wywiady jego doradców.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL