Reklama

Prezydent idzie pod różne prądy. Może rozwścieczyć wszystkich

Czwartek był dniem prezydenta Andrzeja Dudy. Opozycja nie wie, czy go chwalić czy atakować. A politycy PiS dostali nauczkę, aby o nim jako o aktorze na scenie nie zapominać.

Prezydent Andrzej Duda zabił ćwieka liberalnej i lewicowej opozycji. Bo jej ludzie nie wiedzą, czy jest bohaterem pozytywnym czy negatywnym. Uśmiercił znienawidzony przez środowiska opozycyjne projekt nazywany lex Czarnek 2. Więc powinny go te kręgi wychwalać pod niebiosy.

Równocześnie zaś zapowiedział pilnowanie kształtu nowej ustawy sądowej. Ona jest potrzebna, aby wreszcie Polska dostała pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy. Na razie ją zablokował. A to jego pilnowanie może się skończyć kolejnym wetem. Tym razem wymierzonym przede wszystkim w wizję świata preferowaną przez opozycję, choć wymuszaną na PiS.

Reklama

Z prawa czy z lewa?

Zarazem to mocny sygnał pod adresem Prawa i Sprawiedliwości. Cios w projekt ministra Czarnka, pozwalający blokować organizacjom społecznym dostępu do szkół przez rządowych urzędników, to dowód na to, że prezydent jest w stanie przekroczyć pisowski punkt widzenia - można by rzec z pozycji liberalnych.

I niemal jednym tchem Andrzej Duda dystansuje się z pozycji można by rzec suwerennościowych, od gotowości obozu rządowego, aby iść na jak najdalsze ustępstwa w tematyce sądownictwa - po to aby dostać przed wyborami pieniądze z KPO. Gorliwość ekipy Morawieckiego jest w tym względzie tak wielka, że premier posunął się do uzgadniania konkretnego projektu legislacyjnego z brukselskimi urzędnikami.

Z kolei stanowisko prezydenta nie jest całkiem jasne. Czy jego przypominanie o wymogu zgodności tego projektu z polską konstytucją, i o poszanowaniu jego kompetencji do mianowania sędziów, oznacza sprzeciw wobec przepisu rozszerzającego tak zwany test sędziowskiej bezstronności? Premier zdążył już ten test w ostatnich dniach zbagatelizować, sugerując, że nie ma się o co bić z Unią. Ale to furtka do chaosu w sądownictwie, a pośrednio narzędzie podważania statusu sędziów rekomendowanych przez dwie ostatnie Krajowe Rady Sądownictwa.

Prezydent przypomniał, że tak zwanych neosędziów jest już 3 tysiące. Obiecał, że będzie ich bronił, bo ostatecznie to on ich powoływał. Zarazem akurat Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w swoich wyrokach uchylał się od uznania wszystkich "neosędziów" za wybranych nielegalnie.

Dziennikarze już więc uznali, że prezydent ten przepis o teście bezstronności odrzuca. On zaś jest podstawowym żądaniem brukselskich urzędników. Ale przecież zachęcił równocześnie do prac nad nowym projektem ustawy "O Sądzie Najwyższym". Test bezstronności jest zaś tego projektu kręgosłupem. Bez niego nie bardzo jest nad czym pracować. 

Może więc Andrzej Duda sprzeciwia się jedynie ewentualnym poprawkom opozycji, gdyby poszły dalej jeszcze w podważaniu statusu "neosędziów"? Na dobrą sprawę nie wiemy, co zostanie zgłoszone podczas prac, ale opozycja sugeruje taki zajazd na ten projekt. Na razie jednak padło zastrzeżenie drugorzędne z punktu widzenia zasadniczego sporu. Opozycja podniosła, że przekazanie spraw dyscyplinarnych sędziów Naczelnemu Sądowi Administracyjnemu jest sprzeczne z konstytucją. Wiele wskazuje na to, że to zastrzeżenie uzasadnione.

Przypomniał o sobie

Przy okazji Andrzej Duda podkreślił, że nikt się z nim w sprawie tego projektu nie konsultował. Szymon Hołownia skomentował to natychmiast, że prezydent skarżył się na złe traktowanie. Sądzę, że przede wszystkim chciał sprostować nieprawdziwą informację, jakoby był konsultowany w sprawie tego tekstu ustawy. Tak przecież mówił minister Szynkowski vel Sęk. Na wszelki wypadek pisowskie kierownictwo Sejmu wolało zdjąć projekt uznawany dopiero co za zbawczy. Jak będą wyglądały negocjacje PiS z własnym prezydentem? Ciężko to sobie wyobrażać

Czy prezydent istotnie się skarżył? Brzmi tu przesadnie, ale głowa państwa faktycznie o sobie wszystkim przypomniała? Tenże sam Hołownia odnotował tę walkę prezydenta o własną pozycję niemal z uznaniem. I zapowiedział, że opozycja będzie traktowała Andrzeja Dudę jako ważnego partnera w negocjacjach kształtu nowej sądowej ustawy. Chyba wszyscy nie mają tu wielkiego wyboru, bo na końcu i tak jest prezydencki podpis.

