Reklama

Pytanie do opozycji: Federalna Europa receptą na Putina? Ja sądzę, że nie

Nie warto się obrażać na Niemcy, nawet jeśli w obliczu wojny prowadzą małoduszne gry. Ale warto wytyczyć granice tego co wspólne i co odrębne, nasze. Federalizacja Unii nie jest najlepszą odpowiedzią na starcie z Rosją.

Obserwuję minidebatę o tym, czy powinniśmy wysyłać Ukraińcom czołgi Leopardy bez zgody Niemiec. Premier Morawiecki sugeruje, że powinniśmy to zrobić, nawet jeśli takiej zgody nie uzyskamy. Były platformerski minister Radosław Sikorski obwieszcza triumfalnie, że może łatwiej byłoby o taką zgodę, gdyby polski rząd wcześniej Niemców nie atakował. Ale nawet on przyznaje do kamery, że "Niemcy mają swoje za uszami".

Niemcy lepsze niż były?

Obstrukcja Niemiec wobec wojskowej pomocy dla Kijowa była długo faktem. Równocześnie jednak zalecam prawej stronie umiar w piętnowaniu ich za to cały czas tak samo. Prawda jest taka, że dziś poziom tej pomocy jest nieco wyższy niż to, co dostarczają naszym skrwawionym sąsiadom Polacy. Co zważywszy na różnicę ludności i potencjałów gospodarczych świadczy naturalnie nadal o większym wysiłku Polaków. Ale co jest zarazem dowodem na pewną rewizję postawy rządu Olafa Scholza.

Reklama

Jeśli do tego dodać relatywizm wielu innych państw cywilizowanego Zachodu, nie tylko Niemiec, w kwestii tej pomocy - obraz nie będzie czarno-biały. Prawda, ten Zachód uznał, że losy wojny się ważą. I zwiększa pomoc, z wciąż niewiadomym skutkiem, bo przecież w klęskę Rosji trudno uwierzyć. Zarazem jednak nawet Amerykanie pewnych rodzajów najbardziej ofensywnego sprzętu Zełenskiemu odmawiają. Jeśli Berlin naprawdę mówi dziś: zgodzimy się na Leopardy, jeśli Waszyngton położy na stół Abramsy, to w jakiejś mierze mówi "sprawdzam" prezydentowi Joemu Bidenowi.

Jestem przeciwny nadmiernemu wygrażaniu Niemcom. Oczywiście to, co opowiada Sikorski, to nonsens. Nie dlatego Niemcy się wahają w sprawie Leopardów, że są obrażone na ekipę Jarosława Kaczyńskiego. Ale ciężko przesądzić, że nigdy nie będziemy ich potrzebować.

Przykład targu z Patriotami, które od nich dostajemy, można interpretować jako sukces twardej retoryki. Ale można się zastanawiać, czy trzeba ją eskalować jeszcze bardziej, do niebotycznych rozmiarów. Stąd moje co najmniej wątpliwości choćby wobec żądań reparacyjnych. Prawda, Polacy mają rację, gdy przypominają o swoich rozlicznych krzywdach ze strony III Rzeszy. Ale dziś to tylko temat do mnożenia histerii. Ma ona kontekst kampanijny, to rozumie każde dziecko.

Co powiedziawszy, pogratuluję jednak Morawieckiemu stanowiska w sprawie Leopardów. Ta presja jest potrzebna niezależnie od tego, czy Berlin zostanie w końcu złamany w tej konkretnej sprawie, czy zrobimy coś dla Ukrainy sami. Bardziej wierzę w to pierwsze. A poza wszystkim moment wojny jest naprawdę krytyczny, a kropla drąży skałę. Tak po prostu trzeba.

Więcej Unii! Na pewno?

Podsunę jednak inną kwestię. Gołym okiem widać pokusy Brukseli do rozszerzania swojej władzy. Berlin i Paryż od kilku lat, choć niekonsekwentnie, dopominają się większej centralizacji Unii - na początek drogą zastępowania jednomyślności w europejskich organach przez głosowanie większościowe. Socjaldemokratyczny rząd Scholza mówi o tym bardziej otwarcie niż ekipa Angeli Merkel. A Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w coraz większym stopniu narzuca poszczególnych państwom, nie tylko Polsce, jednolite reguły. Także w sprawach, które były do tej pory zastrzeżone dla rządów tych państw.

Warto mieć świadomość, że taka centralizacja będzie procesem trudnym do zatrzymania. Dlaczego miałby on nie objąć także polityki międzynarodowej? Poprzez zwiększanie dziś ograniczonych uprawnień unijnego ministra spraw zagranicznych. Ale przede wszystkim poprzez tysiące rozmaitych sytuacji, w których najsilniejsi będą dyktować linię postępowania słabszym. Bo będą mieli odpowiednie procedury by wymuszać najróżniejsze decyzje.

Czy w tej całkiem nowej Unii Polska miałaby możliwość podejmowania tak śmiałych inicjatyw międzynarodowych jak te dotyczące Ukrainy? Czy mogłaby tak otwarcie balansować między Berlinem i Paryżem a Waszyngtonem?

Nie warto głośno krzyczeć o "niemieckim spisku", zwłaszcza kiedy i administracja w Waszyngtonie zachęca polski rząd do pogodzenia się z unijnymi baronami. Ale warto mieć świadomość, że mamy z Niemcami, Francją i ich zachodnimi sojusznikami sferę interesów wspólnych. I mamy interesy rozbieżne.

Dobrze to scharakteryzował w Polsat News sprawny analityk tego, co dzieje się w europejskiej polityce: Marek Budzisz. Jeśli Rosja przegrałaby tę wojnę, perspektywą, dziś zapewne odległą, byłaby większa  integracja, ekonomiczna i polityczna, naszego regionu. Z ważnym udziałem Polski wzmocnionej o hipotetyczny mocny sojusz z Ukrainą. To oznaczałoby zmianę reguł konkurencji z pewnością niekorzystną dla Niemiec. Dlaczego Berlin ma temu sprzyjać?

Dlatego właśnie wojna rosyjsko-ukraińska dostarczyła dodatkowych argumentów w sporze o federalizację Europy. PiS się w tej sprawie miota od ściany do ściany. Ale warto spytać obecną opozycję, co ona na to. Przecież może jesienią tego roku objąć władzę, ma na to duże szanse.

Unia jest dla niej dziś wygodnym sojusznikiem w ustawicznym chłostaniu obozu rządzącego. Podpisywanie się pod każdym jej doraźnym żądaniem jest obecnie narzędziem w nadciągającej kampanii wyborczej.

Warto jednak spytać Donalda Tuska, Szymona Hołownię, Włodzimierza Czarzastego i Władysława Kosiniaka-Kamysza, jakie są ich zamierzenia wykraczające poza horyzont doraźnych bitek anno domini 2023. Czy federalne unijne superpaństwo to ich marzenie?

Czy ono oznacza lepszą gwarancję realizowania polskich interesów? I czy nie koliduje także z górnolotnymi deklaracjami o prymacie walki dobra ze złem? Czy na pewno Niemcom albo Francji chodzi w tej sprawie, także w rozgrywce z Rosją, dokładnie o to samo co nam? Czy warto sobie wiązać ręce? A może trzeba pomyśleć o granicach tych wspólnych więzi?

Powiedzcie otwarcie, co o tym naprawdę myślicie!

Piotr Zaremba

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Zaremba | felieton

Reklama

Reklama

Reklama