Oczywiście Hołownia jest kurtuazyjny także dlatego, że waśnie w obozie władzy to dla opozycji gratka. Zarazem nie spodziewam się podobnej uprzejmości ze strony polityków PO, nie mówiąc o wrogich prawicy komentatorach i aktywistach. W tym gronie grubiaństwo wobec Dudy stało się po prostu odruchem.

Mogą się do niego poczuć wręcz zachęceni. W końcu stanowisko prezydenta łatwo zakwalifikować jako antyunijny ekstremizm tożsamy niemal z histerią Solidarnej Polski. No tak, tylko co w takim razie począć z wetem, już drugim, w sprawie projektu Czarnka?

Lider Polski 2050 sugerował, że to odwet Andrzeja Dudy za ustawiczne pomijanie go. Ale argumenty, jakich użył prezydent, nie robiły wrażenia zastępczych czy kleconych naprędce. Powiedział on, że po pierwsze spokój społeczny w obliczu nieodległej wojny wciąż pozostaje wartością. Ale po drugie, że kontrola nad tym, co dzieje się w szkole, powinna należeć przede wszystkim do rodziców, a nie do szkolnej biurokracji. Z tego co wiem, to jego autentyczny pogląd. Nie na darmo jest mężem całkiem dobrej nauczycielki. Słucha argumentów jej samej i jej środowiska.

Prezydent bez schematu

Po prostu powinniśmy się przyzwyczaić do tego, że Andrzej Duda nie dostosowuje się mechanicznie do żadnego schematu. Gotów jest w jednej sprawie wystąpić jako wolnościowiec, w drugiej jako rzecznik polskiej autonomii prawnej wobec Unii. Mało kto w dzisiejszej spolaryzowanej Polsce gotów jest chodzić pod prąd raz wobec jednej strony, raz (tego samego dnia) wobec drugiej. W zasadzie wszyscy myślą i mówią dziś schematami, odprawiają plemienne rytuały.

Te jego oba "pod prąd" nacechowane są politycznym ryzykiem. Andrzej Duda zrazi sobie część wyborców gorliwie pisowskich. Wprawdzie nie może on już kandydować, ale otwartym jest pytanie o dalsze jego miejsce na scenie politycznej.

Równocześnie jeśliby jego sprzeciw udaremnił targ z Unią w sprawie pieniędzy z KPO, może zostać uznany za winnego katastrofy, może także wyborczej porażki PiS, ale i strat, jakie poniosą Polacy. Bo przecież wszyscy, i opozycja i kręgi rządowe, uznają dziś te pieniądze za klucz, warunek powodzenia Polski. Tu więc front wrogów prezydenta może być szeroki. Pretensję mogą mieć jedni i drudzy.

Mam wrażenie, że pierwsze ryzyko nie jest za wielkie. Minister Czarnek nie stał się niekwestionowanym autorytetem także po prawej stronie. Za to wystąpić w roli hamulcowego unijnej kasy jest czymś zdradliwym. Nie życzyłbym prezydentowi takiego finału.

Zwłaszcza, że jego niezależność staje się wartością. Już zapomnieliśmy, jak jego stanowisko w sprawie niemieckich Patriotów sprowadzanych do Polski różniło się od namiętnie antyniemieckich tyrad Jarosława Kaczyńskiego? I zauważmy, że w tym przypadku zwyciężyło stanowisko Andrzeja Dudy. Raz jeden wola Kaczyńskiego nie okazała się czymś przesądzającym także w jego własnym obozie.

Chyba także dlatego, że i rząd Morawieckiego nie był przekonany do godnościowego odrzucenia niemieckiej oferty. Ale to Duda ratował PiS przed nim samym. Już słyszałem wrzawę opozycji, że polska ziemia nie jest broniona z powodu prawicowych obsesji. A gdyby na tę ziemię spadła kolejna rakieta?

Prezydent umie być politycznie poprawny (komplementy pod adresem Niemiec podczas wizyty tam), ale umie też poprawność odrzucić. Nie twierdzę, że zawsze musi mieć rację. Na dobrą sprawę sam nie wiedziałbym co mu  dziś radzić w sprawie kamieni milowych, w tym tego sądowego. Ale kogoś, kto łamie polaryzacyjne fronty, warto docenić. I uznać, że zabiera się za to z klarownymi argumentami. No i prezydentowi warto jednak okazać szacunek, bo to szacunek dla państwowego ładu.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Zaremba | Andrzej Duda

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy